Jaka ma być pozycja Polski w Unii i w jaki sposób ją kształtować, by z jednej strony dać wyraz kontynentalnej solidarności, a z drugiej obronić interes narodowy, nie narażając się na polityczną izolację? Jak dążyć do rozwiązań kompromisowych, unikając oskarżeń o kapitulację — i gdzie leży granica między nimi? Odpowiedzi na te pytania muszą pilnie poszukiwać obecni i przyszli polscy decydenci. Niech negocjacje konstytucyjne, prowadzone przez odchodzącego premiera Leszka Millera, będą dla nich gorzką lekcją.
Kolejny szczyt Rady Europejskiej przechodzi już do historii. EWG-owski matecznik UE odtrąbił kompromis w sprawie konstytucji, zapowiadając jej uchwalenie jeszcze w tym półroczu. Nam pozostał jeno kac... Chyba tym większy, że oprócz sposobu liczenia głosów przy podejmowaniu decyzji przez Radę Ministrów UE, w projekcie traktatu konstytucyjnego można znaleźć sporo innych budzących wątpliwości zapisów. Nie jest jeszcze za późno, by o nich wspomnieć podczas negocjacji o procentach i pozostałych szczegółach kompromisu.
Z założenia wiosenny szczyt miał być poświęcony omówieniom postępów w realizacji tzw. strategii lizbońskiej, która do roku 2010 ma uczynić z UE najbardziej konkurencyjną gospodarkę świata. Na szczęście dla unijnych technokratów, w ostatnim czasie pogłębioną debatę nad mizernymi postępami przesłaniały ważne sprawy bieżące. Rok temu było to rozpoczęcie działań w Iraku, a teraz konsekwencje zamachu z 11 marca w Madrycie — no i przede wszystkim konstytucja. Sukcesem Unii, który ma jej zapewnić stabilizację i rozwój, ma być właśnie integracja polityczna, forsowana głównie przez Niemcy i Francję.
Wydaje się, że Polska jako debiutant może wiele zyskać, niekoniecznie idąc na ustępstwa wobec unijnych potentatów. Problem tylko w tym, iż wymagać to będzie dyplomatycznej dalekowzroczności i przebiegłości godnej naszych partnerów, a zarazem konkurentów. Do osiągnięcia takiej pozycji bardzo nam jeszcze daleko.