GPW: system Warset wymaga poprawek...
...bo podwójny fixing nie rozwiąże problemu małych i niepłynnych spółek
Likwidacja pojedynczego fixingu jest krokiem w dobrym kierunku — uważają analitycy. Problem jednak w tym, że nieco spóźnionym i tylko częściowo rozwiązującym problem małych spółek.
Już przed uruchomieniem nowego systemu giełdowego Warset (listopad ’00) pojawiły się głosy krytykujące sens istnienia jednego fixingu, który — zdaniem części obserwatorów rynku — w zmieniających się realiach makroekonomicznych (np. wysyp spółek high-tech) nie przystaje do nowych metod inwestowania w papiery wartościowe. Nie daje bowiem pełnej kontroli nad posiadanymi walorami, a tego typu inwestycje z uwagi na jednokrotne ustalenie ceny akcji w ciągu dnia obarczone są bardzo wysokim ryzykiem. Zarządzający warszawską giełdą bronili jednak tego rozwiązania, które — jak widać po kilku miesiącach funkcjonowania — doprowadziło do niemal całkowitej marginalizacji spółek z pojedynczym fixingiem. Stąd planowana od 1 kwietnia likwidacja tego systemu notowań i przeniesienie spółek do notowań z dwukrotnym fixingiem lub wręcz włączenie niektórych z nich do notowań ciągłych.
Poprawa jakości
Sam pomysł zmian w Warsecie jest pozytywnie odbierany przez specjalistów.
— GPW pokazała, że jest w stanie przyznać się do pomyłki, wycofując się z niezbyt fortunnego pomysłu rozmieszczenia spółek na fixingach. Szkoda tylko, że tak późno — ocenia Tomasz Stadnik, doradca inwestycyjny Credit Suisse Asset Management.
Gra jest jednak warta świeczki, gdyż dotyczy aż 89 spółek, stanowiących blisko 40 proc. wszystkich firm notowanych na warszawskim parkiecie. Inna sprawa, że kapitalizacja tych firm to obecnie niecałe 3,5 proc. wartości GPW. I tu właśnie tkwi cały problem. Mało kto jest zainteresowany inwestowaniem w tak małe spółki. Nic więc dziwnego, że obroty na tych walorach są często symboliczne, a nierzadko giełda musi ustalać dla nich, z braku jakichkolwiek zleceń, kursy nietransakcyjne. Zmiana systemu notowań ma uatrakcyjnić obrót tymi walorami, co — zdaniem części analityków — wydaje się problematyczne.
— Dopóki kapitalizacja tych spółek w istotny sposób się nie zwiększy, nie ma co liczyć, nawet przy zmianie systemu notowań, na wzrost ich atrakcyjności inwestycyjnej. Spółki będą miały więcej akcji w obrocie, kurs będzie ustalany więcej niż tylko raz dziennie, ale już fundamentalnie tego typu firmy nie interesują dużych inwestorów. Widać to choćby po zaangażowaniu inwestorów instytucjonalnych (np. OFE), które jest marginalne — twierdzi jeden z analityków zachodniego banku.
Nadzieja w ciągłych
Pomysłem na poprawę wizerunku rodzimego rynku akcji ma być ułatwienie dostępu spółkom do systemu notowań ciągłych. GPW zapowiada, że zainteresowani będą mogli zmienić system notowań na własną odpowiedzialność, przy czym konieczne będzie podpisanie umowy z tak zwanym animatorem rynku, którego zadaniem będzie dbanie o zachowanie odpowiedniej płynności na danym walorze. Gdy giełda będzie miała w tej kwestii jakiekolwiek wątpliwości, będzie mogła zdegradować daną spółkę z powrotem do notowań z dwoma fixingami. Jak twierdzą władze GPW, zainteresowanie wejściem do ciągłych zgłasza obecnie około 10 proc. spółek. Analitycy są zdania, że więcej może ich nie być.
— Część spółek można oczywiście w przyszłości włączyć do notowań ciągłych, jednak dla większości firm pozostających obecnie poza tym systemem rozwiązanie to może okazać się nieopłacalne. Opłacanie animatora i odpowiedni poziomu obrotów będą bowiem kosztowne — mówi Tomasz Stadnik.
Kwestią sporną jest też minimalna oferta, której wartość nie może być niższa niż 10 tys. zł. W przypadku niektórych firm jest to wartość kilkakrotnie wyższa od średniej wartości obrotu przypadającej na pojedynczą sesję.
Maklerskie weto
Biura maklerskie są dosyć sceptycznie nastawione do kwestii pełnienia roli animatorów dla papierów spółek zaliczanych do drugiej czy nawet trzeciej ligi na warszawskiej giełdzie.
— Biura maklerskie są nie po to, by zarabiać na animacji obrotu, ale po to, żeby zarabiać na zawieranych transakcjach. Tworzenie na siłę obrotu będzie w konsekwencji skutkować zwiększaniem różnic cen ofert kupna i sprzedaży. Sądzę, że biura maklerskie nie będą zainteresowane pełnieniem roli animatorów rynku dla małych podmiotów — twierdzi Michał Seweryn, doradca inwestycyjny, były prezes DM Elimar.
Kwestia rynku
Co może zrobić giełda, by rozwiązać problem z notowaniami małych spółek? Zarówno projekty GPW, jak i analityków nie spełniają wszystkich oczekiwań rynku. Czy to powiększenie liczby spółek kwotowanych w ramach podwójnego fixingu, czy też wprowadzenie niektórych do systemu notowań ciągłych mają swoje plusy, ale też minusy. A może warszawska giełda powinna zdecydować się na stworzenie nowego rynku, o innych niż obecnie kryteriach dopuszczeniowych.
Analitycy sugerują, choć równocześnie zastrzegają, że nie jest to także w pełni satysfakcjonujące rozwiązanie, iż w przypadku małych spółek można pomyśleć o stworzeniu rynku na wzór CeTO. Notowane tam spółki nie byłyby poddawane tak ostrym obowiązkom informacyjnym, ale musiałyby posiadać swego rodzaju animatora obrotów. Kwotowania mogłyby odbywać się w systemie ciągłym. Czy jednak spółki, które starały się — często z problemami — dostać na giełdowy parkiet, zgodziłyby się na swego rodzaju obniżenie prestiżu? Wątpliwe, ambicje każą bowiem równać w górę, nawet jeśli odbywać się to ma przy równie nikłym zainteresowaniu.
Dla wielu małych spółek może to być jednak jedyne wyjście. W zetknięciu z firmami o kilkakrotnie większej kapitalizacji i płynności są bowiem z góry skazane na brak zainteresowania ze strony dużych inwestorów, nawet jeśli kwotowane będą w takim samym systemie notowań. Zmiana rynku mogłaby z kolei zapewnić wzrost zainteresowania ze strony spekulacyjnego kapitału, a takich graczy na rynku jest niemało. Mają oni zbyt małe środki, by aktywnie uczestniczyć w obrocie walorami największych spółek, z powodzeniem natomiast mogliby spekulować na mniejszych firmach.
— Przeniesienie spółek z pojedynczego fixingu może mieć pewne zalety, które z pewnością doceni część inwestorów. O większej płynności na podwójnym fixingu raczej nie możemy mówić, gdyż ich liczba się nie zmieni. Gracze będą mogli jednak dokonywać większej liczby operacji. Uważam, że giełda bardziej wychodzi naprzeciw indywidualnym graczom niż dużym inwestorom — uważa Tomasz Ćwintal, analityk BM BPH.
Okiem eksperta
Rynek nie lubi sztuczności
Dziwi mnie, że władze giełdy przerzuciły problem płynności na akcjach danej spółki na tak zwanych animatorów rynku. Takie kwestie, jak obrót walorami, powinny być regulowane w sposób naturalny. Powinniśmy pozwolić działać „niewidzialnej ręce rynku”, a nie sankcjonować sztuczne próby wymuszania obrotu. Jak pokazuje doświadczenie, bardzo trudno jest zarządzać płynnością małej spółki. Zmiany mogą w konsekwencji doprowadzić do sytuacji, że animator będzie zbierał i oddawał akcje danej spółki z własnego rachunku. Nie spodziewam się, że spowoduje to istotne zwiększenie obrotów na warszawskiej giełdzie, gdzie i tak ponad 80 proc. ich wartości przypada na spółki z WIG 20. Być może najwłaściwsze byłoby wpuszczenie wszystkich spółek w system obrotów ciągłych, bez obostrzeń związanych z płynnością. Obecnie są równi i równiejsi. W przypadku pierwszych ciężar zachowania płynności i zmienność kursu przerzucana jest z inwestorów na animatorów. Rynek sam jednak dokona arbitrażu w odpowiednim momencie i nie pozwoli na absurdalne kształtowanie kursu akcji. Obrót na mniejszych spółkach generują przede wszystkim aktywni gracze z mniejszymi pieniędzmi. Duże podmioty rynkowe, takie jak fundusze i inwestorzy instytucjonalni, zainteresowane są głównie firmami o kapitalizacji przekraczającej 150 mln USD, których płynność walorów wynosi co najmniej 100 mln zł. Podsumowując, zmiany w Warsecie nie pozwolą na zdecydowane uatrakcyjnienie rynku.
Rafał Gębicki
dyrektor Banku Inwestycyjnego
Concordia