W piątek akcje Dino tuż po otwarciu sesji zanotowały spadek o ponad 14 proc., bo wyniki finansowe okazały się sporo niższe niż oczekiwania inwestorów. Kto dzień wcześniej obstawił taki scenariusz i zagrał na spadek (czyli w żargonie: szortował) akcje spółki mógł sporo zarobić. Wielu inwestorów unika jednak gry na instrumentach pochodnych, obawiając się, że to zbyt skomplikowany proces. Generalnie możliwości są dwie – albo korzystamy z kontraktów terminowych na GPW albo kontraktów CFD dostępnych u brokerów. Popularne w USA opcje w Polsce są rzadko spotykane.
- Rynek instrumentów pochodnych w Polsce jest wciąż na wstępnym etapie rozwoju, co sprawia, że płynność tego typu kontraktów jest bardzo niska. Nawet na najbardziej popularne kontrakty terminowe na WIG20 ta płynność jest niska. Brakuje wsparcia od dostawcy płynności, którym mogłaby być np. GPW, co sprawia, że jest dość drogo – mówi Grzegorz Dróżdż, analityk Conotoxii.
- Na GPW mamy bogatą ofertę instrumentów pochodnych, które obejmują m.in. kontrakty terminowe na pięć indeksów, cztery pary walut, a także na akcje 44 spółek. W lipcu tego roku łączny wolumen obrotu instrumentami pochodnymi wyniósł 0,8 mln sztuk, co stanowi wzrost rok do roku o 6,2 proc. Największym zainteresowaniem cieszą się kontrakty terminowe na WIG20 – mówi Krzysztof Sosnowski, Senior Product Managera w Dziale Rozwoju Rynku GPW.
Kontrakty na GPW
Kontrakty są dostępne przede wszystkim na największe spółki, głównie z WIG20. Ale zdarzają się także transakcje na mniejszych podmiotach – w lipcu zawarto m.in. ponad 2,1 tys. kontraktów na akcje przeżywającej kłopoty Grupy Azoty czy niemal 1,5 tys. na PKP Cargo, które rozpoczęło restrukturyzację. W skali siedmiu miesięcy od początku roku najczęściej spoza głównego indeksu na rynku futures handlowany był Eurocash – 8,5 tys. kontraktów oraz XTB – 6,6 tys. kontraktów.
- Jesteśmy gotowi do szybkiego wprowadzania do obrotu nowych kontraktów terminowych opartych na akcjach, które cieszą się dużym zainteresowaniem i aktywnością inwestorów. W marcu tego roku wprowadziliśmy nowe kontrakty terminowe na akcje spółek: AmRest, PKP Cargo, Asbis i Auto Partner – mówi Krzysztof Sosnowski.
– Warto wtedy jednak pamiętać o charakterystyce danego kontraktu (np. ile akcji przypada na jeden kontrakt) czy płynności, która zwyczajowo jest zauważalnie niższa od rynku kasowego – mówi Konrad Ryczko, analityk DM BOŚ.
Ważnym elementem jest to, do kiedy jest wystawiony kontrakt – zwykle na 12 miesięcy. Jeżeli nie sprzedamy kontraktu przed terminem wygaśnięcia, to następuje tzw. rolowanie kontraktu, czyli sprzedaż kontraktu i zakup nowej serii na kolejne 12 miesięcy, co może się wiązać ze sporym kosztem tzw. contango.
- Jedne z najpopularniejszych kontraktów są na surowce, które trzeba gdzieś przechowywać, co kosztuje. Automatycznie zatem w cenie kontraktu na 12 miesięcy jest zawarty koszt przechowania – i to jest właśnie contango, w którym nowa seria jest droższa niż poprzednia. To sprawia, że przy rolowaniu mamy stratę – mówi Grzegorz Dróżdż.
Jesteśmy gotowi do szybkiego wprowadzania do obrotu nowych kontraktów terminowych opartych na akcjach, które cieszą się dużym zainteresowaniem i aktywnością inwestorów. W marcu tego roku wprowadziliśmy nowe kontrakty terminowe na akcje spółek: AmRest, PKP Cargo, Asbis i Auto Partner.
Inaczej jest na rynku akcji, gdzie samo trzymanie akcji nic nie kosztuje. Jednak trzymając akcje spółki mamy prawo do dywidendy, natomiast sam kontrakt takich uprawnień nie daje i musi to być odzwierciedlone w jego cenie. I na tym polega backwardation: cena nowego kontraktu jest pomniejszona o kwotę oczekiwanej dywidendy.
- Stąd wynikają różnice w cenach na rynku spot i rynku futures. Jeżeli inwestujemy w kontrakt na trzy miesiące, a za dwa miesiące ma być dywidenda o stopie 10 proc., to cena tego kontraktu powinna być co najmniej 10 proc. niższa niż samej akcji – mówi Grzegorz Dróźdż.
Kontrakty dają możliwość grania zarówno na wzrost instrumentu bazowego, jak również spadek jego wartości. W pierwszym przypadku po prostu kupujemy dany kontrakt z rynku, a w drugim jesteśmy jego wystawcą i go sprzedajemy.
- Rozliczenie kontraktu opiera się na różnicy między kupnem a sprzedażą. Pamiętać jednak należy o dźwigni finansowej, która jest wbudowana w dany kontrakt. Informuje nas o tym m.in. depozyt zabezpieczający, który musimy złożyć – jeśli wynosi on np. 10 proc., to dźwignia wynosi 10:1. Ona zawsze działa w dwie strony – powiększa ewentualny zysk lub stratę – mówi Grzegorz Dróżdż.
Przy depozycie 10 proc., gdy cena akcji spadnie o 1 proc., a my kupiliśmy kontrakt, to automatycznie tracimy wszystkie pieniądze z depozytu. Gdyby wzrosło o 1 proc., to zarabiamy 10 proc.
Przykładowo, gdybyśmy chcieli zawrzeć kontrakt na Dino, to na GPW są notowane trzy tego typu kontrakty. Jednym z nich jest FDNPU24 – w tym przypadku DNP to oznaczenie Dino Polska, U oznacza, że kontrakt zostanie wykonany we wrześniu (H oznacza marzec, M czerwiec, a Z grudzień), a 24 to oznaczenie roku wykonania. Wymagany depozyt to 15,51 proc., co daje dźwignię wynoszącą około 1:6,4.
- Wysokość dźwigni ustala Krajowy Depozyt Papierów Wartościowych w zależności od poziomu ryzyka na rynku. Może podnieść wymagany depozyt zabezpieczający albo go obniżyć – mówi Grzegorz Dróżdż.
Alternatywa u brokera
Alternatywą są CFD, czyli kontrakty na różnicę kursową – wtedy zakładamy się z brokerem, który jest market makerem. Swoją pozycję może, ale nie musi zabezpieczyć i wtedy robi to na rynku OTC (czyli pozagiełdowym).
- W przypadku CFD jest o wiele łatwiej zawrzeć pozycję niż na rynku kontraktów terminowych, gdzie może brakować chętnych. Natomiast market natomiast bierze każdą pozycję na swoje barki i decyduje, co z nią dalej zrobić. Czasami się zdarza, że w niektórych spółkach o słabej sytuacji brokerzy blokują możliwość handlu na spadek cen akcji – mówi Grzegorz Dróżdź.
- W przypadku CFD należy zwrócić uwagę na kwestie dźwigni (np. 1:5) czy spreadu oferowanego przez brokera – mówi Konrad Ryczko.
Minusem jest to, że w CFD są opłaty swapowe za wartość pożyczonych pieniędzy, które mogą sięgać nawet 10 proc. całej kwoty rocznie, a opłata jest pobierana każdego dnia.
- Jeden kontrakt na giełdzie zazwyczaj dotyczy 100 akcji, natomiast w przypadku CFD może dotyczyć jednej akcji, a nawet jej części, co znacznie obniża próg wejścia inwestora w taki instrument. Stąd w przypadku kontraktów sensowne inwestowanie zaczyna się gdzieś od ok. 100 tys. zł, a w przypadku CFD wystarczy kilkaset złotych – mówi Grzegorz Dróżdż.
- Teoretycznie na polskim rynku istnieje również mechanizm zawierania pozycji krótkich kasowych, np. pożyczając akcje od funduszu, w praktyce jednak funkcja ta jest wykorzystana głównie przez inwestorów instytucjonalnych. Przy graniu „na krótko” warto pamiętać, że jest to zdecydowanie bardziej ryzykowna strategia – rynki, statystycznie, większość czasu poruszają się w górę, stąd niezwykle istotny jest tutaj timing zagrania. Dodatkowo posiadanie pozycji krótkiej zwyczajowo wiąże się z wyższymi kosztami (np. przy pożyczeniu akcji) niż zwykła ekspozycja na wzrost – mówi Konrad Ryczko.
