Po szczycie NATO 25 maja w Brukseli zausznicy Andrzeja Dudy dumnie upowszechnili wieść, że w kuluarach uzgodniono reaktywowanie na najwyższym szczeblu (prezydenci Polski i Francji, kanclerz Niemiec) Trójkąta Weimarskiego oraz że gospodarzem szczytu pod koniec sierpnia będzie Emmanuel Macron. Dominująca obecnie w brukselskiej centrali oraz państwach twardego jądra UE kiepska opinia o władcach naszego kraju spowodowała jednak, że potencjalny gospodarz w ogóle nie podjął tematu.

Prezydent Francji wykręcił jednak numer jeszcze grubszy. Zamachnął się na taką świętość jak Grupa Wyszehradzka (V4). W Salzburgu spotkał się nie tylko z austriackim kanclerzem Christianem Kernem, lecz także z zaproszonymi z jego inicjatywy premierami Czech i Słowacji — Bohuslavem Sobotką i Robertem Fico. Pominięta została krnąbrna część V4, czyli premierzy Węgier i Polski — Viktor Orbán i Beata Szydło. Oczywiście każdy przywódca może dowolnie spotykać się z każdym, a poza tym V4 nie jest żadnym bytem sformalizowanym. Jednak sprytną dyplomatyczną zagrywką Macron dał odpór parze premierów najbardziej go krytykujących, a jednocześnie podjął próbę odwrócenia ostrego spadku własnych notowań.
Temat miniszczytu w Austrii nie był bowiem ogólnikowo-nijaki, lecz bardzo konkretny. Francja jest przecież jednym z państw najmocniej napierających na nowelizację unijnej dyrektywy o pracownikach delegowanych. Jeśli przejdzie propozycja Komisji Europejskiej, to ogromnie wzrosną koszty osobowe np. w branży przewozowej, w której Polska jest potęgą. Dotychczas postawa V4 oraz m.in. Rumunii i Bułgarii, które Emmanuel Macron także odwiedza — stwarzała szanse na zmontowanie w Radzie UE mniejszości blokującej zmianę dyrektywy. Na razie trudno ocenić, jaka będzie skuteczność misji prezydenta, ale nam pozostaje jedynie liczenie na spójność przynajmniej V4.