Gruzja: nowi przywódcy, nowe czasy

DI, PAP
23-11-2013, 10:22

Od przyszłego tygodnia Gruzja wkracza w zupełnie nową i nieznaną dla niej dotychczas rzeczywistość polityczną. Po raz pierwszy, odkąd odzyskała niepodległość, rządzona będzie przez zwyczajnych polityków, a nie charyzmatycznych wodzów i mężów opatrznościowych.

Jeśli Bidzina Iwaniszwili dotrzyma słowa i ogłosi w niedzielę, że przechodzi na polityczną emeryturę, od poniedziałku Gruzini będą musieli zacząć obywać się bez przywódców, w których widzieli swoich zbawców, pokładali całe swoje nadzieje i wiarę w lepsze jutro.

Najpierw wierzyli, że świetlaną przyszłość wraz z wolnością przyniesie im pierwszy prezydent niepodległej Gruzji Zwiad Gamsachurdia (1990-1991). Kres jego rządom położyły zbrojny pucz i wojna domowa, a Gruzini wszystkie swoje nadzieje przenieśli na dawnego komunistycznego sekretarza Eduarda Szewardnadzego, który po rozpadzie ZSRR wrócił do ojczyzny.

Jednak i panowanie Szewardnadzego (1992-2003) rozczarowało jego rodaków, którzy w końcu dokonali ulicznej rewolucji róż, zastąpili go młodym, ludowym trybunem Micheilem Saakaszwilim i teraz jemu zawierzyli swój los. Zawiedzeni Saakaszwilim, rok temu wystąpili przeciwko niemu i w parlamentarnych wyborach zagłosowali na jego przeciwników i ich przywódcę, bogacza Bidzinę Iwaniszwilego, w którym dostrzegli nowego wybawcę od wszelkich problemów.

„My, Gruzini, lubujemy się w skrajnościach” – mawia tbiliski politolog Gia Nodia. „Wszyscy nasi przywódcy zaczynali jako umiłowani bohaterowie, a kończyli jako wyklinani łajdacy."

Iwaniszwili odsunął Saakaszwilego od władzy. Odebrał mu upatrzone przez niego stanowisko premiera, a jesienią dopilnował, by w wyborach prezydenckich wygrał jego faworyt, po którego zaprzysiężeniu Saakaszwili złożył ostatecznie urząd.

Gruzini, przywykli do populistyczno-wodzowskiego sposobu uprawiania polityki, nie wierzyli, gdy latem, po niespełna roku rządów, Iwaniszwili zapowiedział, że jesienią, gdy upewni się, że Saakaszwili oddał władzę, sam również wycofa się z polityki. Jeszcze we wrześniu trzy czwarte Gruzinów nie życzyło sobie, by rządził nimi ktokolwiek inny niż miliarder Iwaniszwili.

Iwaniszwili zapowiada jednak, że dotrzyma słowa. W zeszłą niedzielę zaprzysiężony został nowy prezydent Gruzji Giorgi Margwelaszwili, a w środę inny faworyt Iwaniszwiliego, Irakli Garibaszwili został zatwierdzony przez parlament na stanowisku premiera. W niedzielę, na konwencji rządzącej koalicji „Gruzińskie marzenie”, którego założycielem i przywódcą jest Iwaniszwili, ma on ogłosić, iż bierze rozbrat z polityką.

Jeśli to zrobi, Gruzini będą musieli się oswoić, że po raz pierwszy znajdą się pod rządami nie charyzmatycznego i apodyktycznego wodza, ale zwyczajnych polityków, urzędników. Ostatnie miesiące w Gruzji obfitują zresztą w zdarzenia polityczne, które nigdy wcześniej nie miały tam miejsca.

Rok temu, po raz pierwszy od odzyskania niepodległości w 1991 r., władza w Gruzji przeszła z rąk do rąk w wyniku wyborów i pokojowo, a Saakaszwili uznał swoją porażkę. Przez ostatni rok, po raz pierwszy, Gruzją rządzili dwaj wodzowie – prezydent Saakaszwili i premier Iwaniszwili. Choć ich koegzystencji wróżono jak najgorzej, przetrwali rok bez szczególnie groźnych burz.

Wraz z zaprzysiężeniem nowego prezydenta weszła w życie nowa konstytucja, która odbiera ogromną władzę prezydentowi i oddaje ją premierowi i parlamentowi (napisał ją jeszcze Saakaszwili, licząc, że skoro nie może być prezydentem dłużej niż dwie kadencje, będzie dalej rządził jako premier).

Iwaniszwili przekonuje Gruzinów, że nowa konstytucja i niezaplanowane, wcześniejsze emerytury wodzów, wyjdą im tylko na dobre; uwolnią się od nawyku wyczekiwania i polegania wyłącznie na charyzmatycznych i populistycznych przywódcach, a w Gruzji umocni się demokracja.

W Tbilisi nie brak jednak sceptyków, a już szczególnie wyznawców spiskowych teorii, którzy nie wierzą w szczerość intencji Iwaniszwilego. Uważają oni, że bogacz wcale nie zamierza rozstawać się z władzą, lecz będzie ją sprawować z „tylnego fotela”, nie pełniąc żadnego stanowiska, a więc nie ponosząc za sprawowanie władzy żadnej odpowiedzialności.

W rolę „szarej eminencji” ma go nieuchronnie popchnąć jego temperament i wyniesione z biznesu władcze nawyki, a także majątek, szacowany na pół tuzina miliardów dolarów. Z politycznej emerytury wzywać go będą ci sami ludzie, których osobiście wybrał do pełnienia władzy.

Kompletnie nieznani i pozbawieni jakiegokolwiek politycznego doświadczenia prezydent Margwelaszwili i premier Garibaszwili swoją polityczną karierę zawdzięczają wyłącznie Iwaniszwilemu, a nowy, 31-letni szef rządu przez osiem lat pracował w firmach Iwaniszwilego, w tym jako jego osobisty asystent. Bez wsparcia Iwaniszwilego nie utrzymają swoich państwowych stanowisk tak, jak zdani sami na siebie, nigdy by ich nie zdobyli.

Jeśli więc polityczna emerytura Iwaniszwilego jest jedynie polityczną intrygą, nowa epoka, w jaką od poniedziałku wkroczy Gruzja polegać będzie na tym, że będzie miała zarządców, a nie wodza, za to stanie się jego własnością.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: DI, PAP

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Świat / Gruzja: nowi przywódcy, nowe czasy