Kontrolowanie jednej setnej rynku giganta z nikogo nie czyni. Ale jeśli to rynek gazu, jest już o czym mówić. Z danych Urzędu Regulacji Energetyki wynika, że niemiecki Handen, czyli największy konkurent PGNiG w sprzedaży gazu, kontrolował w ubiegłym roku 1,1 proc. tego rynku. Czyli więcej niż w 2013 r. (0,7 proc.). Niemiecka firma nie zamierza przesadnie walczyć o dalsze zwyżki.
— Działalność prowadzimy konserwatywnie. Dlatego od lat mamy stabilne miejsce w czołówce— tłumaczy Ireneusz Sawicki, członek zarządu Handenu.
Firma specjalizuje się w dostawach do dużego i średniego przemysłu, poza tym żyje z handlu z innymi spółkami obrotu oraz na rynku giełdowym. W 2014 r. Handen sprzedał ok. 184 mln m sześc. gazu i był rentowny. Gdyby go podliczać ze spółką siostrą, G.E.N. Gaz Energia, to udział w rynku sięgnąłby blisko 2 proc.
— Oferujemy klientom niższe ceny połączone z bezpieczeństwem dostaw. Konkurujemy zresztą nie tylko ceną, ale również elastycznością oferty — mówi Ireneusz Sawicki.
Konkurowanie z PGNiG to ciężki kawałek chleba, bo państwowy monopolista niechętnie oddaje rynek. Kontrolujący go rząd z jednej strony liberalizuje rynek gazu, a z drugiej potrzebuje silnej firmy zdolnej do dbania o bezpieczeństwo kraju. Efekt jest taki, że PGNiG nadal ma aż 92,7 proc. udziału w sprzedaży gazu odbiorcom końcowym.
Na konkurencję przypada ledwie 7 proc., jest rozdrobniona i podatna na ryzyka. Wystarczy zauważyć, że Egesa, ambitny lider z 2013 r. (z udziałem „aż” 1,17 proc.), zwinęła już interes. Barierą jest też niechęć odbiorców do zmiany dostawcy gazu — w zeszłym roku zdecydowało się na to tylko 6,5 tys. podmiotów, choć to i tak skok w porównaniu z latami 2011-13 (429).
— Kiedy dojdziemy do kilkunastu tysięcy, to będzie to już taka masa, która sama napędzi rynek w kierunku liberalizacji — mówi Ireneusz Sawicki.