Hart Wielkopolski

Wojciech Surmacz, Ryszard Gromadzki
19-09-2003, 00:00

Multimilioner spod Poznania. Właściciel Inter Groclin Auto. Zarabia krocie na tapicerce. Sporo wydaje na futbol. Biznes mu idzie jak po maśle, a ten się martwi o los Polski.

W zakładzie tapicerskim przy maszynie do szycia stał 3-letni chłopczyk. W szoku. Wzrok wbity w dłoń uwięzioną pod stopką maszyny. Przeszyty igłą palec dziecka krwawił, siniał i puchł. Ojciec zawsze powtarzał: „Pamiętaj synku, nigdy nie podchodź do żadnych maszyn!”. Nie posłuchał. Sparaliżowany strachem, mimo potwornego bólu, nie płakał, nie krzyczał, nie wzywał pomocy. Wiedział, że jak go tata znajdzie, dostanie baty. Był rok 1953.

Z Warszawy do Poznania. I trasą na Wrocław. Potem za Stęszewem zjazd w kierunku Zielonej Góry. Dalej przez Strykowo, Granowo i Ptaszkowo do Grodziska Wielkopolskiego. Ostatni odcinek drogi przed Grodziskiem w świetnym stanie. Okoliczni zwą ją „drzymałówką”, bo wykonany został na koszt Drzymały. Wreszcie koniec podróży. Przed fabryką Inter Groclin Auto (IGA) stoi niewielki, nowoczesny biurowiec. Wszędzie porządek, cisza i spokój.

Jesteśmy spóźnieni pół godziny (korki przy wyjeździe z Poznania). Nasz rozmówca odpłaca pięknym za nadobne. Czekamy. W sali konferencyjnej vis-a-vis wejścia wielka fototapeta: Zbigniew Drzymała z rodziną. Na murze — wyróżnienia i nagrody dla IGA.

Mija równo pół godziny. Pojawia się gospodarz. Sam, elegancko ubrany. Kamienna twarz i czujne oczy, jakby wiecznie szukające zaczepki. Wśród dziennikarzy panuje przekonanie, że Drzymała nosi w sobie kompleks zbyt niskiego wykształcenia. I nie wdaje się w publiczne dyskusje. Bzdura! Jak mało który polski biznesmen lubi być elokwentny. Nie zgadza się na zdjęcia („będą sztuczne!“), nie udzieli wywiadu (musi znać wcześniej pytania, solidnie się przygotować). Kilkanaście minut słownych przepychanek. Wreszcie kompromis: zdjęcia innym razem, a teraz — po prostu — pogadamy. Daje nam godzinę.

Zbigniew Drzymała żartuje, że tapicerkę ma we krwi. Coś w tym jest. To on jako trzylatek przeszył sobie palec na maszynie w zakładzie tapicerskim ojca. Kilka lat później firma była już spółdzielnią. Jej właściciela mianowano kierownikiem produkcji. System przestał tolerować własność prywatną.

— Ale ja poszedłem swoją drogą — podkreśla prezes Groclinu.

Czyżby? Fakt, młodego Drzymały nie pociągała tapicerka. Po podstawówce trafił do technikum budowlanego. Potem zatrudnił się w zespole usług projektowych, jednocześnie pracował w nadzorze budowlanym. Objeżdżał budowy w całej Polsce. Do dziś lubi ten zawód. Biurowiec IGA, fabryka w Grodzisku, nowy stadion Dyskobolii z całą infrastrukturą — wszystko to jego pomysły.

Pasją Zbigniewa Drzymały była jednak motoryzacja. W latach 70. samochód stał się w Polsce dobrem ogólnodostępnym, rynek zdominowały małe fiaty. W sklepach motoryzacyjnych sprzedawano akcesoria, których stale brakowało. Zbigniew Drzymała miał wtedy dacię (rumuński samochód na licencji renault 112), a w niej francuski zagłówek. Chciał się pozbyć auta.

— Ciężko było samochód sprzedać, bo rynek zalały maluchy. Za to wszyscy chcieli kupić ten zagłówek! I wtedy pomyślałem: „A gdybym miał z tysiąc takich zagłówków?”. Pojechałem do ojca i mówię: „Tata, potrafisz to zrobić?”. Ojciec wzór rozebrał i powiedział: „Nie ma sprawy”. Po roku otworzyłem zakład Wytwarzanie Elementów Wyposażenia Wnętrz Samochodów. W 1977 r. poświęciłem się już całkowicie tej działalności. Płaciłem 85 proc. podatku dochodowego, mogłem zatrudnić tylko 4 osoby — opowiada już nieobecny duchem Zbigniew Drzymała.

Tak było do początku lat 80. Ówczesny rząd zaczął lansować firmy polonijne. Drzymała szybko znalazł dalekich krewnych w USA — wśród nich Marzenę Poradę z Clinton pod Nowym Jorkiem. Wspólnie powołali do życia Groclin. Etymologia nazwy staje się jasna: „Gro” — od Grodziska, „clin” — od Clinton.

Prezes wspomina, że atmosfera w kraju nie sprzyjała takim przedsięwzięciom. W urzędach często mówiono mu: „Jesteś wrzodem, nie masz szans, za chwilę śladu po tobie nie będzie!”. Uratowała go gospodarcza siermiężność. W PRL-owskiej enklawie łagodnych podatków i swobodnej gospodarki na wygłodzonym rynku działał do początku lat 90. Jego produkty można było znaleźć na setkach stoisk motoryzacyjnych całego kraju.

Nagle na kraj spadła szokowa kuracja Balcerowicza. Co bardziej obrotni ściągali do Polski — niekoniecznie uczciwie — przeróżne produkty z zagranicy, często przecenione i niewiele warte. Konkurencja z nimi była ciężka — bo to lepsze, tańsze, kolorowe. Inne.

Zbigniew Drzymała kupił wówczas od niemieckiej firmy Konig Comfort (drugi na świecie producent foteli o specjalnym ukształtowaniu — m.in. sportowych, ortopedycznych) licencję na kompletne fotele samochodowe. W Groclinie ruszyła produkcja siedzeń w zachodnim stylu. Najpierw zainteresowała się nimi FSM z Bielska, później — warszawska FSO.

Prezes waży każde słowo. Ton jego monotonnego głosu i historia, którą snuje, przykuwają uwagę. Z każdą minutą rozmowy jakby się oswajał z naszą obecnością. Ale wciąż jest ostrożny, choć atmo- sfera nie jest tak gęsta, jak na początku spotkania. Czuć, że powie coś ważnego.

— Wszystko tak pięknie brzmi: „założyłem firmę polonijną, kupiłem licencję”... Zawsze miał Pan farta?

— O tym, że trwam do dziś, zawsze decydowała umiejętność czytania rynku.

— Intuicja biznesowa?

— Bardziej zdolność przewidywania następstw działań de facto politycznych.

— Ma Pan na myśli coś, co należy rozpatrywać w kategoriach „X-Files”?

— Nie. Trzeba po prostu przyjąć pewne założenia i zrobić zdjęcie jutra.

— Chyba trudno w polskich warunkach?

— Pan myśli, że jesteśmy wyjątkowi? Przecież inne kraje już dawno tę drogę przeszły. Teraz się mówi: co będzie w Unii? Przecież wystarczy popatrzeć, jak było w państwach, które do UE wchodziły przed nami. Można przewidzieć, co się stanie — z uwzględnieniem obecnych realiów. Balcerowicz powiedział niedawno, że dojdzie do załamania budżetu państwa. Ludzie słuchali, jakby to była abstrakcja. A ja wiem, że tak się stanie! Nie, że „chyba”, tylko „na pewno”. Zresztą mówiłem wykładowcom z Akademii Ekonomicznej w Poznaniu, by doktorantom zadali do wyliczenia termin załamania naszej gospodarki.

— To kiedy ono nastąpi, Panie prezesie?

— Kiedy inwestorzy zagraniczni stracą zaufanie i wycofają pieniądze z naszych banków.

— Długo trzeba czekać?

— To właśnie powinni wyliczyć doktoranci. Bo inwestorzy dobrze wiedzą, kiedy ryzyko jest zbyt duże i trzeba się wycofać. W dużym uproszczeniu wygląda to tak: mamy określone PKB i narastający dług. Zakładam, że dysponujemy danymi realnymi, a nie opracowanymi w oparciu o chciejstwo rządu. Kiedy te dwie linie się przetną i nałożymy na to hipotetyczny moment wycofania inwestorów, otrzymamy datę załamania. Można się pomylić o rok.

— Jakaś futurologia...

— Ależ ja patrzę na to historycznie, przez pryzmat zdarzeń z ostatniej dekady: w Argentynie, Brazylii, Korei i innych państwach! Znajomym profesorom z AE mówiłem już kilka razy, że powinni wydać o tym broszurę. Poszłaby jak świeże bułki. Czasem rozmawiam o tym z prezesami banków i innymi praktykami gospodarczymi. Ale oni to wiedzą... A politycy? Jestem jednym z największych przedsiębiorców w tym kraju. Mój eksport to 2-3 proc. całego polskiego eksportu do UE. Pan sądzi, że polityków to obchodzi? Mam swoją filozofię — mówią, że jest domorosła. Ale to moja wizja, oparta na intuicji i faktach, które znajduję w mediach, obserwuję w swoim otoczeniu. I próbuję polemizować! Prowokuję do dyskusji! Ale politycy nie chcą rozmawiać! Ich perspektywa kończy się wraz z kadencją Sejmu, a więc trwa najwyżej 4 lata.

— A Pan się tym przejmuje?

— Przejmuję się.

— Przecież Pan się rozwijał niezależnie od warunków, jakie w Polsce panowały. Zawsze Pan potrafił nieźle zarobić.

— Nie rozpatruję wszystkiego w kategoriach biznesowych! Prowokując do dyskusji, mam nadzieję, że trafię na kogoś, kto mi powie: mylisz się! Chcę poznać pozytywną wizję rozwoju gospodarczego Polski — wizję racjonalną! Chcę, żeby mnie ktoś wreszcie uspokoił!

Fortuna Drzymały rośnie jak na drożdżach. Jeszcze 4 lata temu „Polityka” (styczeń 1999 r.) umieszczając go na 12 miejscu w „Alfabecie potentatów giełdowych”, zasoby jego kieszeni szacowała na 59,7 mln zł. W czerwcu tego roku „Wprost” ulokował go na 31 miejscu w rankingu 100 najbogatszych ludzi w Polsce, oceniając jego aktywa na — bagatela! — 420 mln zł!

Prezes nie ukrywa, że od kilku lat obroty jego firmy idą do góry średnio o 50 proc. rocznie. Ale nie tylko on się bogaci. Owoce Drzymałowego interesu zbiera też Grodzisk Wielkopolski (10 tys. mieszkańców) — stolica powiatu w Wielkopolsce, w którym na blisko 48 tys. mieszkańców przypada prawie 2,5 tys. bezrobotnych. W Groclinie pracuje dziś ponad 3 tys. osób. Zatrudnieni raczej nie narzekają.

Jeden z menedżerów IGA, który oprowadzał nas po wzorowo utrzymanej i prowadzonej fabryce:

— Proszę spojrzeć, jak tutaj wygląda produkcja. Idealnie! Tu wszystko musi być robione z zegarmistrzowską dokładnością!

— A pensje? Ile zarabiają szwaczki?

— Prezes Drzymała daje pracę tysiącom ludzi. Za dużo nie zarabiają, ale dzisiaj w całym kraju jest ciężko. Za to szef zawsze płaci na czas, tutaj nigdy nie ma opóźnień w wypłacie.

Zbigniew Drzymała, choć inwestuje w Grodzisku (tam się urodził), mieszka w Karpicku (3 km od Wolsztyna), gdzie w 1977 r. założył swój pierwszy zakład.

A tam — jak pisze „Przegląd Sportowy” — aż huczy od plotek. Właściciel IGA ponoć bardzo chętnie nabywa ziemię. Nieopodal, w swej posiadłości w Karpicku kupuje od sąsiadów, co się da. Tu niewielką działeczkę, tam kawałek ogródka. Jeden z sąsiadów przy sprzedaży kawałka ziemi powiedział, że zgadza się na transakcję, jeżeli pan Drzymała wyłoży mu podwórko kostką. Na drugi dzień o szóstej rano przed bramą stali robotnicy gotowi do pracy. Inna plotka z tegoż „Przeglądu”: sąsiadka uprawiała pod folią pieczarki. Prezesowi coś nie pasowało. Do dziś nie wiadomo, co? Poszedł do niej i zaproponował 3 tys. zł za likwidację hodowli. Po kilku dniach po folii nie było śladu.

Prezes Groclinu słynie z gestu. Ostatnio w czerwcu tego roku z okazji 700-lecia Grodziska zafundował mieszkańcom 30 tys. butelek ciemnego piwa, tzw. grodzisza (od 10 lat nieprodukowanego, a uważanego za symbol miasta). Piwo — na specjalne życzenie prezesa — sprowadzono z Belgii. Tylko tam znalazł się browar, który był w stanie wyprodukować chmielowy napój górnej fermentacji, o zbliżonych do grodziskiego piwa smaku i barwie.

Jan Koza, sekretarz Urzędu Miasta w Grodzisku Wlkp., mocno podkreśla, że Drzymała to człowiek instytucja. Dzięki niemu ludzie w całej Polsce wiedzą, że na mapie istnieje Grodzisk. Mówi, że współpraca miasta z Drzymałą zawsze układała się świetnie — mimo że do budżetu Grodziska nie wpływa ani jedna złotówka z podatków Inter Groclin Auto (to zakład pracy chronionej).

— Za to kilkakrotnie wspierał gminę, udzielając korzystnych kredytów na budowę nowych ulic w mieście — dodaje.

Ksiądz Jacek Markowski, proboszcz parafii św. Jadwigi w Grodzisku Wlkp., złego słowa nie powie o szefie Inter Groclinu:

— Nie chodzi mi tylko o tworzone przez niego miejsca pracy. Pan Drzymała zwykle nie pozostaje głuchy na potrzeby tutejszej społeczności. Wielokrotnie wspierał różne przedsięwzięcia inicjowane przez parafię. Grodzisk miał niebywałe szczęście, iż trafił mu się taki dobrodziej.

Święte słowa.

A jak postrzega właściciela spółki Inter Groclin Auto wielkopolski świat biznesu? Z pewnością żyją w nim osoby, które mu po cichu zazdroszczą. Nieoficjalnie wiadomo, że jedną z nich jest Wojciech Kaszyński, były prezes, od trzech miesięcy zdegradowany do funkcji członka zarządu spółki Amica z pobliskich Wronek.

Większość patrzy jednak z podziwem na poczynania tapicerskiego potentata z Grodziska. Henryk Judkowiak, dyrektor Wielkopolskiego Klubu Kapitału (organizacji wielkopolskich przedsiębiorców), zaznacza, że osobiście Drzymały nie zna, ale o jego działalności może mówić w samych superlatywach. Jego zdaniem, to rzadki przykład polskiego przedsiębiorcy, który ma dobre koncepcje i potrafi je umiejętnie zrealizować.

— Jego sukces jest całkowicie autorski, zawdzięcza go bogatej wyobraźni, wielkiej pracowitości i żelaznej konsekwencji — kadzi Judkowiak.

— Od dawna Pana trawi ten niepokój?

— Właściwie od roku 1990. Zastanawiałem się nad kluczem, jakim się będzie kierował Balcerowicz. Moim zdaniem, nie był on najlepszy... Z jednej strony były to relacje księgowego, który w skali kraju chce dopiąć budżet i wie, że potrzeba kuracji wstrząsowej, by zlikwidować hiperinflację, urealnić ceny i tak dalej. Z tym się w pełni utożsamiałem. Ale z drugiej — pojawiło się zapotrzebowanie na wizję gospodarczą. A Leszek Balcerowicz uważał wizje za anachronizm: rynek wszystko sam wyreguluje. I rynek wyregulował, ale... Kim byli jego uczestnicy? Pierwszym państwo — jedyny właściciel kapitału. Drugim bardzo silne podmioty — kapitał międzynarodowy. Starły się dwa światy: kapitalista analfabeta (w postaci państwa) i wyspecjalizowane firmy. A te dokładnie wiedziały, jak maksymalnie wykorzystać sytuację: wyczyścić przedpole, otworzyć rynek i sprzedawać! A po naszej stronie panowała cisza. Bo najpierw w imię walki z nomenklaturą (nieważne, że myślał racjonalnie, jeśli był członkiem partii, trzeba go było wyrzucić!) mnóstwo świetnych fachowców straciło pracę! A potem doszło do rewolucji, nazwanej prywatyzacją — de facto do wyprzedaży majątku narodowego. Przy okazji — do mnóstwa szwindli... Kompletna niegospodarność!

— Ale ludzie, którzy za to odpowiadają, tkwią nadal w systemie. Może Pan im nawtykać.

— No tkwią, bo Balcerowicz im powiedział, że rynek wszystko wyreguluje. Ale ja nie mam do niego pretensji — on się po prostu na tym nie zna. Tu brakowało drugiego Kwiatkowskiego — kogoś z wizją gospodarki narodowej. W szranki z zachodnimi koncernami nie stawał rząd, lecz tacy jak ja — rodzący się kapitał, zupełnie maluczki, bez szans na równą konkurencję. Tym ludziom nikt nie podał ręki! A oni działaliby racjonalnie, bo — poza chęcią robienia biznesu — byliby związani z Polską na dobre i na złe. Właściciel wydaje zyski najczęściej tam, gdzie mieszka. W obrocie gospodarczym to ważne. Pieniądze muszą krążyć w jednym miejscu. Jak pan je wyssie z jednego i wpompuje w inne, to gdzieś ich będzie brakowało. Tak się stało w Polsce. Ech... Temat rzeka...

— Trochę dziwne te gorzkie refleksje. Przecież firmuje Pan nazwiskiem spektakularny sukces.

— Ale ja nie narzekam z perspektywy firmy, tylko czasów, w których nam przyszło żyć. Im dłużej, tym gorzej! Teraz postanowiliśmy zdążyć oddać się komuś w opiekę, zanim się wszystko zawali. Wchodzimy do Unii Europejskiej — i niech się martwią. Można sobie wyobrazić, jak się będą martwić. W Unii są już takie obrzeża typu południowe Włochy. Polska będzie dla Unii Sycylią Wschodu — ze wszystkimi ułomnościami. I nikt się nie będzie martwił milionami Polaków bez pracy. Tyle tylko, że bezrobotny w drugim pokoleniu staje się kryminalistą... Masa bezrobotnych to potencjalna masa kryminalistów. Państwo to nie zabawa, tu trzeba mieć świadomość odpowiedzialności!

— A Pan się czuje odpowiedzialny za swoich pracowników?

— Jestem 26 lat szefem tej firmy i — proszę mi wierzyć — na kilka dobrych pokoleń mam zapewniony byt. Mógłbym jutro zwinąć interes. Ale ja pracuję z poczucia odpowiedzialności wobec tych, którzy mi zawierzyli. Ludzi stąd. Czuję wobec nich zobowiązanie, bo oni się ze mną utożsamiają. Nieraz dali mi tego dowód. I tym się różni moje przedsiębiorstwo od wielkiego koncernu. Jestem polskim właścicielem! U mnie nie tylko biznes się liczy!

Zapanowała cisza. Drzymała jakby trochę zmęczony wziął głęboki oddech...

— Pieniądze, które wydałem w Grodzisku... Mogłem przecież zaoszczędzić...

I tak dotarliśmy do tematu, który sprawił, że po twarzy Zbigniewa Drzymały zaczął się błąkać wyraz jakiegoś podniecenia. Najwyraźniej ze świata patriotycznej odpowiedzialności za losy kraju, wkroczyliśmy nagle w autentyczną pasję. Prezes był już tak wciągnięty, że zapomniał o bożym świecie.

Tydzień później siedzieliśmy w loży prasowej na stadionie Groclinu Dyskobolia Grodzisk Wielkopolski. W części oszklonej lodówka pełna schłodzonego „grodzisza”, na stolikach kanapki, ciastka, kawa, herbata. Widać gospodarz dba, by wilk był syty i owca cała.

Przed nami pojedynek o mistrzostwo I ligi. Dyskobolia zmierzy się z wodzisławską Odrą. Jesteśmy tutaj, bo prezes w końcu zgodził się na zdjęcia, ale postawił warunek: podczas meczu! Tylko takie będą autentyczne! Więc czekamy, aż w loży dla VIP-ów (tuż obok naszej) pojawi się jej właściciel.

Pytamy ochroniarza: gdzie prezes Drzymała zwykł siadać?

— To zależy, jaki ma kaprys. Czasami w ogóle nie wychodzi na trybunę, tylko siedzi tam... — pokazuje palcem. — W tej części zabudowanej. Ale dzisiaj ładna pogoda, no to pewnie wyjdzie na powietrze.

I rzeczywiście, kilka minut przed rozpoczęciem spotkania pojawia się w towarzystwie przyjaciół — czarne polo, przeciwsłoneczne okulary. Trochę spięty. Siada, opiera dłonie na kolanach, ramiona wysunięte do przodu. W takiej pozycji cały mecz. Co bardziej ciekawe sytuacje ogląda maksymalnie wychylony.

Emocji co niemiara! Dyskobolia gromi Odrę 4:0! W ciągu 90 minut można było obejrzeć na grodziskiej murawie spektakl piłkarski w pełnej krasie: bramka ze stałego fragmentu gry (19 min, Sobolewski głową po rzucie rożnym), piękny gol z woleja (64 min, Mila strzał z dystansu), czerwona kartka (80 min, dla Grzyba z Odry), wykorzystany rzut karny (85 min, Niedzielan) i bramka w prezencie (89 min, Rasiak po fatalnym błędzie wodzisławskiej obrony). Ktoś by mógł powiedzieć: zbyt piękne, by prawdziwe. Ale wtedy w Grodzisku było dla niektórych może i niepięknie, prawdziwie jednak było dla wszystkich...

— Co za sztynks! — rzucił jeszcze przed rozpoczęciem meczu jeden z niewielu obecnych dziennikarzy.

Wszechobecny zapach obornika tamtego dnia towarzyszył nam od wjazdu do wyjazdu z miasteczka. Na okolicznych polach rolnicy akurat nawozili grunt. Ten szczegół sprawił jednak, że kontrast między stadionem a resztą okolicy robił jeszcze większe wrażenie.

Drzymała kupił boisko od gminy 10 lat temu za jakąś symboliczną kwotę. Dyskobolia była wówczas podupadającym klubem z okręgówki, a jedynym wyróżnikiem klubu była drewniana trybuna, podarowana klubowi w 1925 roku przez rezydującego w pobliskim Porażynie gen. Kazimierza Sosnkowskiego.

Dzisiaj, choć zabytkowa trybuna stoi, stadionu mogą Grodziskowi pozazdrościć nawet największe polskie metropolie. „Newsweek” wartość nowo powstałej infrastruktury szacuje na 25,6 mln zł. Jak podaje gazeta, by ocenić pełną wartość klubu, należałoby jeszcze dodać rynkowe ceny piłkarzy, czyli jakieś 37 mln zł. W sumie — 62,6 mln zł.

Komentarz Zbigniewa Drzymały: „Ludzie, którzy dużo zarabiają, mają swoje kaprysy”. Dalej mówi, że przeważnie kiedy wydaje pieniądze, to spełnia swoje potrzeby. Jedną z ważniejszych pozostaje zabawa w piłkę. Jej skala zaś jest przypisana do skali jego biznesu. Mówi o tym rozentuzjazmowany.

— Bardzo lubię walczyć! Każdy mecz to nowy konflikt i sprawdzanie się! Największa przyjemność to zagrać chłopakami! Przegrywać i wygrać w ostatnich minutach! Taka adrenalina! To jest to!

Wydawać by się mogło, że w polskiej piłce nożnej prezes skazany jest na zatracenie. Ale i tu wygrywa zdrowy rozsądek. Drzymała narzucił sobie ostry reżim — na sport wydaje rocznie 3 proc. przychodów IGA. Tu nieprzekraczalna granica.

Zapytany o piłkarski biznes, znowu prowokuje. Podkreśla, że jeszcze 20 lat temu kapitalistą wspierającym sport było u nas państwo. Teraz ten obowiązek przejęli prywatni inwestorzy. Niestety, coraz częściej zaczyna się ich od czci i wiary odsądzać.

— W każdym „Przeglądzie” mnie opluwają, bo ciągle jest coś nie tak! Nikt się nie zastanawia, że przecież przez cały czas dokładam do tego interesu. Pokażcie mi jednego człowieka, który wyłożył pieniądze na piłkę i „Bóg zapłać” mu ktoś powiedział... Abstrahując skąd one były, to jednak wkładając je w sport, nie przepił ich! Nie wywiózł z kraju! Tysiące osób w różny sposób zarobiło duże pieniądze — i nikt nie miał pożytku! Ci są dobrzy... A tych paru, którzy mieli słabość do sportu, opluto. Prawie ich powieszono!

Zbigniew Drzymała zerka na zegarek. Limit czasu przekroczyliśmy o jakieś 10 minut. Ten fakt stawia go chyba do pionu, bo nagle przerywa dyskusję o futbolu — jakby się wybudzał z letargu.

— Ale myśmy chyba zgubili wątek? — pyta.

— Przerwaliśmy na kontraktach z FSM i FSO.

— No właśnie. Był czas, że Groclin dostarczał fotele dla FSM do wszystkich samochodów i większości samochodów z FSO. Ale później te fabryki sprzedano Włochom i Koreańczykom. Straciliśmy zamówienia. Nie dlatego, że byliśmy gorsi. Koncerny same produkowały fotele — prezes ciągnie temat, coraz bardziej podkręcając tempo rozmowy.

Wreszcie sypie jak z automatu. W roku 1994 zaczął eksportować pokrycia siedzeń. Najpierw do Fiata Punto, potem Renault Laguna, Mitsubishi itd. W roku 1998 wprowadził spółkę na GPW. W latach 1999-2000 prawie cała produkcja szła już za granicę. Dzisiaj eksport stanowi 100 proc. (m.in. do Volvo, Volkswagena i Porsche), a Groclin jest grupą kapitałową. Należą do niej 4 podmioty: 2 produkcyjne, handlowy i sportowa spółka akcyjna. W tej chwili firma szykuje się do relacji, które uzyska po wejściu Polski w struktury Unii Europejskiej. Dlatego w zeszłym roku rozpoczęła budowę fabryki na Ukrainie. Koniec pierwszego etapu — pod koniec tego roku. Na razie będzie tam pracować kilkaset, w końcu — 2 tys. osób.

— Jak Pan widzi swoją firmę za 10 lat?

— Może być kilka scenariuszy. Zbyt obszerny temat — ucina.

— Dwa skrajne...

— Pierwszy: rządzący ockną się i opracują program na miarę rozwojowej polityki gospodarczej, uwzględniający: konieczność tworzenia miejsc pracy, prowadzenia działalności gospodarczej z odpowiednimi narzędziami — prorozwojowymi i proeksportowymi. Wtedy Groclin będzie kontynuował interesy w Polsce — i będzie lepiej. Drugi: minister gospodarki nie zrobi nic, koszty wytwarzania w Polsce będą stale rosły i przeniesiemy cały biznes na Ukrainę. Tutaj będzie tylko centrum logistyczne.

Prezes żegna się i wychodzi.

Nam pozostaje nieodparte wrażenie, że historia tak się nie kończy. Ten człowiek, choć jest potomkiem słynnego Michała Drzymały, chyba nie bez kozery porównywany jest w Wielkopolsce z Cegielskim, Wawrzyniakiem czy Ratajskim (jak w „Naszej Wielkopolsce — Miesięczniku Ruchu Regionalnego Wielkopolan”). Spotkanie z nim pozostawia w człowieku dziwną chęć poznania jego fenomenu do końca... No właśnie.

— Halo! Panie Prezesie! Jak się kończy ta historia?

— Która?

— No ta z przeszytym palcem.

— Dostałem od ojca reprymendę. Nie zapomnę jej do końca życia.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Wojciech Surmacz, Ryszard Gromadzki

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / / Hart Wielkopolski