Hongkong, czyli w "krainie Naj"

Najbardziej liberalna gospodarka świata, kontrolowana przez największe komunistyczne państwo globu. To możliwe. I działa!

Z dzieciństwa pamiętam kupionego w Peweksie resoraka „Made in Hong Kong”. Wydawał mi się najpiękniejszą zabawką świata. Tydzień spędzony niedawno w Hongkongu przekonał mnie, że wszystko tam jest lub będzie „naj”. Oczywiście, jeżeli Chińczycy (ci z północy) pozwolą. Ale po kolei.

Occupy Hong Kong też działa. Protestanci rozbili się pod siedzibą banku HSBC (fot: ONO)
Wyświetl galerię [1/5]

Occupy Hong Kong też działa. Protestanci rozbili się pod siedzibą banku HSBC (fot: ONO)

Już pobieżna lektura informacji w Wikipedii budzi respekt. Hongkong jest numerem 1 na liście najbardziej rozwiniętych systemów finansowych i rynków kapitałowych (według Światowego Forum Ekonomicznego, przez rok przeskoczył USA, Wielką Brytanię i Singapur). Otwiera rankingi zglobalizowania (według Ernst & Young) i zliberalizowania gospodarki (według fundacji Heritage). Ma też najtańszy internet (transport, jak się przekonałem, chyba też) i najdroższe nieruchomości na świecie.

Warto więc odwiedzić to miasto, choćby na papierze. Tym bardziej, że w rankingu najczęściej podziwianych przez turystów miejsc jest — a jakże — numerem jeden.

Śladami Polaków

Sześć godzin różnicy czasu sprawia, że przez pierwsze pięć dni w Hongkongu nie za bardzo wiesz, czy już możesz spać. Ale nie wszyscy jeżdżą tu przecież w celach turystycznych. W najnowszym rankingu firmy AT Kearney Hongkong ustępuje jedynie Nowemu Jorkowi, Londynowi, Paryżowi i Tokio na liście miejsc, w których można zrobić międzynarodową karierę. Powoli dostrzegają to także Polacy. Wieczorami w rozrywkowej dzielnicy Soho dominuje wprawdzie angielski, ale łatwo trafić też na rodaków. Jest ich kilkuset — to początkujący bankowcy, żony zachodnioeuropejskich menedżerów i studenci. Dołączy do nich wkrótce Aleksandra Ziaja z krakowskiej AGH, pierwsza polska laureatka prestiżowego stypendium Hong Kong PhD Fellowship Scheme na tutejszej politechnice, jednej z najlepszych uczelni technicznych w Azji. Poziom uniwersytetów, napędzany pieniędzmi uczniów z „mainlandu”, szybko dorównuje światowym standardom.

Jest też spora grupa rodaków, którzy rozwijają od zera, ale z chińską cierpliwością i pracowitością, własny biznes. W oficjalnych statystykach trudno ich jednak znaleźć. Wśród 303 firm założonych w 2011 r. dzięki wsparciu Invest HK (www.investhk.gov.hk) są podmioty z Islandii, Mongolii, Peru, a nawet z Samoa. Polski na liście brak. A przecież zamiast słynnego u nas „jednego okienka” w Hongkongu otwarcie spółki z o.o. zajmuje jeden dzień i zabiera jednego lokalnego dolara (równowartość 44 groszy!) na kapitał zakładowy.

— To może się zmienić. W ubiegłym roku przeprowadziliśmy w Polsce bardzo dużą kampanię informacyjną. Na jej efekty trzeba poczekać. Nawet trzy lata — mówi Simon Galpin, szef rządowego departamentu odpowiedzialnego za zagraniczne inwestycje bezpośrednie.

Filip Ziołek, młody przedsiębiorca, który siedem lat temu po studiach w Katowicach ruszył na podbój Chin, tłumaczy to inaczej.

— Polacy lubią robić wszystko po swojemu i bez niczyjej pomocy. Poza tym, po co zakładać firmę, jeśli można tanio kupić istniejącą, z historią i adresem? — pyta Filip, między innymi wiceprezes młodziutkiej Polsko-Hongkońskiej Izby Handlowej, która wspólnie z konsulatem stara się wspierać rodaków biznesmenów, ale dba też o towarzyską integrację Polonusów (www.polcham.hk). Na lawinowy napływ rodaków jednak nie liczy. Wszystko przez…

… ceny nie z tej ziemi

Gdzie najbardziej podrożały nieruchomości w 2011 r.? Według banku Lloyds, właśnie w Hongkongu. Pod względem cen ten kraj jest liderem od wielu lat. Dobrej (ale nie luksusowej) klasy mieszkanie kosztuje tu około 19 tys. USD za metr. Ale przy Severn Road za metr płaci się 78 tys. USD, co oznacza, że to najdroższa ulica świata.

Willa na wzgórzu z widokiem na Port Wiktorii musi mieć swoją cenę, ale przecież nie klitki w sześćdziesięciopiętrowych, przypominających peerelowskie blokowiska wieżowcach w centrum — myślałem, zanim poznałem ceny najmu. Od 4 do 14 tys. USD miesięcznie. W 7-milionowym kraju o powierzchni 1,1 tys. km kw., z czego tylko 25 proc. przeznaczono pod zabudowę, sytuacja raczej się nie zmieni. Na dodatek chyba żaden rynek nieruchomości na świecie nie podlega takim wahaniom. Podaż kontroluje państwo, a spekulacyjny popyt garstka miejscowych miliarderów, którzy dorobili się na deweloperce. Legalnie lub bardzo często nielegalnie, jak pokazało marcowe zatrzymanie za korupcję braci Kwok, właścicieli największej firmy deweloperskiej w Hongkongu.

Dzięki nieruchomościom Hongkong ma jednak — mimo światowego kryzysu — stale nadwyżkę budżetową. Rząd obawia się pęknięcia mieszkaniowej bańki. Zwiększa więc podaż ziemi pod zabudowę i podnosi minimalny wkład własny nabywcy. W rezultacie ceny spadły już o kilka procent. Perspektywy są jednak dla właścicieli dużo mroczniejsze — analitycy banku Barclays nie wykluczają nawet 45-procentowej przeceny w ciągu dwóch lat.

Najdziwniejsza „demokracja”

Zatrzymanie braci Kwok odbiło się na lokalnym indeksie giełdowym Hang Seng, ale na dłuższą metę większe skutki może mieć inny nieruchomościowy przekręt. Henry Tang w marcowych wyborach stracił fotel szefa administracji Hongkongu (jak przystało na gospodarczą potęgę, oficjalna nazwa stanowiska to… Chief Executive). Przez pozamałżeńskie romanse i budowę rezydencji bez pozwolenia stracił poparcie Pekinu i przegrał wybory.

Skoro to kraina „naj”, to i wybory wyglądają tu najdziwniej na świecie. Nam mogą przypominać czasy demokracji szlacheckiej. Leung Chun-ying, nowy prezes, wykształcony w Wielkiej Brytanii syn policjanta, wygrał dzięki poparciu 57 proc. z 1193 elektorów reprezentujących finanse, handel, szkolnictwo i Kościół.

Według prestiżowego tygodnika „The Economist”, elektorzy dzielili się na dwie grupy: tych z instrukcjami od Pekinu i tych, którzy starali się odgadnąć, czego życzy sobie chiński rząd. Kuriozalny system polityczny utrzymuje się od 1997 r., gdy Hongkong wrócił spod panowania Wielkiej Brytanii pod chińską jurysdykcję i zyskał status Specjalnego Regionu Autonomicznego. Pekin zobowiązał się wówczas do zachowania zasady „jeden kraj — dwa systemy”, czyli autonomii Hongkongu oraz systemu ekonomicznego i społecznego strefy przez 50 lat. Jednak pięć lat temu Pekin orzekł, że mieszkańcy Hongkongu nie mogą bezpośrednio wybierać swego przywódcy do 2017 r., a władz ustawodawczych do 2020 r.

— I co z tego? Pod rządami Brytyjczyków też nie mogliśmy wybierać władz. Zresztą, co to takiego ta europejska demokracja? W Londynie czy Paryżu nie mogę się publicznie napić piwa i nikt nie krzyczy, że to wbrew swobodom obywatelskim — tłumaczy Amy Lam z Hong Kong Tourism Board.

Coraz więcej mieszkańców Hongkongu domaga się jednak głębszej demokratyzacji. W odróżnieniu od obywateli Chin Ludowych mają głęboko wpojoną wolność słowa. Napięcie społeczne rośnie. Hongkong jest jedynym miejscem pod władzą Chin, w którym wolno protestować w rocznicę masakry studentów na placu Tiananmen w 1989 r. Także tu już od wielu miesięcy trwa ruch Occupy Hong Kong, naśladujący tych z Wall Street (ale dużo bardziej praktyczny, bo z głównym obozem pod dachem banku HSBC, który chroni protestujących przed deszczem i burzą).

Antypekińskie protesty po ostatnich wyborach wyglądają jednak na oznakę bezradności mieszkańców Hongkongu. Z jednej strony są dumni z wszystkiego co „naj”. Z drugiej, miasto staje się coraz bardziej zakładnikiem Pekinu. Już nie tylko politycznym, ale i gospodarczym.

Chińczyk z Chińczykiem

Gdy 15 lat temu Pekin przejmował kontrolę nad Hongkongiem, jego mieszkańcy nie znali swej przyszłości. Na wszelki wypadek szybko zaczęli się uczyć mandaryńskiej odmiany języka (kantońskim w Pekinie nie sposób się porozumieć) i przekonywać władze ludowe, że mogą być dla nich bramą do kapitalistycznego świata. Chińczykom, szykującym się wówczas do gigantycznego skoku cywilizacyjnego, nie trzeba było dwa razy powtarzać. W ten sposób przez lata trwał układ, który pomagał hongkońskiej giełdzie (jest numerem jeden na światowym rynku ofert IPO), wymianie handlowej (tutejszy port jest trzecim na liście największych na świecie) i uwłaszczeniu komunistycznych notabli.

Chińczycy z obu stron granicy żyliby pewnie w symbiozie do dziś, gdyby tym z „mainland China” nie zaczęło się szybko tak dobrze powodzić. Rezultat? Bogacze z Chin Ludowych masowo wykupują dobra luksusowe w Hongkongu, podnosząc ich ceny. Wielotysięczne demonstracje pod sklepem Dolce & Gabbana w styczniu to kulminacja frustracji tubylców. A poszło o drobiazg — zakaz robienia zdjęć przed witryną sklepu. Ponoć dlatego, by nie drażnić bogatych Chińczyków, których fotki z tysiącami dolarów w ręku mogłyby zainteresować władze w Pekinie.

Bogaczy jednak cwany „Hongkonger” łatwo by przebolał. Gorzej z tymi, którzy chcą uciec z komunistycznego państwa do wolnego świata. Przyjechać łatwo, osiąść już trudniej, choć i na to są sposoby. Niemal codziennie pisze o nich „South China Morning Post”, najpopularniejszy lokalny dziennik (www.scmp.com). Oczywiście, nie kryjąc oburzenia. A to Chinka przyjedzie do Hongkongu w dzień porodu, by tu przyszedł na świat jej potomek, automatycznie uzyskując obywatelstwo (na domiar złego, jak wszędzie na świecie, wszyscy narzekają na przepełnione szpitale). A to, będąc w ciąży, popełni jakieś drobne wykroczenie, by tylko urodzić — wprawdzie w więzieniu, ale w kapitalistycznym świecie. Napięcie więc rośnie, ale pewnie nie eksploduje, póki żadnej ze stron obecna sytuacja nie przestanie się opłacać.

Turystyczny numer 1

Poprzedni akapit podważa nieco wydźwięk kolejnych danych, ale statystycznie to fakt niekwestionowany — Hongkong jest najchętniej odwiedzanym państwem świata. W 2011 r. przybyło tu 40 mln osób. Dwie trzecie „turystów” pochodzi z Chin. Z reguły spędzają tu jeden dzień.

Ci, którzy pozostają dłużej, na pewno się jednak nie znudzą. Rejs dżonką, dwupoziomowe tramwaje, jeden z najwyższych posągów Buddy na świecie, najdłuższe schody ruchome na świecie... Do tego niezapomniane widoki z górującego nad państwem The Peak (dojazd tramwajem z XIX wieku) czy 490-metrowego International Commerce Centre, czwartego na liście najwyższych budowli świata. Zwiedzanie uprzyjemnią przekąski dim sum (kuchnia kantońska wcale nie jest ostra) i zakupy na tętniącej życiem Temple Street, choć niestety od dwóch lat nie można już tu dostać na kilogramy torebek od Gucciego i Louisa Vuittona (przecież Chińczyka stać już na oryginał).

By trochę odróżowić krajobraz Hongkongu i pozostać w krainie „naj”, warto dodać, że także pod względem zanieczyszczenia powietrza państwo należy do światowej czołówki. Mgłę łatwo więc pomylić ze smogiem. Ale Hongkongu z żadnym innym miejscem już nie.

Dużo więcej wrażeń z Hongkongu na blogu autora>>

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: PRZEMEK BARANKIEWICZ

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Hongkong, czyli w "krainie Naj"