Horst Koehler: Charakter pod żyrandolem

opublikowano: 28-02-2011, 11:32

Przedterminowe wybory prezydenckie przydarzyły się w 2010 roku nie tylko nam, ale i Niemcom. Na tym koniec zbieżności. Zwłaszcza podział obowiązków między prezydentem a kanclerzem jest u zachodnich sąsiadów określony wyraźniej niż u nas między prezydentem a premierem. W uproszczeniu – za Odrą rządzi kanclerz, a prezydent reprezentuje.

Zobacz więcej

foto: Bloomberg

Gdyby więc posłużyć się terminologią zaczerpniętą z polskiej kampanii, Horst Kohler, który z końcem maja 2010 r. złożył dymisję, jako prezydent urzędował pod żyrandolem. A jeśli wziąć pod uwagę, że i on, i kanclerz Angela Merkel wywodzą się z jednej partii, nie ma wątpliwości, że głównie reprezentował. I robił to, trzeba przyznać, w dobrym stylu. Żadnych gaf na forum międzynarodowym, żadnych „chorób filipińskich”, żadnych kłótni o krzesła. Do czasu…

Kariera Horsta Koehlera przebiegała dość typowo dla polityków okrzepłych demokracji. Absolwent ekonomii najpierw pracował na macierzystej uczelni, by z czasem wykazać się sprawnością jako urzędnik państwowy i wreszcie polityk. Sprawdzał się tam, gdzie niezbędne było połączenie wiedzy ekonomicznej i talentów dyplomatycznych. Odpowiadał m.in. za przygotowanie unii walutowej w trakcie jednoczenia NRD z RFN. Negocjował finansowe warunki wyjścia z Niemiec armii radzieckiej, a przed objęciem prezydentury kierował kolejno Europejskim Bankiem Odbudowy i Rozwoju i Międzynarodowym Funduszem Walutowym.

Dla Polaków ciekawy jest jeszcze wcześniejszy element biografii byłego prezydenta Niemiec. Koehler urodził się bowiem w 1943 r. w Skierbieszowie pod Zamościem, gdzie jego rodzice – Niemcy z zajętej przez Rosjan na mocy paktu Ribbentrop-Mołotow Besarabii – zostali przesiedleni w ramach poszerzania niemieckiej przestrzeni życiowej. Krótki czas spędził również w Łodzi. Daleko mu jednak do poglądów Eriki Steinbach – też urodzonej w niemieckiej rodzinie osiedlonej na ziemiach polskich. Pytany, czy nie czuje się wypędzonym, odpowiada, że wypędzona była rodzina ze Skierbieszowa, w której domu ulokowano jego rodziców. Polacy mają jeszcze jeden powód do sympatii dla Koehlera – w pierwszą podróż jako prezydent Niemiec wybrał się nie na zachód, ale właśnie do Polski, która była wówczas nowym członkiem Unii.

Do niedawna był lubiany i szanowany także na własnym podwórku. Wszystko przekreślił wywiad udzielony 20 maja rozgłośni Deutschlandradio, w którym Koehler po wizycie w Afganistanie powiedział: „Niemcy, jako kraj żyjący z handlu zagranicznego, muszą być świadome tego, że może zaistnieć konieczność użycia wojska do obrony niemieckich interesów. Chodzi tu np. o zapewnienie swobody na szlakach handlowych, o zapobieżenie niestabilności w niektórych regionach świata, które mogłyby negatywnie wpłynąć na stan niemieckiej gospodarki”. I rozpętało się piekło. Przeciwnicy polityczni zarzucili prezydentowi nawoływanie do łamania niemieckiej konstytucji, która zabrania używania armii w celach innych niż zapewnienie bezpieczeństwa. Media nie zostawiły na nim suchej nitki. Co gorsza, w obronie prezydenta nie stanęli jego partyjni koledzy, w tym kanclerz Angela Merkel. Osamotniony i zawiedziony Kohler zrezygnował z funkcji.

Polaków w tej historii do refleksji mogą skłonić dwa wątki. Po pierwsze, warto się zastanowić, czy rzeczywiście Niemcy przez dwa pokolenia do tego stopnia umiłowali pokój, żeby kamienować lubianego w końcu polityka za to, że powiedział to, co jest oczywiste, a co dla dobrego samopoczucia wygodniej przemilczeć. Wszak od średniowiecza do połowy ubiegłego stulecia większość narodów Europy, a już my szczególnie, przekonała się wiele razy, że jak Niemcy biorą się za wojaczkę, to nie po to, by zapewniać sobie bezpieczeństwo. Miejsce urodzenia Horsta Koehlera potwierdza to aż nazbyt dobitnie.

A drugi wątek? Przyzwyczailiśmy się, że nasi politycy plotą, co im ślina na język przyniesie, a jak w mediach robi się szum, to wypierają się wszystkiego lub – w najlepszym przypadku – tłumaczą, że zostali opacznie zrozumiani, że był to tylko „skrót myślowy”. I rzadko pada przy tym choćby „przepraszam”, a co dopiero mówić o dymisjach. Przypadek Horsta Koehlera pokazuje, że politycy z klasą, gotowi ponosić konsekwencje swego postępowania i stawiający w polityce nie tylko na skuteczność, ale także wartości, jak choćby honor, rodzą się także na polskiej ziemi. Tyle że wychowują się już raczej gdzie indziej.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Horst Koehler: Charakter pod żyrandolem