Hucznie i gromadnie

Anna Niedźwiedź
opublikowano: 2003-04-18 00:00

Spora część XIX-wiecznych polskich przedsiębiorców wywodziła się z rodów szlacheckich i arystokratycznych. Ci plebejskiego pochodzenia, gdy doszli do fortuny, z chęcią przejmowali zwyczaje ziemiaństwa, pozując czasem na dawną tradycję szlachecką. Nabywano majątki ziemskie, a w obyczaju starano się przywołać barwne opowieści z czasów sarmackich.

Dlatego wielkanocne święcone w bogatych XIX-wiecznych domach kupców i bankierów niejednokrotnie przypominało wystawność złotych szlacheckich czasów. Wśród burżuazji i w znaczniejszych domach mieszczańskich, jak w dworkach, ze święconką nie spieszono do kościoła. To ksiądz przychodził do domów, by pokropić suto zastawione stoły. W Wielką Sobotę po miastach krążyli kapłani w komeżkach, a służba czyhała w bramach, mając za zadanie dobrodzieja do domu doprowadzić, nim skręci do sąsiadów.

Jeżeli dom był bogaty, stoły rzeczywiście uginały się od wykwintnych potraw. Pośrodku stawiano agnuska — czyli baranka, symbolizującego zmartwychwstałego Chrystusa. Figurkę agnuska wypiekano z ciasta albo rzeźbiono z bryły masła. Wokół baranka układano „jaja pisane, szynki, kiełbasy, jajeczniki, mazurki i placki różnego rodzaju”.

W bogatych domach przemysłowców, podobnie jak u arystokracji, zdarzały się dania wymyślne, gdzie figurki z lukru i ciasta przypominały biblijne sceny. Ale święcone musiało być obfite nawet w domach średnio zamożnych, gdyż — jak pisze Maria Estreicherówna — „przychodzili przez cały tydzień po poczęstunek stróże nocni, lampiarze, kominiarze, listonosze itd., a także żebracy”. Nazywano to „chodzeniem po śmiguście”.

W Poznaniu na stole świątecznym u drobnych kupców czy urzędników musiała pojawić się „kilkukilowa szynka i kula cielęca, zwoje kiełbasy wędzonej i gotowanej, galarety z nóżek cielęcych, chleb, baranki maślane, jaja ugotowane na twardo w różnokolorowych skorupach, różnej wielkości baby i babki dla każdego z domowników oddzielnie, placki pokryte kruszonką, różne przyprawy zaostrzające apetyt oraz kilka butelek wina, miodu i wódek”. A z zapisów krakowskiej rodziny kupieckiej Louisów wiemy, iż na wielkanocnych stołach dało się znaleźć także piwo ragensburskie i porter.

Prócz śmigustników na święconkę już od pierwszego dnia Wielkanocy przychodziła rodzina i przyjaciele. W miastach panował powszechny obyczaj odwiedzin wielu znajomych i krewnych. Po dwóch czy trzech dniach obżarstwa i opilstwa można było nieźle się pochorować. Maria Estreicherówna zauważa, iż gdy w roku „1850 zjechało na święta do Krakowa kilku obcych lekarzy, krążył dowcip, że znęciła ich perspektywa znacznej praktyki po święconym”.

Coś chyba było na rzeczy, gdyż w pamiętniku Juliusza Targowskiego — ziemianina i fabrykanta — znajdujemy zapis o tragicznym epilogu Wielkanocy z początku zeszłego wieku: „Pani Adamowa Potocka, matka Namiestnika, pierwsza dama podwawelskiego grodu, przyjmowała tradycyjnie w sobotę wielkanocną w swym pałacu >>Pod Baranami<< życzenia od socjety krakowskiej. A że była gościnna i dawne obyczaje z lubością podtrzymywała — z każdym ćwiarteczkę jajka spożyła. Pani, dość już w latach podeszła, chętnie by jeszcze te życzenia odbierała, ale niestety po dwusetnej ćwiartce w Wielką Niedzielę nad ranem Bogu ducha oddała”.

Na szczęście nie wszyscy kończyli obchody Wielkanocy w tak tragiczny sposób. Młodzież nie tylko chętnie sięgała do mis i kieliszków, ale z radością witała koniec postu. Dlatego przy okazji wizyt „na święconym” nierzadko ruszano w tan, rozpoczynając czas zielonego karnawału.

Wielbicielem zabaw wszelkich był Hieronim Ciechanowski — syn krakowskiego kupca, który dorobił się fortuny na imporcie win włoskich i węgierskich. W młodzieńczych pamiętnikach Ciechanowski przywołuje święcone z roku 1852: „W pierwsze święto, tj. w Wielką Niedzielę po południu, byłem na święconym u państwa Szporów. Towarzystwo składające się może z 60 osób przyszło na spożycie tego, co ksiądz w Wielką Sobotę poświęcił, młodzież rzuciła się do tańca, bez którego 40 dni postu ubiegły, ale okazało się dowodnie, że nikt tańca nie zapomniał i że on jest najlepszą zabawą zgromadzonej młodzieży”.

I tak bawiono się i jedzono przez cały tydzień, odwiedzając znajomych o rozmaitych porach dnia. Chodzenie „na święcone” kończyło się w niedzielę po Wielkanocy. Wtedy już obowiązkowo jadłu towarzyszyła muzyka i tańce do późnych godzin nocnych.

Oprócz tańców i „obciążonych szynkami stołów” wiosenne święta stawały się okazją do licznych spacerów i przejażdżek za miasto. W Krakowie w drugi dzień świąt przedstawiciele wszelkich stanów „odbywali religijno-obyczajowe przechadzki” na zwierzyniecki Emaus. Warszawiacy jechali na Bielany lub na Ujazdów.

We wspomnieniach Romany Pachuckiej z końca XIX wieku można znaleźć obrazy świątecznego Ujazdowa z tamtych czasów: „słupa, na który wdrapywali się mężczyźni, by zdjąć z jego wierzchołka nagrodę za zręczność i siłę w postaci butelki wina, pieniędzy, kapelusza itp., karuzeli, na której się jeździło a jeździło, jakichś magików, Cyganki wróżącej przyszłość, osiołków, na których chłopcy jeździli...”. Henryk M. Fukier także opisuje rodzinne wypady za miasto „na Filtry”. W lany poniedziałek „w południe po kościele ogromne lando, zaprzężone w parę koni, oczekiwało przed naszą bramą na Rynku. Cała gromadka z rodzicami i z boną na czele zasiadała w powozie...”.

Dostatek i obfitość świątecznych obchodów prowokowała uszczypliwość prasy. Felietoniści wytykali arystokratom i przemysłowcom nadmierny wielkanocny zbytek, podczas gdy „biedni kryją się w norach”. Dlatego święta — bywało — stawały się okazją do czynów dobroczynnych i licznych akcji charytatywnych.

We wszystkich większych miastach organizowano liczne kwesty w kościołach. W Wielką Sobotę, gdy wierni tłumnie chodzili oglądać Grób Pański, w świątyniach ustawiano stoliki, przy których piękne kwestarki zachęcały do składania datków na rozmaite szczytne cele.

Jak donosiła prasa warszawska, nierzadko „pomiędzy darami, złożonemi na tacach dam kwestujących, znajdowały się różne kosztowności, klejnoty, pierścionki, brosze itp.”. „Tygodnik Ilustrowany” wytykał wszakże co roku, że organizacja kwest wielkanocnych powinna się zmienić, gdyż „stół okryty bogatym dywanem, zastawiony kandelabrami, aksamitne fotele, srebrne tace pokryte efektownie tęczówkami — wszystko to odstrasza tych, którzyby wobec podobnej wielkości zaledwie z kilkoma groszami stanąć mogli”. Mimo to dobroczynne akcje przypadające na czas Wielkanocy stawały się powszechne i — prócz kwest — urządzano liczne koncerty charytatywne (w Wielkim Tygodniu głównie w świątyniach). W czasie świąt grywano muzykę lżejszą, organizowano rozmaite poranki artystyczne, podczas których zbierano datki na działalność Towarzystw Dobroczynności.

Zasiadając w Wielkanoc przed telewizorem, pamiętajmy przynajmniej o tym, jak różnorodnie, przyjemnie, a czasem i pożytecznie potrafili spędzić świąteczne godziny nasi przodkowie.