I pieniądz, i sposób

Magda Machowska
opublikowano: 2004-10-08 00:00

W realnym socjalizmie filantropię traktowano jako „burżuazyjny relikt”, a etosowi filantropijnemu władze nadały znaczenie pogardliwe. Szkoda.

Bo pożyteczna dobroczynność to nie obraz odmalowany przez Andrzeja Chciuka: „Co miesiąc owe paniusie zbierały się u jednej z członkiń zarządu i — wśród ploteczek o lepszej sosjecie — spierały się, komu przydzielić jakie bony na żółtych czy niebieskich kartonikach, pijąc herbatę i domowego wyrobu wina z porzeczek. Mówiły też wtedy o swych mężach, dzieciach i kłopotach, wymieniały przepisy kucharskie oraz podawały sobie adresy bezrobotnych, którzy za grosze mogą szatkować pod jesień kapustę, rąbać w zimie drewno, a na wiosnę plewić w ogródku”.

Pobudzanie

Gospodarka folwarczno-pańszczyźniana upadała, rozwijał się za to przemysł. Ludzie ubożeli. Właśnie bieda — i antyzaborczy patriotyzm — stały się w XIX stuleciu powodem powstawania na ziemiach polskich towarzystw społecznych, kulturalnych, społeczno-gospodarczych, oświatowych, wojskowo-politycznych. Często w konspiracji. Do pierwszych jaskółek należało Warszawskie Towarzystwo Dobroczynności, założone w 1814 r. przez nie byle jakich Polaków: Zofię z Czartoryskich, Adama Czartoryskiego, Stanisława Staszica, Juliana Ursyna Niemcewicza. Towarzystwo — i jego oddziały — prowadziło ochronki, żłobki, sierocińce, tanie kuchnie, domy noclegowe, a nawet biuro pośrednictwa pracy.

Książę Jan Tadeusz Lubomirski, jego prezes, założył w stolicy czytelnie, otworzył wieczorowe szkoły, kursy dla rzemieślników i kasy groszowe dla najuboższej ludności. Zapoczątkował wydawanie serii podręczników „Biblioteka Rzemieślnika Polskiego” oraz encyklopedii wychowawczej. Zadaniem towarzystwa było „organizowanie chrześcijańskiego miłosierdzia w sposób nowoczesny i racjonalny”.

Tę myśl rozwija Anna Potocka: „Moją jałmużną było leczenie chorych i uczenie ludu przemysłu domowego w różnych kierunkach, dostarczanie roboty tym, co jej nie mieli, dostarczanie gazetek i książek, dla podniesienia ich inteligencji i moralności. Stasia miłosierdziem było zakładanie towarzystw zaliczkowych, zakładanie sklepików chrześcijańskich i towarzystw zarobkowych rzemieślniczych. Miłosierdziem było ratowanie w czasie cholery, gotowanie zupy pożywnej w czasie głodu. (...) Self help i wprowadzanie go między lud polski było naszym hasłem całe życie; uważaliśmy, że jałmużna bezmyślnie dana, to patent na próżniactwo ze strony dającego, bo łatwiej dać kilka szóstek i mieć święty spokój, niż wejść w przyczynę tej nędzy, obmyśleć dla niej wyjście, dać lub wskazać robotę, polecić”.

Kiedy indziej wspominała: „Może dla miłosierdzia Bóg dał znaleźć źródło mineralne w Rymanowie (...) majątek się podwoił, a nawet więcej”. Efekt? Anna Potocka postanowiła, że poza sezonem — od połowy maja do końca czerwca i we wrześniu — ubodzy mogą brać bezpłatne kąpiele w uzdrowisku. Dla tych, którzy nie mogli wynająć mieszkania na czas kuracji, zbudowała prosty barak z dwoma salami, w którym „w wakacje córeczki moje zaprawiały się w pielęgnowaniu chorych i opatrywaniu ran”.

Po cichu

W czasie zaborów wiele instytucji, prowadząc oficjalnie działalność filantropijną, rozwijało też prace niepodległościowe i oświatowe. Taka była rola ochronek: w konspiracji nauczano tam po polsku.

„Uczono i leczono po wszystkich »pałacach«, dworach i dworkach. (...) Poza większymi miastami nie było lekarzy. Od czasu do czasu trafiał się felczer albo znachor. Zamorusani, nieśmiali Józiutkowie, Edziowie i Donatowie różnymi przełajami dreptali do siedzib dobrotliwych całkiem samopas działających pań, utrzymujących zawsze jakieś ochronki dla dworskich dzieci oraz dla przypadkowych sierot”.

Czasem skutki takiej nauki bywały zaskakujące. Na pytanie egzaminatorki: „Kto jest najsilniejszy, najważniejszy w Rosji?”, patriotycznie edukowany przez panią „gruby, o myślących małych oczkach, Dońka pociągnął nosem, obejrzał się dokoła i naraz aż obie ręce podniósł do góry, taką poczuł pewność siebie: — Musi — papież! — wykrzyknął” — wspomina Kazimiera Iłłakowiczówna.

Przedsiębiorcy na plan!

Na XIX stulecie przypadają też początki ruchu filantropijnego przedsiębiorców na ziemiach polskich. Przemysłowcy wspierali budowę osiedli przyfabrycznych, rozwój szkolnictwa zawodowego, zakładali kasy pożyczkowe i oszczędnościowe. Wspierali finansowo działalność instytucji filantropijnych i oświatowych, brali udział w akcjach charytatywnych, jak wystawy, bale, rauty, kwesty i tombole.

W Królestwie filantropijną ofiarnością wsławiły się rodziny: Kronenbergów, Blochów, Fragetów oraz Ludwik Norblin czy Teodora Werner. Jan Gotlib Bloch wyróżnił się hojnością, ofiarowując grunt pod budowę domu pomocy społecznej — w Warszawie, na Powiślu. Przemysłowcy Stanisław Rotwand i Hipolit Wawelberg wydatnie wspomogli budowę Szkoły Inżynierskiej.

Po klęsce powstania styczniowego wyłoniły się stowarzyszenia, świadczące pomoc więźniom politycznym i ich rodzinom. We Włocławku zawiązano tajne stowarzyszenie kobiece Patronat Opieki nad Więźniami, niosące pomoc więźniom politycznym. Nieformalna organizacja adwokatów, udzielająca pomocy prawnej i finansowej represjonowanym powstańcom, nazywała się — znamiennie — Ministerstwo Polskiej Biedy. W zaborze austriackim Towarzystwo Weteranów udzielało pomocy byłym powstańcom, powracającym z zesłania z Syberii oraz przyznawało stypendia dzieciom poległych.

W Królestwie — przeciwdziałając rusyfikacji — Cecylia Śniegocka założyła Towarzystwo Tajnego Nauczania. Stefan Żeromski w „Dziennikach” wspomina: „Miałem lekcje u tapicerów. Będę tam prowadził historię naszą porozbiorową — musiałem więc wczoraj uczynić wstęp. (...) Gdybyż nasze usiłowania wydały owoce, gdyby choć rozpoczęły to zbliżenie się warstw, to zjednoczenie się, to zsolidaryzowanie się, to demokratyczne zatarcie różnic, tę uczciwą dobę, gdzie naród ducha się tworzy, naród jedności, naród patriotyzmu!”.

Z domu

„Naczelną wartość w systemie wychowawczym stanowił szacunek dla wieku i dla pracy. Trzeba było usługiwać starszym, pomagać im. Gdy (...) zachwycałam się czyjąś urodą, pytano, czy naprawdę nic więcej w tej osobie nie zauważyłam. Liczył się charakter, wiedza, serce. (...) Ojciec (...) powtarzał: Jeśli urodziłaś się w Wilanowie, to musisz za to płacić. Musisz z siebie dużo więcej dawać, niż inni dają. Musisz pamiętać o innych, musisz o nich dbać. Jesteś odpowiedzialna za ludzi, którzy dla ciebie pracują” — mówi Anna z Branickich Wolska.

Zeneida z Zamoyskich Poklewska Koziełł podkreśla, że: „Rodzice pielęgnowali w domu kult pracy, honoru, uczciwości”.

Anna z Branickich Wolska: „Po ślubie mama (Beata z Potockich) wzięła się ostro do pracy społecznej w majątku Roś. We wszystkich 14 folwarkach założyła kuchnie amerykańskie dla dożywiania biednych, sklep, świetlicę. Na potrzeby ochronki oddali rodzice pałac w Rosi. 3 III 1922 r. przyjęto pierwsze 40 dzieci. Mama prowadziła z nimi lekcje religii i szykowała do sakramentów. Ochronka stała się treścią jej życia”.

Michał Sobański okazał bezprzykładną hojność w pomocy chorym i biednym. „W młodości, podczas epidemii dyfterytu na Podolu nauczył się praktykowanego wówczas zdejmowania błon w gardle i — mimo wrodzonego wstrętu — obchodził z tą pomocą chorych w chatach wiejskich. Kiedyś — chcąc zapobiec szerzeniu się epidemii tyfusu — zamknął się na kilka tygodni z pewnym chorym i pielęgnował go. Stała trzecia część jego dochodów, a nieraz i więcej, oddawana była na potrzeby bliźnich. Budował i utrzymywał ochronki — np. na Woli dla 600 dzieci, a w Kijowie dla kilkuset polskich dzieci, schroniska dla chorych i bezdomnych. Fundował także stypendia” — wspomina wnuczka, Gabriela z Sobańskich Krasicka.

Jej ojciec, Feliks Sobański, pracował społecznie w instytucji Nędza Wyjątkowa — w klasztorze na Tamce. Opiekował się również fundacją ojca (dla nieuleczalnie chorych) przy ul. Wiejskiej.

Kuźnia charakterów

U schyłku XIX wieku krytyce poddaje się doraźność dotychczasowej filantropii i sposób zdobywania funduszy: bale, loterie i wystawy w dużej mierze służą szczodrobliwości na pokaz. W miejsce jałmużny — to już nowy sposób myślenia — należy stworzyć miejsca pracy, przygotować do niej i poprawić warunki życia najuboższych. Opowiada się za tym m.in. Bolesław Prus. Powstają nowoczesne instytucje charytatywne, opiekuńcze, lecznicze i oświatowe.

Donatorką Krajowej Szkoły Koronkarskiej w Zakopanem była Helena Modrzejewska. Kierowniczka szkoły pani Neużilowa wypuściła spod swej ręki mnóstwo sławnych koronczarek. Jej uczennice „co dzień przynosiły do domu coś nowego, które wsiąkało do rodziny niepostrzeżenie i przeobrażało dom z brudnej chaty w czyste mieszkanie, z rozmów, często grubych, znikały brudne wyrazy, a sama uczennica stawała się jakąś nieprzystępną panienką, skromną w obejściu, czysto ubraną, uprzejmą, ani śladu dziewki ze stajni, chociaż tej roboty ani na chwilę nie zaniechała” — wspomina dr Andrzej Chramiec.

Możne opiekunki szkoły lansowały zakopiańskie koronki: Modrzejewska, zamawiając „garniturki” do strojów teatralnych, Krasińska — zlecając wykonanie ślubnej wyprawy dla najmłodszej siostry hrabianki Potockiej z Krzeszowic.

Anna i Stanisław Potoccy założyli w połowie XIX stulecia w Korczynie koło Krosna Towarzystwo Tkackie, a w Rymanowie — szkółkę rzeźbiarską. Dwór łożył tylko na wyżywienie kilku, czasem kilkunastu chłopców — poza tym szkoła utrzymywała się sama. Anna Potocka tak o tym pisze: „Chłopcy dostawali około trzeciej części tego, co sami zarobili na każdej robocie: reszta szła na zakup materiałów, na utrzymanie stolarza, nauczyciela i inne koszta. (...) Założeniem szkółki było chłopcom dać zarobek i zająć im ręce w czasie pasienia bydła, w czasie długich wieczorów zimowych. (Dziewczęta uczyły się u nas koronek, ale nie mieszkały we dworze). Zbyt, po części, zapewniała bliskość dwóch zakładów kąpielowych. (...) Dopóki się (chłopiec) dobrze nie nauczył, siedział u nas; nauczywszy się, brał materiał i dłutko, szedł do domu, wyrabiał sam parę tuzinów swego przedmiotu (stosownie do zamówień i możności zbytu), potem wracał nauczyć się coś lepszego. Otóż pierwszą robotą były ramki składane, z narożnikami jak najprostszymi; potem przychodziły takie same ramki korowane z paru listeczkami u góry, najpierw jak bez lub brzoza, bo łatwiejsze, potem listki dębowe trudniejsze, całe ramki, lub inne graciki. Było to niesłychaną zachętą, że te pierwsze roboty już po kilku dniach zarobek przynosiły (...)”.

Wielu było zdolnych — np. Wanio Kawka z Polan zajął się potem rzeźbą ornamentalną w kamieniu i pracował przy restauracji kaplicy Zygmuntowskiej na Wawelu.

Jadwiga z Działyńskich generałowa Zamoyska, po wysiedleniu rodziny — przez rząd pruski — z Kórnika, przeniosła Szkołę Domowej Pracy Kobiet do Kuźnic. Jak pisze Halina Kenarowa: „Surowy regulamin zakładu, na pół wojskowy, na pół klasztorny, kształcenie charakterów oparte na potrójnej pracy ręcznej, umysłowej i duchowej miał dopomóc w kształtowaniu charakterów przyszłych pań domu”. Zajęcia praktyczne odbywały się przedpołudniami w całkowitym milczeniu. Nadprogramowo uczono również introligatorstwa, wyrobu mydła, prowadzenia sklepiku lub dochodowej restauracji w Kuźnicach, słynącej z pysznej kuchni. Szkoła przyjmowała uczennice z trzech zaborów i umacniała w polskości. Do I wojny światowej zakład wykształcił blisko 4 tys. dziewcząt, z których wiele potrafiło założyć warsztaty piekarskie, cukiernicze, pralnie i szwalnie. O potrzebie istnienia takiej szkoły jeszcze w 1938 r. pisała Iłłakowiczówna: „Trzeba, żeby przy szkołach gospodarczych lub przy stowarzyszeniach pań domu, ziemianek — dojrzałych i młodych — powstały specjalne kursy dla elity służących, kursy kończące się rodzajem egzaminu bez egzaminu, a w czasie których poddano by kandydatki ścisłej obserwacji i specjalnej choć powierzchownej edukacji na modłę zachodnią”.

Aleksander Ignacy Lubomirski w 1885 r. darował Wydziałowi Krajowemu we Lwowie 2 mln franków. Pieniądze przyczyniły się do powstania zakładu wychowawczego dla opuszczonych chłopców w Krakowie oraz zakładu dla upadłych kobiet pod Krakowem.

Ignacy Łukasiewicz dostarczał „młodzieży włościańskiej środków do kształcenia się”. W okolicy nazywano go „ojciec Łukasiewicz”. Jego żona Honorata ze Stacherskich Łukasiewiczowa ufundowała szkoły w Chorkówce i Zręcinie oraz rozpropagowała koronczarstwo, „którego potem okazy, godne pajęczych tkanek, zachwycały widzów na wystawach krajowych” — co z uznaniem podkreśla Anna Potocka.

Na początku XX w. w zaborze austriackim Kazimierz Jeżewski założył Towarzystwo Gniazd Sierocych. W gospodarstwach rolnych, nazywanych wioskami i gniazdami sierocymi, nauczyciele przygotowywali sieroty do życia.

W sanatorium

Na przełomie wieków — dzięki inicjatywie i fundacji Eugenii Kierbedziowej — powstał szpital dla Psychicznie Chorych w Drewnicy koło Warszawy, w którym leczono bezpłatnie. Z prywatnych funduszy rodziny Zamoyskich, Krasińskich, Henryka Sienkiewicza, Ignacego Paderewskiego powstało w Zakopanem sanatorium przeciwgruźlicze. Wspierane przez przemysłowców warszawskich Bersohnów, Natansonów, Wawelbergów towarzystwo Kolonii Letnich organizowało wypoczynek dzieci. W Krakowie Henryk Jordan zakłada park, a w nim — pływalnię i boiska sportowe.

W Miejscu Piastowym ks. Bronisław Markiewicz otwiera ośrodek resocjalizujący młodzież, gdzie ważne jest i przygotowanie zawodowe, i nauka samorządności. Jan Trzecieski — syn pioniera przemysłu naftowego Tytusa Trzecieskiego z Polanki koło Krosna — wspiera i dopomaga w rozwoju zakładu. Dzięki zapisowi testamentowemu przemysłowca Wilhelma Raua powstaje Warszawskie Towarzystwo Higieniczne, które zainicjowało organizację ogrodów im. Raua, prowadzących działalność rekreacyjną i wychowawczą dla dzieci.

Na zachodnich kresach

W II Rzeczpospolitej za doskonały przykład filantropii przemieszanej z patriotyzmem posłużyć może mało znana działalność gdańskiej Polonii. Praca Towarzystwa św. Zyty, Towarzystwa Polek i Polskiej Misji Dworcowej, zakładanie polskich czytelni i ochronek były manifestacyjnym dowodem obecności Polaków i obroną przed wynarodowieniem. Ruch na rzecz obrony polskości skupił się wokół inteligencji, kupiectwa i zamożnego rzemiosła, które finansowały na przykład amatorski teatr Ogniwo. Rocznie dochodziło nawet do kilkudziesięciu premier sztuk o patriotycznym wydźwięku. Rodzina Czyżewskich założyła tajną polską szkółkę (uczyli w niej pracownicy Bałtyckiego Banku Komisowego i córki gospodarzy). Czyżewscy elementarze, podręczniki i śpiewniki odbijali we własnej drukarni i nieodpłatnie przekazywali je uczniom. Ich córka Wanda wydawała „Pomorzankę” — pismo, skierowane do kobiet — i rozdawała go gratisowo.

Zadaniem Polskiej Misji Dworcowej, założonej przez Helenę Żelewską, było ratowanie przed wynarodowieniem dziewcząt kaszubskich, przybyłych na służbę do niemieckich rodzin. Misja prowadziła schronisko z noclegiem i wyżywieniem oraz pośredniczyła w poszukiwaniu pracy. Jak pisze Maria Koprowska: „Panie z Misji wędrowały po peronach i nabrzeżach portowych, nawiązując kontakt z podróżującymi samotnie dziewczętami, umieszczając je chwilowo w schronisku, a następnie lokując w domach polskich lub takich, gdzie nie groziło im wynarodowienie”.

Towarzystwo św. Zyty otwarto dla służących, pracujących u niemieckich rodzin. Pośredniczyło w otrzymaniu pracy, organizowało opiekę nad chorymi i zniedołężniałymi służącymi, ale przede wszystkim dla dziewcząt było namiastką domu. „Na zebrania czekałyśmy niecierpliwie, mogłyśmy wreszcie rozmawiać po polsku, śpiewać, pożalić się i razem poweselić” — wspomina jedna z nich.

Towarzystwo Polek, pod patronatem ministrowej Leonii Papée i Zofii Kurnatowskiej, opiekowało się ochronkami. Panie założyły pracownię szat liturgicznych, urządzały odczyty, wystawy, wycieczki do Krakowa, Częstochowy, opiekowały się polskimi studentami i zakładały świetlice, których w rejonie Gdańska powstało 20 — każda w innym stylu regionalnym. Nierzadko zajęcia z historii, geografii Polski dla robotników prowadzili studenci, można się też było nauczyć piosenek i tańców ludowych oraz włączyć w działalność harcerską.

Schyłek

W XX-leciu międzywojennym powstały również fundacje naukowe, lecznicze, sportowe, posagowe, mieszkaniowe (Fundacja Tanie Mieszkania im. Hipolita i Ludwiki Wawelbergów) oraz Caritas i Polski Czerwony Krzyż. Właśnie ta ostatnia organizacja podczas okupacji mogła działać w miarę swobodnie. I wtedy wspierali ją Polacy, a zwłaszcza przedsiębiorstwa warszawskie i ich właściciele. Przykłady? E. Wedel, Społem, Pomianowski, Piekarski, Fruktoza, Bristol, Daab, Szpotański, Serwański...

„W najtrudniejszych momentach polskiej historii, jak czasy zaborów, obie wojny, towarzystwa dobroczynne i filantropijne rozwijane przez Kościół, arystokrację, ziemiaństwo, przedsiębiorców, artystów i wspierane przez (...) rzesze bezimiennych społeczników, zastępowały nieistniejące instytucje publiczne, podtrzymując ducha narodowego i pełniąc funkcje opiekuńcze. Od czasów zaborów charakter polskiej dobroczynności i filantropii łączy w sobie cel opiekuńczy i patriotyczny” — zauważa Ewa Leś. Po II wojnie światowej stopniowo likwidowano fundacje, a ich majątek — upaństwowiono. Wiele z filantropijnych ról przejęło bezosobowe „państwo”. Po przełomie 1989 r. krok po kroku ograniczało jednak tego rodzaju aktywność.

Dlatego dziś warto sięgnąć do tradycji, pomijając — rzecz jasna — co już anachroniczne.

Możesz zainteresować się również: