I tak liczy się tylko dwóch

Jacek Zalewski
opublikowano: 28-04-2010, 00:00

Politolodzy zgodnym chórem typują, że liczba 22 chętnych do prezydentury (w poniedziałek było ich nawet 23, ale jeden szybko odpadł) stopnieje po 6 maja do pięciu, sześciu. Mnie wypada trzymać się tytułu własnego komentarza z czwartku "Liczba kandydatów będzie jednocyfrowa", z którego wynika limit dziewięciu.

Od pierwszych chwil oficjalnej kampanii wyborczej pozostaje oczywiste, że o prezydenturze rozstrzygnie druga tura z udziałem Bronisława Komorowskiego i Jarosława Kaczyńskiego. Pierwsza będzie tylko przedbiegiem. Dlatego trzeba przypomnieć, że decydujące głosowanie odbędzie się 4 lipca, czyli w terminie niespotykanym w całej historii polskich wyborów. Dzisiaj trudno powiedzieć, jak zareaguje młody elektorat — czy w ogóle zechce mu się zabierać na wakacje zaświadczenia o prawie do głosowania w dowolnej miejscowości.

Przyszedł mi do głowy pomysł całkiem abstrakcyjny, ale bardzo pożyteczny dla Polski. Otóż zamarzyło mi się, że wszyscy kandydaci, poza dwójką potentatów, wykorzystaliby swój czas telewizyjny, wypełniliby polityczne zobowiązania wobec własnych partii, pokazaniem się na ekranie zaleczyliby osobiste kompleksy — i w piątek 18 czerwca wieczorem hurtem by zrezygnowali. Na kartkach wyborczych ich nazwiska by zostały, tyle że nieaktywne, a pierwsza tura od razu stałaby się drugą. Oprócz wielkiej zasługi dla Polski, każdy mógłby się przez lata szczycić, że w prezydenckim wyścigu zdobył brązowy medal.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu