Wbrew wcześniejszym oczekiwaniom, w pierwszym półroczu nie zaleje nas podaż z ofert publicznych. To sprzyja nastrojom na rynku wtórnym, na którym koncentrują uwagę duzi inwestorzy. Pomaga też dobrze sprzedać kolejnych debiutantów, którzy na dodatek proponują w IPO coraz rozsądniejsze wyceny. Dzięki temu dwucyfrowe zyski w pierwszym notowaniu, rzadkie w listopadzie i grudniu, są coraz częstsze. W efekcie nasz indeks PB IPO znalazł się najwyżej od majowego debiutu JC Auto.
Resort skarbu chce przesunięcia oferty PZU na grudzień. Nie wiemy, ile akcji Polmosu Białystok trafi na GPW. Właściciele Polkomtela mogą zrezygnować z upublicznienia, a Raiffeisen International skoncentruje się na parkiecie w Wiedniu.
Podaż papierów ING BSK przez inwestora strategicznego i sprzedaż akcji MOL przez węgierską spółkę (o łącznej wartości blisko 2 mld zł) zapewne w całości trafi do dużych graczy. W tej sytuacji nasz rynek z łatwością wchłania i będzie wchłaniał kilka IPO miesięcznie. Dopiero w maju (i to najwcześniej) trafią na rynek akcje Enei wartości około 1 mld zł.
Koniunkturę nakręcają drobni inwestorzy, którzy akceptują redukcje przekraczające 90 proc. (Ciech, Śrubex, Polmos Lublin, Ząbkowice). Emitenci przyznają im więc coraz mniejsze pakiety akcji, co — jak wynika z dotychczasowych doświadczeń — gwarantuje wysoką stopę zwrotu w debiucie, a zarazem popyt ze strony inwestorów instytucjonalnych.
Z drugiej strony, emitenci sami ograniczyli zapędy cenowe. W ostatnich sześciu IPO tylko w przypadku Ciechu cena była równa górnej granicy widełek, a i tak wskaźnikowo wyglądała atrakcyjnie.
Kapitału na GPW ciągle jest dużo, więc debiutanci nie stanowią dla siebie konkurencji. Nastroje na rynku pierwotnym pozostaną dobre, dopóki drobni inwestorzy będą akceptować wysokie koszty kredytu na zakup akcji lub nie porzucą IPO dla coraz bardziej rentownego rynku wtórnego.
Przypadki Eurocasha i Graala potwierdziły, że rynek pierwotny nie jest gwarantowaną żyłą złota. To dobrze, bo w przeciwnym razie obserwowalibyśmy prawdziwą spekulacyjną bańkę.