Faktycznie, 5-procentowa inflacja prawdopodobnie dość szybko ulegnie pewnemu złagodzeniu. Łańcuchy dostaw prędzej czy później się odblokują, podaż surowców zacznie nadganiać popyt, a dynamika wydatków rządowych nieco osłabnie w porównaniu z rekordowymi, pandemicznymi programami stymulacyjnymi.
Nie jest jednak wcale przesądzone, że płynnie wrócimy do bardzo niskiej inflacji. Owszem, szczyt pewnie już za nami, ale nowy poziom równowagi może być znacznie wyższy niż w ubiegłej dekadzie. Nic nie wskazuje na to, by presja płacowa ze strony pracowników miała wygasać – ten trend jest widoczny zarówno w Polsce, jak i w Stanach Zjednoczonych. Co prawda Amerykanie mogą jeszcze liczyć na zwiększenie aktywności zawodowej po wygaśnięciu wsparcia dla bezrobotnych, ale niedobór rąk do pracy i tak będzie niezwykle dotkliwy. Coraz więcej państw rozważa również odbudowę krajowych zdolności produkcyjnych. Historycznie, przeniesienie produkcji do krajów azjatyckich pomagało w ograniczeniu kosztów i (pośrednio) inflacji. Odwrócenie tego trendu może przynieść większą odporność na szoki, ale również napędzić wzrost cen. Wreszcie - normalizacja wydatków rządowych brzmi łatwo w teorii. W praktyce, ciężko jest zejść ze ścieżki większych deficytów budżetowych – zwłaszcza, że zarówno w Polsce, jak i za granicą władza sprzyja wyższym wydatkom.