Ingerencja vs ingerencja

opublikowano: 19-08-2020, 22:00

Największą wartością nadzwyczajnego szczytu Rady Europejskiej (RE) — obradującego w formule trzygodzinnej wideokonferencji — jest okoliczność, że się w ogóle odbył podczas sierpniowej kanikuły.

Przewodniczący Charles Michel podjęcie przez RE tematu Białorusi widział dopiero we wrześniu, ale ustąpił wobec postulatów państw frontowych, czyli Polski i Litwy. Notabene enty raz potwierdziła się zależność punktu widzenia od punktu siedzenia, w tym wypadku na mapie rozległej Unii Europejskiej. Dla nas realnie abstrakcją jest np. inwazja imigrantów na wysepki greckie czy włoską Lampedusę, natomiast dla unijnego Południa — dramatyczna sytuacja wewnętrzna w dalekiej Białorusi. Werbalnie wspólnota oczywiście trzyma sztamę i przyjmuje jednomyślnie pełne zatroskania konkluzje, ale tak naprawdę postępuje zgodnie z zasadą — problemami niech się martwią przede wszystkim mający z nimi bezpośrednie styki.

Charles Michel zwołał zdalny szczyt RE dość szybko na wniosek Mateusza Morawieckiego.
Krystian Maj

Deklaratywna jednomyślność unijnych prezydentów i premierów była oczywista. Paradoksalnie jednak niemal jednobrzmiące okazały się również stanowiska naszej wspólnoty oraz… Kremla, uznające za niedopuszczalną zewnętrzną ingerencję w sprawy Białorusi. Tyle że rozumienie takich samych słów jest biegunowo rozbieżne. Szczyt RE zaadresował wezwanie trzymania rąk z daleka do Władimira Putina, natomiast Kreml odbija piłeczkę i uznaje właśnie unijne konkluzje za próbę niedopuszczalnej ekspansji geopolitycznej. Obiektywnie trzeba przyznać, że absolutnie fałszywe jest założenie, jakoby niepodległa Białoruś zawieszona była między Wschodem a Zachodem i trwało jej przeciąganie. Od trzech dekad znajduje się w rosyjskiej strefie wpływów, ściśle powiązana gospodarczo, militarnie, kulturowo, językowo, etc. etc. Ze wszystkich niepodległych państw powstałych na gruzach ZSRR właśnie Białoruś pozostaje najbliższa dawnej radzieckiej republice związkowej. Notabene wypada przypomnieć epizod sprzed blisko trzech dekad. W domku myśliwskim w białowieskich Wiskulach przywódcy Rosji, Ukrainy i Białorusi w nocy 7/8 grudnia 1991 r. przepili Związek Radziecki, zaś już po kilku dniach ich umowę ratyfikowały trzy parlamenty (rady najwyższe) — i wtedy na Białorusi przeciwko zagłosował tylko jeden deputowany, nazywający się Aleksander Łukaszenka. Podobnie jak Władimir Putin uważa rozpad ZSRR za dziejowe nieszczęście i to przekonanie bardzo silnie obu autorytarnych władców spaja, niezależnie od dzielących ich różnic.

Dlatego konkluzja szczytu RE o nieuznaniu wyników wyborów z 9 sierpnia Aleksandra Łukaszenki nie obchodzi. Dla niego ważne, że natychmiast po oficjalnym ogłoszeniu jego reelekcji na szóstą kadencję otrzymał depeszę gratulacyjną od Władimira Putina. Co jednak wcale nie oznacza, że car Kremla będzie bronił satrapy z Mińska bezwzględnie i za każdą cenę. Dobrze zapamiętał fatalny błąd z 2014 r. gdy zbyt długo rozpinał parasol nad skompromitowanym ukraińskim dyktatorem Wiktorem Janukowyczem. Dlatego Aleksander Łukaszenka stuprocentowo może liczyć jedynie na… dożywotnie schronienie w Rosji, gdy ewentualnie pozostanie mu tylko ucieczka prezydenckim samolotem. Docelowym interesem Kremla jest zaś utrzymanie statusu Białorusi, również w epoce po Łukaszence, jako rosyjskiej kolonii na styku z terytorium UE i NATO. Konsolidujący się ruch oporu społeczeństwa przeciwko dotychczasowemu prezydentowi widzi natomiast przyszłość Białorusi zupełnie inaczej.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane