Inwestora do gminy ściągają ludzie

MB
opublikowano: 31-03-2010, 00:00

Jak być lepszym od innych gmin? Receptę na sukces ujawniają starzy wyjadacze i nowicjusze.

Cztery elementy, trzy słowa i masa krytyczna pomagają samorządowcom

Jak być lepszym od innych gmin? Receptę na sukces ujawniają starzy wyjadacze i nowicjusze.

Nie każdej gminie zależy na inwestycjach. Można założyć, że jedna na 15 stara się, by na jej terenach powstały zakłady. Taki właśnie odsetek lokalnych samorządów bierze zwykle udział w corocznym konkursie Gmina Fair Play. Dlatego tak naprawdę konkurencja o inwestorów rozgrywa się między 150-200 z 2,5 tys. gmin. Ale to i tak niemało. Jak osiągnąć sukces? O to spytaliśmy zarówno przedstawicieli gmin, którym się już powiodło, jak i tych, które dopiero zaczynają zbierać owoce wieloletniej pracy.

Piąty element?

Według Ryszarda Wawryniewicza, dziś wicestarosty powiatu świdnickiego, wcześniej posła, a jeszcze wcześniej — zastępcy prezydenta miasta Świdnicy, do przyciągnięcia inwestorów wystarczą cztery elementy.

— Po pierwsze: ludzie. Chodzi tu o wójta, burmistrza czy prezydenta, radnych i urzędników — cały zespół, który chce pozyskać inwestora. Ale to nie wszystko. Potencjalnym inwestorom trzeba pokazać, że dysponujemy dobrze wykształconymi ludźmi, którzy chcą pracować w ich firmach — uważa Ryszard Wawryniewicz.

Na drugim miejscu stawia infrastrukturę, zarówno drogi czy linie energetyczne, jak i oświatę i kulturę, które mogą przeważyć przy wyborze miasta.

— Trzecia sprawa to pomysł, jak się zaprezentować, pokazać, że to my jesteśmy najlepsi. O to najtrudniej i to zależy od kreatywności zespołu — twierdzi wicestarosta świdnicki.

Podkreśla też, że trzeba być konsekwentnym.

— Nie można się poddawać, nawet jeśli nie powiedzie się ściągnięcie inwestora za pierwszym, drugim czy trzecim razem — radzi Ryszard Wawryniewicz.

Świdnica o inwestorów zawalczyła lata temu. Dziś w świdnickiej podstrefie Wałbrzyskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej są takie firmy, jak AAM Poland, Colgate-Palmolive, Nifco czy Electrolux.

Strefa dla małych

Większość władz lokalnych, którym zależy na inwestorach, stara się o utworzenie specjalnej strefy ekonomicznej. Wiadomo: to oznacza dla przedsiębiorców zwolnienia z podatku CIT do wysokości nawet 50 proc. wartości inwestycji. Ale co zrobić, gdy już się tę strefę ma? Od czego zacząć? Dobrym przykładem może być Lublin, w którym od 2007 r. działa Mielecka Specjalna Strefa Ekonomiczna (dziś objęte jest nią 118 ha).

— Nasza recepta na ściągnięcie dużych inwestycji polegała na osiągnięciu pewnej masy krytycznej. Dlatego na 10 ha strefy utworzyliśmy niewielkie działki i zaprosiliśmy do inwestycji lokalnych przedsiębiorców. Dzięki temu — po pierwsze — utrzymamy te firmy w Lublinie, nawet jeśli za kilka lat koszty pracy wzrosną. Po drugie, lokalni przedsiębiorcy zadziałają jak magnes na firmy z wyższej półki — uważa Bartosz Sobotka z biura obsługi inwestorów w urzędzie miasta.

Lata pracy

Jednak wejście do strefy trwa. Wiedzą o tym np. władze Iłży, której na tereny Specjalnej Strefy Ekonomicznej Starachowice udało się właśnie ściągnąć pierwszego inwestora.

— Proces utworzenia strefy zajął około pięciu lat. Musieliśmy skupić działki od wielu właścicieli, potem stworzyć miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego, co zajęło 1,5 roku, a następnie wybudować infrastrukturę, np. przygotowanie dokumentacji do budowy drogi w strefie trwało pół roku, i przejść legislacyjny proces wejścia do strefy. Teraz w strefie mamy 10 ha i cały czas skupujemy kolejne grunty pod rozszerzenie — opowiada Marek Łuszczek, zastępca burmistrza Iłży.

Ale inaczej — jego zdaniem — nie można.

— Recepta na inwestycje jest tylko jedna: dać taką ofertę, żeby inwestorów skusić. Zwolnienie z podatku CIT to bardzo poważna zachęta. Poza tym ciągle inwestujemy w infrastrukturę w strefie — dodaje wiceburmistrz Łuszczek.

Nie chcą strefy

Ale są miejsca, gdzie powiodło się i bez strefy.

— Co prawda pod koniec lat 90. staraliśmy się o włączenie wybranych terenów do Kostrzyńsko-Słubickiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej (KSSSE), ale nas nie chcieli. Musieliśmy działać: w Witnicy było 25-procentowe bezrobocie — w mieście mieszka 7 tys. osób, w gminie 13 tys. Dlatego stworzyliśmy strefę przemysłową na 25 ha. Dziś jest tu 10 inwestorów, którzy zatrudniają ponad 600 pracowników — mówi Andrzej Zabłocki, burmistrz Witnicy.

Niedawno przedstawiciele KSSSE sami zwrócili się do niego z propozycją objęcia strefą terenów przeznaczonych pod inwestycje.

— Nie przystaliśmy na to. To zaburzyłoby obecny stan rzeczy — uważa burmistrz Witnicy.

Czerwony dywan

Burmistrz ostrzega, że trzeba uważać, by na walce o inwestora nie wyjść jak Zabłocki na mydle.

— Trzeba zaryzykować i zamiast zbudować ulicę w mieście, wydać pieniądze na drogę w strefie przemysłowej. Zamiast zbudować kolejny odcinek kanalizacji, inwestować w infrastrukturę. Nie ma 100 proc. pewności, że inwestor przyjdzie. Konkurencja jest wielka. W końcu jest w Polsce 2,5 tys. gmin, są specjalne strefy ekonomiczne, są wielkie miasta, do których inwestorzy ciągną — wymienia Andrzej Zabłocki.

Jego receptę można streścić w trzech słowach: czerwony dywan i promocja. Witnica zaczęła od wysłania oferty w kilku językach do wszystkich radców handlowych ambasad oraz do izb przemysłowych w pobliskich Niemczech. Obecnie władze nastawiły się na Szwecję. Informacje o mieście znajdują się na stronach internetowych Szwedzkiej Izby Gospodarczej.

— Dla inwestora mamy czerwony dywan. Cały sztab urzędników staje na baczność i pracuje dla niego obsługując profesjonalnie. To oznacza odpowiedzi na pytania o zawartość żelaza w wodzie, głębokość wód gruntowych, czas potrzebny na zmianę planu zagospodarowania itd. Gdy inwestor pyta o firmę księgową, polecamy 2-3, pyta o firmy budowlane — dostaje od nas listę itd. Powtarzamy inwestorowi, że dopóki nie wyprodukuje pierwszego gwoździa, gmina jest od tego, by rozwiązywać jego problemy — opowiada burmistrz Zabłocki.

Zarabiać czy przyciągać

Ale o inwestorów należy dbać także później. Nie wszyscy to wiedzą. W Crystal Parku w Łysomicach inwestorzy spierają się z wójtem, który z podatku od nieruchomości zwolnił tylko firmy Sharp i Orion. Wójt Piotr Kowal tłumaczy, że tylko te firmy rozpoczęły inwestycje w 2006 r., gdy obowiązywała stosowna uchwała. Wprowadzenie tych zasad teraz jest — jego zdaniem — niezgodne z przepisami UE. Przedsiębiorcy nie chcą płacić. Impas trwa.

— Zwolnienie z podatku od nieruchomości jest jedną z nielicznych zachęt finansowych, które mogą zaoferować władze lokalne. I należy z tego korzystać. Przecież można skonstruować program na 3-5 lat. Nikt tego na dłużej nie robi — podpowiada Ryszard Wawryniewicz.

— My też mieliśmy protesty, gdy otworzyliśmy pierwszą strefę przemysłową i zagwarantowaliśmy w niej zwolnienie z podatku od nieruchomości. Mieliśmy wtedy wnioski od innych przedsiębiorców, którzy domagali się takiego samego przywileju. Ale byliśmy twardzi: można było dostać ulgę tylko w przypadku inwestycji w strefie przemysłowej. Teraz, w drugiej strefie przemysłowej, postanowiliśmy nie wprowadzać zwolnienia. Będzie trudniej znaleźć inwestorów, ale wierzymy, że się uda — mówi Andrzej Zabłocki.

Kliniczny przypadek

Kolejny błąd popełniany przez samorządy to przekonanie o własnej wielkości. Wicestarosta świdnicki ma np. bardzo złe zdanie o umiejętnościach kolegów z Opola.

— Opole to kliniczny przypadek. Spełniona jest większość warunków: świetna infrastruktura, wykształceni mieszkańcy, natomiast władze miasta są beznadziejnie zadufane w sobie. Im się wydaje, że są tak świetni, że nie muszą się starać o inwestora. Nie ma żadnych terenów w ofercie, plany zagospodarowania powstają przez kilka lat. I nie ma tam żadnej inwestycji — podsumowuje Ryszard Wawryniewicz.

— Nie zgadzam się z tą opinią. Samorząd Opola, jako jeden z nielicznych, uzbroił teren objęty Wałbrzyską Specjalną Strefą Ekonomiczną. Wydatki przekroczyły 10 mln zł. Problem w tym, że prace zakończyliśmy, gdy rozpoczął się kryzys i o inwestorów było ciężko. Na tym terenie jest miejscowy plan zagospodarowania, a na dodatek mamy gotową uchwałę, która daje inwestorowi ulgi w podatku od nieruchomości. Nie mamy wątpliwości, że chętni się znajdą — twierdzi Mirosław Pietrucha, rzecznika urzędu miasta w Opolu.

Agnieszka Łukaszewska-Wojnarowska, dyrektor departamentu rozwoju regionalnego w Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych (PAIIZ)

Grunt to grunt. Najlepiej na medal

Atrakcyjne tereny inwestycyjne są magnesem dla inwestorów. Gmina znacznie zwiększa szanse, jeżeli teren jest objęty statusem specjalnej strefy ekonomicznej lub uzyskanie takiego statusu jest kwestią kilku miesięcy.

PAIIZ prowadzi bazę terenów inwestycyjnych dla projektów zarówno typu greenfield, jak i brownfield. Baza liczy ponad 1,3 tys. rekordów i zawiera oferty inwestycyjne przekazane przez jednostki samorządu terytorialnego, specjalne strefy ekonomiczne, parki przemysłowe i wciąż jest aktualizowana i uzupełniana.

W tym roku PAIIZ planuje kolejną edycję konkursu Grunt Na Medal. Jego celem jest zachęcenie władz lokalnych do inwestowania w infrastrukturę i przygotowanie terenów inwestycyjnych na poziomie zgodnym ze standardami międzynarodowymi. Poprzednie edycje spotkały się z dużym zainteresowaniem ze strony władz lokalnych, a efekty w postaci promocji gruntów laureatów przyniosły wymierne korzyści: gminy zdobyły nowe inwestycje.

Oferta inwestycyjna spełniająca standardy PAIIZ to działka, która ma uregulowany

stan prawny, przeznaczenie pod działalność przemysłową i powierzchnię nie mniejszą niż 2 ha. Dodatkowo wskazane jest, aby miała jednego właściciela, aktualny

plan zagospodarowania przestrzennego z przeznaczeniem pod przemysł, media w bezpośrednim sąsiedztwie, bocznicę na terenie lub w pobliżu i aby był to teren odrolniony, odlesiony, nie wymagający dodatkowych prac adaptacyjnych.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: MB

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu