Inwestycje w mięso i lukier

Mięsno-miłosna, wulgarna i łaskawa łaskawością z sanatorium — taka może być aukcja Fotografii Kolekcjonerskiej w Desie Unicum 14 listopada

Lukier i mięso to zestaw utrwalony okładką książki nie traktującej o fotografii, tylko o architekturze, w której wymyślnie widowiskowe budowle tworzą jedynie słodką warstewkę, a mięsną tkankę miasta lepi dużo zwyczajniejsza reszta. Od wtorkowego wieczoru do późnych godzin w środę w Desie Unicum przeprowadzone zostaną aż cztery licytacje fotografii — różnych, i lukrowanych złożonymi efektami, i podających wszystko na surowo: kamienie, starość papieru, wyblaknięcie. Żeby zainwestować na tym rynku, można się kierować niejednym kluczem, nawet tak płytkim jak tabele rekordów czy przeciętna cena na aukcjach.

Najdroższe zdjęcie ubiegłego roku wylicytowano do 170 tys. zł, bo skupiało wzrok na grymasie Witkacego, podczas gdy średnią cenę sprzedaży oszacowano na 4,8 tys. zł, podaje Artinfo. Tryptyk, czyli zestaw trzech wydruków pigmentowych, przedstawiający kamienie, licytowany będzie natomiast od 15 tys. zł, a kolaż ze starych, zadrapanych fotografii — od 2,6 tys. zł. Kamieni nie widać jednak na zdjęciu, bo widać świeże mięso, a wytargane czarno-białe ujęcie jest autentyczne do żywego i może przechowywać czyjąś, obcą miłość. Analizowanie cen obu w odniesieniu do średniej z ubiegłego roku byłoby więc tak proste, że aż wulgarne.

Nakarmić kamień

„Wulgarne” miało nawiązywać do „Łaskawych” — pierwsze posłużyło Witkowi Orskiemu za tytuł wystawy fotografii, drugie Jonathanowi Littellowi za tytuł powieści o naziście natury na tyle rozbudowanej, że czułej na wielogłosową muzykę baroku i głuchej, kiedy przychodziło być katem. Komunał, że nic nie jest takie, jakim się wydaje, w tym przypadku sprawdza się jako przydatne wiązanie, bo zdjęcia tytułowych „Kamieni” Witka Orskiego są właściwie o tym, że fotografia nie działa jak kalka, nawet jeśli w kadrze znajduje się tylko posmarowany tłuszczem kamyk.

— Przyzwyczailiśmy się patrzeć na fotografie tak, jakby były to obrazy w pewnym sensie przezroczyste, to znaczy, jakby zawsze ukazywały to, co zostało sfotografowane. Cykl „Kamienie” celowo ma nas z tego przyzwyczajenia wybić i zmusić do refleksji nad tym, jak to, co widzimy gołym okiem, zamienia się w obraz podczas fotografowania. Lubię myśleć o tych zdjęciach jako o obrazach ukazujących zarazem kamienie i mięso — komentuje autor, Witek Orski.

Gdyby inwestor miał wybierać, w jednej części katalogu ma wobec tego dzieło o mechanizmie patrzenia, a parę kartek dalej — pracę, której też nie uda się odczytać z dosłownością księgowego, bo treść nie zawiera się wyłącznie w kadrze, ale również w skazie. Kolaż „Rok w sanatorium — miłość” Doroty Buczkowskiej jest jednym z serii, na którą składają się zużyte i poblakłe, czarno-białe fotografie ze wszystkimi śladami zagięć, zadrapań czy wilgoci piwnicy. Artystka mogłaby je fachowo i precyzyjnie wyretuszować, zamalować każdą rysę na połysk, odświeżyć spojrzenia i wzór sukienki — a nie zrobiła tego, mimo że jest konserwatorką, bo skaza jest w końcu blizną i, jak samo zdjęcie, zapisuje jakąś przeszłość.

— Moje prace są unikatami. Cykl „Rok w Sanatorium” to kolaże, w których fotografii używam jako tła do rysunku, materiału do wycinania. Bazą są stare zdjęcia i historia, jaką niosą — również historia pokrywających je zniszczeń. Każda praca jest inna, nie ma powielanych edycji — tłumaczy Dorota Buczkowska, odpowiadając na przekleństwo tego rynku, czyli pytanie o podaż.

Poleca Hans Castorp

Cykl „Rok w sanatorium” też wiąże, jak widać, wspomniana łaskawość, szczególnie że nie odnosi się wyłącznie do akceptowania niedoskonałości materiału, ale głównie do fotografowanych sytuacji, w których kluczowe jest przyzwolenie na słabość. W sanatoriach bywa, jak opisywał Thomas Mann, trochę jak w zawieszeniu, kiedy urywa się czas, a świat kurczy do paru korytarzy.

Inwestor, dla którego horyzont ciągnący się w niepamięć byłby raczej karą, szybko miałby tego dosyć, bo rynek ma się przecież rozwijać, a nie wlec pod górę jak wagon, o którym kuracjusze myśleli, że już go wycofano.

Zdaniem Doroty Buczkowskiej, kolekcjonowanie sztuki ma lokalnie swoją dynamikę i rozwija się prawidłowo, chociaż doświadczenia tej artystki nie ograniczają się do rynku fotografii, bo sama działa w tak wielu obszarach, że wymienić można tak tworzenie wideo, jak i haftu. Witek Orski, z wykształcenia filozof, jest w tej ocenie trochę mniej łaskawy, zwracając uwagę na smutną kolejkę, jaką sztuka ma do odstania, zanim po nią sięgamy.

— Rynek kolekcjonowania fotografii, podobnie jak cały rynek kolekcjonowania sztuki współczesnej,jest w Polsce bardzo młody i mały. Jest to oczywiście odzwierciedleniem sytuacji ekonomicznej i struktury społecznej w naszym kraju. Podstawą funkcjonowania tego rynku jest wszędzie na świecie mieszczańska wyższa klasa średnia, która w Polsce dopiero się tworzy i bardzo powoli — zaspokoiwszy potrzeby w postaci dodatkowych samochodów, designerskich mebli, ekstrawaganckich zestawów hi-fi i kina domowego — zaczyna odkrywać radość uczestniczenia w świecie współczesnej sztuki.

Jednak nadal dla młodego polskiego twórcy, i nie jestem tu wyjątkiem, podstawą są kolekcje instytucji publicznych i sprzedaż prac do kolekcji prywatnych na Zachodzie, gdzie sytuacja jest nieporównanie lepsza — komentuje Witek Orski, potwierdzając jednocześnie, że rynkowi najwyraźniej potrzeba nie tylko lukru spektakularnych zakupów, ale przede wszystkim świeżego kolekcjonera, z kośćca i mięsa. © Ⓟ

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Weronika Kosmala

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Inwestycje w mięso i lukier