Rentierstwo po polsku. Mało który polski milioner decyduje się na dożywotnie wakacje pod luksusową gruszą. Tłumaczą się: brak wyzwań, adrenaliny, pasja do pracy i potrzeba zaspokojenia pierwotnych instynktów.
To był jego 14. rok pracy w reklamie. Odszedł z Ogilvy — z dyrektorskiego stanowiska. Nie podobała mu się fuzja agencji z Gruppą66, nieustanna bieganina, stres, rutyna i dzika radość w piątek, że będzie czas na kino. W końcu stwierdził: ja to czniam. Wyjechał do Tajlandii. Początkowo na półroczny urlop, ale spodobało się i postanowił odpocząć do końca życia. Kupił dom na plaży na wyspie Phuket. I co? Jak mówi: w odróżnieniu od nierobienia nic, on robi nic.
— To zupełnie różne rzeczy. Nic nierobienie to strata czasu, nuda, leżenie do góry brzuchem. Robienie nic natomiast to umiejętne zagospodarowywanie swego czasu poprzez kontemplację przyrody, koncentrację na własnym ciele, radość z tego, że życie jest piękne, że się jest zdrowym itd. Ja robiłem nic... — definiuje Krzysztof Czupryna, rentier.
Zrealizował sen miliardów. O robieniu nic lub nic nierobieniu.
Napięty harmonogram
Dom na Phuket jest olbrzymi. Co rusz przyjeżdżają znajomi, rodzina.
— Tam po prostu się żyje... Wszystko się wolniej toczy, a świat gdzieś daleko... Można na przykład wstać rano i powiedzieć: no to dzisiaj pojadę do Malezji, bo tak mi pasuje. I się jedzie tysiąc kilometrów, mija się nagle drogowskaz: Turatao 5 km. Nigdy tam nie byłem, więc czemu nie... Można docenić wolność. Nie ma przymusów, wszystkich „muszę”, „powinienem”, „tak trzeba”. Jedyna wada: dzień jest krótki — od szóstej rano do szóstej wieczór. No i jak się wstanie o 10.00, to zanim się człowiek wygrzebie, już jest wieczór. Harmonogram napięty — tłumaczy Krzysztof Czupryna.
Jak wygląda dzień rentiera? Miło.
— Budzi się pani o 8.30, powiedzmy, wyjdzie pani do ogrodu, popatrzy na ogród, na niebo, słońce. I już dziewiąta. Trzeba zjeść śniadanie. W ogrodzie — najprzyjemniej. Posiedzi pani, napije się soku, pozerka na basen — i już 10.00. Zanim pomyśli pani, na co dzisiaj ma ochotę, to już w zasadzie się robi południe... Można się przejść po ogrodzie. Mam hobby — rzucanie nożem. Więc rzucam. Już 13.00 i trzeba coś zjeść. Na obiad do knajpy — albo na plażę, albo do centrum. Je się, pije piwko — i już wpół do drugiej. Czas się przes-pać. Jak się chce zdążyć na tenisa na 17.00, no to zostało mało czasu. Zaczyna się wyścig z czasem! Zwłaszcza jak się wstanie po 16.00. A budzić w tropikach należy się powoli — nie można skoczyć na równe nogi, bo to nieprzyjemne. Do klubu jedzie się 20 minut. Napięty program... Potem w zależności od tego, kogo się tam spotka, można zostać na dłużej, pójść na kawę, piwko... Wraca się do domu — i już siódma. Najwyższy czas na kolację. Znowu do restauracji. Potem albo się wraca do domu i się oddaje różnym zajęciom typu: oglądanie filmów, czytanie książek, grzebanie w internecie czy medytacja nad pięknem życia, albo jedzie się do miasteczka — ale nie w sezonie, bo wówczas tam tłumy — relacjonuje Krzysztof Czupryna.
Twierdzi jednak, że taki dzień zdarza się bardzo rzadko. Bo w dużym domu ciągle coś wynajduje, zmienia i remontuje.
— Jak coś wymyślę, muszę znaleźć potrzebne rzeczy, dokąś pojechać, coś zmierzyć — i w ogóle... No i cały dzień poszedł! Dramat. Wtedy człowiek jest zarobiony. No przesadzam... Ale jest przyjemnie... — śmieje się.
Mimo sielanki wrócił. Zwabili go wyzwaniem. Ściągnięcie rozleniwionego fachury od reklamy z wyspy Phuket zajęło 8 miesięcy. Proces perswazyjny zaczął się w jego tajskim basenie.
— Propozycję wyśmiałem i kazałem podać jeden powód, dla którego miałbym wyjść choćby z basenu, a co dopiero wracać do „syfa” — i to na dodatek w styczniu, kiedy zimno — mówi.
W końcu jednak kusiciele dopięli swego. Krzysztof Czupryna utrzymuje, że wykonanie zadania zajmie mu 2-3 lata.
— Nie mogę mówić, co mam zrobić. To na razie tajne... Ale jak się uda, będzie mi się przyjemniej w gwiazdy patrzyło — dopowiada.
Zarzeka się, że zaraz potem wróci do sielskiego trybu życia na Phuket.
Powrót do kraju
Na sielski tryb życia miał też chrapkę Ryszard W. Varisella, biznesmen (tenisowy kompan Krzysztofa Czupryny). Po spektakularnej sprzedaży akcji Browarów Dolnośląskich Piast (za 50 mln dolarów) osiadł w rezydencji. W Monako. Zaplanował nawet dwu-, trzyletni rejs dookoła świata — bez telefonów, informacji. Przerwał go po dwóch miesiącach.
— Chyba jeszcze za wcześnie... Mam za dużo energii. Ale kiedyś do tego wrócę! — obiecuje Ryszard W. Varisella.
Od 2000 r. urodziła mu się trójka dzieci: Olivia, Bonifacy i Konstancja. Zaszył się w domowych pieleszach, ale w końcu — wraz z żoną Klaudią — postanowili: wracają do Polski. Co zadecydowało?
— Monako jest urokliwe, bardzo prorodzinne (nadal tam pomieszkujemy), ale bycie i branie udziału we wszystkich wydarzeniach w Polsce jest tak sexy, że nie sposób się oprzeć — mówi Ryszard W. Varisella.
Mimo że plasują się na 39. miejscu najbogatszych ludzi w Polsce — oboje pracują. Varisella założył fundusz inwestycyjny White & Towers.
— Celuję w sektor IT — precyzuje.
Schemat ten sam: wkracza do małych firm, doinwestowuje — i sprzedaje. Jego fundusz nabył już kilka pakietów mniejszościowych z możliwością kupna pakietu kontrolnego. Przez kilka lat laby nie próżnował. Śledził wydarzenia, analizował rynki. No i hodował wyścigowe konie pełnej krwi angielskiej — co rusz dostaje nagrody.
Klaudia Westnes, żona Variselli, zajmuje się dekoratorstwem. Od Magdaleny Gessler kupiła salon dekoratorski na Mokotowskiej, za kilka tygodni otworzy następny — w Blue City.
— Projektowała moje biuro — chwali biznesmen.
Przestrzenne, proste, eleganckie — robi świetne wrażenie.
Norma
Wielu jest takich, którzy zgromadzili tyle środków, by zająć się tylko swoim hobby, ale — z różnych względów — tego nie robią. Jak Grzegorz Pytkowski, prezes zarządu GP BIS. W 1990 r. otworzył pierwszą własną firmę. Sprzątała biura — najlepiej na rynku! 3 lata później sprzedał ją zachodniemu koncernowi z branży nieruchomości. Nie chce mówić o kwotach, ale twierdzi, że m.in. dzięki temu ma poczucie stabilności. Jeszcze przez rok nią zarządzał, a potem otworzył nową. Tym razem zajął się kompleksowym zarządzaniem nieruchomościami. W 2003 r. sprzedał 54 proc. firmy — i nadal nią zarządza.
— Nie jestem typowym rentierem. Taką możliwość osiągnąłem już kilka lat temu i przywykłem. To już naturalne — i może dlatego z tego nie korzystam — zastanawia się Grzegorz Pytkowski. I dodaje:
— Praca jest jedną z moich pasji.
A pasji ma wiele. Nurkuje, jest molem książkowym... Czy nie kusiło, by osiąść gdzieś na plaży w Meksyku, szkolić w nurkowaniu turystów i zaczytywać się w opasłych tomiskach?
— Dopiero wszystkie moje pasje: łącznie z pracą składają się w całość. Czyli całe moje życie — nieco górnolotnie sumuje Grzegorz Pytkowski.
Jego rentierstwo polega raczej na wewnętrznym poczuciu, że może się czuć bezpiecznie — idzie o osobiste finanse. Na możliwości, z której skorzysta — albo nie.
No i po co?
Ile trzeba zgromadzić, by spokojnie przenieść się na Phuket i wieść sielskie życie? Krzysztof Czupryna: niewiele, bo utrzymanie tajlandzkiego — nawet luksusowego — domu jest tanie.
— Jak większość ludzi, nie lubię pracować. Ale jak trzeba, to trzeba. Harowałem latami, by teraz odpoczywać — twierdzi.
Na jego wyspę przyjeżdżają Polacy. Także ci z listy najbogatszych. Czasem grywa z nimi w klubie w tenisa.
— Mówię do nich: ty nie jesteś bogaty, ty jesteś ekstremalnie bogaty. Masz tyle, że jakby ci zabrali połowę, to byś się nawet nie zorientował! Dlaczego jeszcze pracujesz? Przecież twoja praca jest dosyć stresująca. Miesiąc temu zmarł na atak serca Mariusz Łukasiewicz z Eurobanku, założyciel Lukas Banku. Młody facet, 42 lata. Podobno za sprzedaż Lukasa, po podatkach dostał na rękę kilkadziesiąt milionów dolarów (bliżej 100 mln)... Zawału serca w tym wieku nie dostaje się z powodu wady serca, ale z nerwów — mówi refleksyjnie.
Podobne pytania zadawał biznesmenom z Polski w Paryżu — na turnieju — Roland Garros.
— Posłuchałem, o czym rozmawiają. Tragedia... O co panom w życiu chodzi? Dreszczyk emocji? Po to można skoczyć na bandżi... — mówi Krzysztof Czupryna.
Dlaczego zatem tak niewielu bogaczy decyduje się na bardziej rekreacyjny styl życia? Krzysztof Czupryna ma prostą teorię: w Polsce taki człowiek jest kimś.
— Wchodzi do knajpy — a tam czeka stolik, kelnerzy kłaniają się w pas, w klubie wszyscy wiwatują, kiedy się pojawi. W Tajlandii? Jest nikim. Jak im na Phuket powiedziałem, że byłem dyrektorem firmy reklamowej, to dla nich była to taka sama informacja, jakby mi pani powiedziała, że paznokcie u stóp obcina pani dwa razy w tygodniu... Żadna! — śmieje się.
Tam w gazecie lokalnej pokazuje się tajskich biznesmenów, których firmy są kilka- naście razy mniejsze niż te polskie. To oni zapraszani są na urodziny gubernatora, rauty, przyjęcia, a ci z Polski — nie!
— I taki biznesmen straszliwie cierpi. Boi się stracić poczucie pozycji społecznej — twierdzi Krzysztof Czupryna.
Przyznaje jednak, że są ludzie, którzy — mimo bajecznej fortuny — nie potrafią inaczej żyć, niż pracując.
— Znam kilkoro — z polskich średnich firm typu Atlas, Irena Eris... Oni tak mają — gdyby przestali, wówczas dostaliby zawału serca. Z bezczynności — mówi Krzysztof Czupryna.
Ale takich nie ma wielu.
Zdobywca
Ryszard W. Varisella tłumaczy powrót do biznesu naturalnymi instynktami. Co go powstrzymuje przed rzuceniem wszystkiego w diabły i zaszyciem się gdzieś w luksusie?
— W każdym mężczyźnie tkwi natura pierwotnego myśliwego, który musi polować, by przeżyć. Z czasem staje się to jego drugą naturą. Nawet jak mu już więcej zwierzyny nie trzeba, to i tak musi wyruszać na nowe wyprawy i ściągać do domu zdobycze. Kobiety i otoczenie oczekują tego od nas. Choć — prawdę mówiąc — przede wszystkim robimy to dla siebie i dla zaspokojenia naszych naturalnych instynktów — tłumaczy szef White & Towers. Już to gdzieś słyszeliśmy...
Przyznaje: nie potrafię się z biznesu wycofać.
— Wróciłem m.in. z braku biznesowej adrenaliny. Piękne krajobrazy, gra w tenisa, golfa, yachting nie pozwalają w pełni zaspokoić instynktów. Bardzo dużo czasu poświęcam rodzinie, ale... — mówi Ryszard W. Varisella.
Swoje postanowienie uzasadnia także drogą środka.
— Budda uczył, że są różne fazy w życiu, że trzeba umieć czekać, być cierpliwym, rozpoznawać samego siebie, czerpać wiedzę i siłę z rozmaitych sytuacji życiowych do dalszych wyzwań. Kiedyś przyjdzie czas, by odpocząć. Do decyzji o pozostawieniu biznesu trzeba dorosnąć — mówi Varisella.
Na razie dorósł do decyzji o przekazaniu władzy: funduszem i spółkami zajmować się będą inni. On będzie od wizji i strategii.
Maltański wybór
Spektakularny sukces finansowy poznańskiego Wydawnictwa Kurpisz (oficyny Anny Kurpisz i Mieczysława Kurpisza) zapoczątkowało wydanie 22-tomowego reprintu przedwojennej „Wielkiej ilustrowanej encyklopedii powszechnej” Wydawnictwa Gutenberga, uzupełnione własnym, 12-tomowym współczesnym suplementem.
Potem lawinowo posypały się — na subskrypcje — wielotomowe encyklopedie, słowniki, leksykony, reprinty i oryginalne publikacje. Przełomem stało się nabycie — w 1995 roku — licencji na publikację polskiej wersji wielotomowej encyklopedii o ponad 200-letniej tradycji — „The New Encyclopaedia Britannica” (Britannica — edycja polska; plan — około 45 tomów, do tej pory ukazało się 31) oraz opracowanie dzieła „Britannica — Encyklopedia szkolna”, opartego na oryginalnej „Children’s Britannica” (wyszedł już komplet — 26 tomów). Główni akcjonariusze oficyny mają też 86 proc. akcji Łódzkiej Drukarni Dziełowej.
— Prawie 7 lat temu razem z eks-małżonką Anną uznaliśmy, że firma, którą stworzyliśmy od podwalin, zaczyna nas przytłaczać niczym góra lodowa. Rozwój szedł za szybko. Dlatego przekształciliśmy wydawnictwo w spółkę akcyjną — wejście do firmy ludzi z zewnątrz. Postanowiłem oderwać się od spraw, które mnie wcześniej absorbowały. Wyruszyłem w podróż dookoła świata na jachcie „Bona Terra”. Budowaliśmy go z przyjacielem 6 lat — opowiada Mieczysław Kurpisz.
Najczęściej spotkać go dziś można na Malcie, gdzie na stałe rezyduje. Albo gdzieś w świecie, gdzie akurat zagnała go niespokojna dusza. Co skłoniło faceta twardo stąpającego po ziemi, żadnego lekkoducha, do radykalnego kroku?
— Ciekawość świata — mówi po prostu Mieczysław Kurpisz.
Wyprawa trwała 6 lat. Kurpisz zatrzymywał się tu i ówdzie: pół roku w Australii, pół roku w Nowej Zelandii, całe tygodnie na wyspach Pacyfiku.
Nowa ziemia
— Na Maltę przypłynąłem w 2001 roku i zakochałem się od pierwszego wejrzenia. W czasie wyprawy szukałem miejsca do osiedlenia — chodziło o klimat, światło i tym podobne rzeczy... Zastanawiałem się nad wyspami Pacyfiku, ale to tak daleko. Na Malcie znalazłem to, czego szukałem — mówi Mieczysław Kurpisz.
Na Malcie jest znany jako Mike.
— Na Mieczysławie połamaliby sobie języki. Maltańczycy to wspaniali ludzie — światli, otwarci. Nie narzekają, ale pracują i dorabiają się. Cała populacja wyspy liczy mniej mieszkańców niż ma Poznań. Świadectwo uczciwości obowiązuje kilka pokoleń wstecz. Życie publiczne — wolne od afer. Dlatego ludzie ufają władzy, w wyborach do parlamentu europejskiego głosowało 75 proc. obywateli. W porównaniu z polskimi standardami — Arkadia! — opowiada wydawca.
Na Malcie żyje z tego, co wypracował w Polsce. Ściślej: za te pieniądze założył tam kilka firm. I cały czas zachowuje 50 proc. akcji wydawnictwa.
— Moja główna aktywność poza żeglarstwem to pośrednictwo w nawiązywaniu kontaktów handlowych w Afryce Północnej. Stacjonują tam liczne maltańskie misje handlowe. Ostatnio na biznesowym topie jest Libia, otwierająca się na przybyszów z zewnątrz. Bardzo atrakcyjny rynek, Amerykanie już wykupują całe połacie plaż na wybrzeżu. Współpracuję też trochę z Polsko-Arabską Izbą Gospodarczą z Warszawy... — opowiada Mieczysław Kurpisz.
Kontakty z wydawnictwem? Poprawne i oficjalne. Bywa w Polsce co kilka miesięcy. Nie może niczego narzucać ludziom z zarządu czy rady nadzorczej. Co najwyżej wysuwa sugestie...
— Moim zdaniem, wydawnictwo straciło w ostatnich latach całą kreatywność. Ale ktoś z firmy powiedział mi już, że jak chciałem mieć wpływ na zmiany, to nie powinienem przez 6 lat żeglować po świecie. Racja! — śmieje się Mieczysław Kurpisz.
Stosunek do polskiej rzeczywistości? Ambiwalentny.
— Zmiany idą pewnie w dobrym kierunku, ale jednocześnie rozwarstwienie społeczne jest bardzo drastyczne. W Polsce wstyd jechać ulicami dobrym samochodem, na Malcie Rolls Royce przypada na tysiąc mieszkańców. To boli... Ale mam już za sobą tego rodzaju rozterki, dokonałem wyboru... — mówi Mieczysław Kurpisz.
Przyszłość?
— Mam 52 lata. Jestem szczęśliwym, spełnionym facetem. Nic nie ogranicza mojej swobody. Dobry moment, by znowu wybrać się w długą podróż. „Bona Terra” jest gotowa do drogi. Opłynę Horn, a dalej... po prostu przed siebie! Chciałbym spędzić drugą połowę życia na pokładzie mojej łódki — kończy Mieczysław Kurpisz.
Trudno...
Problem z polskimi (i nie tylko) rentierami polega na tym, że trudno oddać władzę. Stworzyć imperium, a potem dostać za to pieniężny ekwiwalent? No nie... I dlatego pewnie tak wielu, nawet kiedy oddaje pakiety kontrolne, i tak zastrzega sobie prawo, by wtrącać swoje zdanie. Do rentierstwa trzeba przygotować i firmę, i siebie. Krzysztof Modelski, współwłaściciel rodzinnej firmy Yes Biżuteria z Poznania, rozpoczął już żmudny proces delegowania kompetencji, by kiedyś przekazać władzę w młodsze ręce. Ale swą przyszłość i tak widzi pod znakiem firmy.
— Nie wyobrażam sobie, bym za 10 lat mógł spokojnie rozkoszować się lekturą w parku. W 2014 roku będę miał 60 lat, z pewnością bezpośredni zarząd firmy przekażę w ręce trzydziestolatków; sam będę im służył doświadczeniem — podsumowuje Krzysztof Modelski.
Rentierstwo pozostaje kuszącą wizją. W wielu przypadkach — tylko wizją.
— Mnie już ten miraż nie kusi. Ja już wiem, jak to wygląda. W pojęciu Siddharthy muszę jeszcze nabrać pełni człowieczeństwa, by się na to zdecydować. Jeszcze nie teraz... — mówi Ryszard W. Varisella.
Odmiany rentiera
Ewa Chalimoniuk, psychoterapeutka Laboratorium Psychoedukacji
- Gratuluję tym, którzy wytypowali sobie odpowiednie granice w wyścigu po sukces zawodowy i ambicjonalny. Zwykle mają znacznie mniej problemów z rozstaniem się z dotychczasową działalnością zawodową i szybciej potrafią skupić się na nowych celach i pasjach. Rentierami też zazwyczaj zostają z własnej woli, a odejście z biznesu nie prowokuje frustracji. Takie osoby często traktują swoje firmy jak własne dzieci. A naturalne, że dzieci dorastają i odchodzą... Znacznie gorzej z biznesmenami, dla których praca stanowiła istotę życia i była bastionem bezpieczeństwa, samorealizacji i zaangażowania. Często się wówczas zdarza, że i decyzja o przejściu w stan spoczynku i rentierstwie była wymuszona — przez okoliczności zewnętrzne lub przeczucie dotarcia do granic swoich możliwości, do czego nie zawsze jesteśmy skłonni się przyznać. Pod pozą rentiera kryją się więc wtedy głębokie zranienia i poczucie krzywdy. Prędzej czy później przekształcają się we frustrację, pociągającą za sobą choroby, zdziwaczenie, arogancję, abnegację czy negację wyznawanych dotąd wartości. Nierzadko „wymuszeni rentierzy” decydują się na ucieczkę w ascezę czy życie w głębokiej zgodzie z naturą, co często jest tylko pozą i nie ma nic wspólnego z odczuwaniem przyjemności z życia. Lekiem dla postbiznesowych frustratów pozostaje czas, który — słusznie głosi porzekadło — leczy rany: pozwala, by w umyśle i psychice człowieka wyłoniło się miejsce na nowe cele i pasje.
