Ja to w gazecie opiszę!

Małgorzata Ziębińska
26-10-2007, 00:00

Czekałam w kolejce, w fast-foodzie. Obok stał mężczyzna. Nie usłyszałam dokładnie, co stało się źródłem problemu, ale czegoś z czymś połączyć się nie dało. Nagle mój „sąsiad” zapowiedział pani za ladą, że swe zdumienie taką, a nie inną polityką firmy uczyni tematem artykułu.

Jednym słowem, że sytuację opisze. Ha — pomyślałam — zemsta! Żeby tak — przy byle okazji — przerażać młodego pracownika mediami? Jeśli nie da się po prostu zjeść czegoś rujnującego zdrowie zgodnie z marzeniami, trzeba zaraz o tym pisać i innym głowę zawracać? Czy takie prywatne żale trzeba uzewnętrzniać, wykorzystując czytelników? I nagle uzmysłowiłam sobie, że i w mojej rzeczywistości ten „dostęp” istnieje... No, ale ja? Ja to bym nigdy...

Po kilku tygodniach, pewnej soboty tego samego słonecznego lata, bliską mi osobę powalił przeraźliwy ból. Sytuacja wymagała szybkiego działania. Rzuciłam się do telefonu, by wybrać złoty czy platynowy numer dla niezwykle cennych klientów jednego z prywatnych centrów zdrowia. Miły głos poinformował, że wita serdecznie i poinstruował, jak postępować. Pozwoliło mi to rozpocząć rozmowę z panią, która — choć żywa (a może dlatego?) — tak miła się nie okazała. Opowiedziałam o objawach i że gołym okiem widać, że bez lekarza się nie obejdzie. Lekko znudzony głos: skoro zamawiam wizytę domową, to lekarz przyjedzie za sześć, siedem godzin... Podpowiedziałam, że w tym czasie można dokonać życia co najmniej kilkakrotnie i że być może przysłanie karetki byłoby wyjściem. Usłyszałam: karetka jest „na interwencji”, ale może się uda (westchnięcie bezradności wobec mojego uporu wyczułam wyraźne). No i ostatnie pytanie: „No dobrze... na jaki adres jest wezwanie?”. Okolice Warszawy? Wyczerpałam cierpliwość dyżurnej pracowniczki: nie dość, że dzwonię w słoneczną sobotę, że czekanie wielu godzin na lekarza wydaje mi się zbyt długie, nie dość, że domagam się karetki, to jeszcze: gdzie?! Poniosło mnie i chyba może nie do końca byłam uprzejma. Koniec końców: pomocy nie uzyskałam.

Zadzwoniłam zatem do pogotowia ratunkowego — okazało się, że karetka mogła być w ciągu godziny, ale gdyby się udało dojechać o własnych siłach, byłoby szybciej... Siedziba pogotowia była tuż tuż — w przeciwieństwie do złoto-platynowego centrum prywatnego. Zaangażowałam sąsiadów. Na pogotowiu lekarz otoczył cierpiącego należytą opieką, pielęgniarka potraktowała go z widoczną troską. Odczekaliśmy, ile było zalecone, by lek podziałał, a kiedy przyszła ulga, wróciliśmy, skąd przyszliśmy.

Kilka godzin później — znowu to samo: atak bólu. Dyspozytorka na gorąco wspierała i doradzała — konsultując się rzecz jasna z lekarzem, który — na wszelki wypadek — wystawił skierowanie do szpitala. Dostałam profesjonalne informacje. Skierowanie przydało się nazajutrz —na ostrym dyżurze. Dwie godziny trwały badania i dwie konsultacje z lekarzem dyżurnym. Plus diagnoza, recepta na leki i szczegółowe instrukcje, co do dalszego postępowania.

Wywrócenie stereotypów. Oto ekskluzywna prywatna służba zdrowia zachowała się tak, jak większość ludzi spodziewałaby się po publicznej. I odwrotnie. Głęboka niechęć, nieudolność, opryskliwość i sugestie, że może lepiej kiedy indziej — w pierwszym przypadku oraz energia, spokój, zaangażowanie i realna pomoc — w drugim.

Moje jadowite komentarze? W gronie przyjaciół wyśmiałam złote karty VIP-ów, dostrzegłam iluzoryczne poczucie bezpieczeństwa ich posiadaczy. I chwaliłam pod niebiosa publiczną służbę zdrowia, co jest de facto grubą przesadą.

A przecież koniec końców wszystko zależy od tego, jakiego człowieka spotkamy „po drugiej stronie” — biurka, przewodu telefonu, lady... Konteksty, otoczki, scenografie są ważne, gdyż ułatwiają zdefiniowanie sytuacji, a w każdym razie: mogą poprawić samopoczucie. Ale jeśli umieścimy w nich niewłaściwych ludzi… Przypominają mi się lawinowo różne banalne powiedzonka: o właściwym człowieku na właściwym miejscu, o tym, że człowiek jest najważniejszy, o szacunku dla drugiego, o profesjonalizmie... Formułują prawdy najprostsze, lecz często najtrudniejsze do zrealizowania.

Wrócę jeszcze do fastfoodowej historii, bo — nieoczekiwanie — kończy się ona dla mnie osobistą puentą. W zasadzie najprościej będzie powołać się na inne powiedzenie, które ujmie rzecz lapidarnie: nigdy nie mów nigdy.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Małgorzata Ziębińska

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Ja to w gazecie opiszę!