W połowie grudnia pisaliśmy, że jabłka wypełniają chłodnie po brzegi, ceny nie są już tak atrakcyjne jak rok temu, co znacznie zahamowało eksport, a rynek krajowy wydaje się nasycony owocami z unijnego mechanizmu wycofania (rozdawanymi za darmo). Sadownicy nie tracili nadziei, pomni, że końcówka 2014 r. przyniosła przełom w sprzedaży na rynki wschodnie. Tym razem nie nastąpił, choć ceny spadły już o kilkanaście procent. Albo wciąż są za wysokie, albo… nie tędy droga.

Michał Lachowicz, szef Appolonii, zrzeszającej grupy producentów, twierdził w grudniu, że sprzedaje do sieci w kraju o połowę mniej jabłek deserowych niż o tej samej porze rok wcześniej. Spadek cen na razie niczego nie zmienił.
— Na rynku zaczęły pojawiać się oferty z zastrzeżeniem „cena do uzgodnienia”, co świadczy o tym, że branża jest już pod dużą presją, ale marazm panuje dalej. Część rynków z powodu braku konkurencyjności cenowej nam pouciekała. Część przeżywa problemy gospodarcze, więc mniej kupuje. Nowo uruchomione wypadają na razie blado, bo wymagają nie tylko wypracowania kontaktów handlowych, ale też wyprodukowania odmian innych niż dominujące u nas — mówi Michał Lachowicz.
Zdaniem Zbigniewa Chołyka, prezesa Stowarzyszenia Producentów Owoców Stryjno-Sad, dalszy spadek cen nic nie zmieni, bo obecne i tak ledwie pokrywają koszty produkcji. Rozwiązania trzeba szukać gdzie indziej.
— Wymiana odmian, za którą my wzięliśmy się kilka lat temu, to rzeczywiście jedno z rozwiązań, o którym mówi się już branży od jakiegoś czasu. W skali całej Polski tylko 10-20 proc. produkcji to odmiany spełniające oczekiwania rynków, których popyt na jabłka rzeczywiście wygląda obiecująco, jak Indie czy kraje Zatoki Perskiej — twierdzi Zbigniew Chołyk. Michał Lachowicz mówi o trzeciej sadowniczej rewolucji, która… już się zaczęła.
— Pierwsza polegała na przejściu od ogólnorolnej produkcji do specjalizacji sadowniczej. Druga dokonała się poprzez zamianę sadów na karłowe, w którychdrzewa są niższe i częściej wymieniane. Trzecia dotyczy odmian — wcześniej wielu rolników sadziło to, co chciało, i wszystko się sprzedawało drożej lub taniej. Dziś już tak nie jest i nie będzie nawet wtedy, gdy rosyjskie embargo zostanie zniesione. Po jego ogłoszeniu konkurencja na Wschodzie zaczęła się rozwijać — sporo nasadzeń zrobiono w Rosji, Kazachstanie, Ukrainie czy Mołdawii. Możemy już nigdy nie odzyskać pozycji czołowego dostawcy do Rosji — przestrzega szef Appolonii. Robert Monarski, prezes spółki Fruit-Union, która handluje jabłkami, sugeruje współpracującym z nią sadownikom, by zmieniali odmiany.
— W przemyśle wystarczy zbudować fabrykę, wstawić maszyny i można mieć nowy produktjeszcze w tym samym roku. U nas taka przebudowa trwa znacznie dłużej, bo 5-15 lat, więc decyzje trzeba podejmować z ogromnym wyprzedzeniem, co wiąże się z dużym ryzykiem. Ponadto, np. Wietnam i kraje arabskie oczekują odmiany royal gala, która niezbyt dobrze udaje się w naszym klimacie — tłumaczy Robert Monarski. Jego zdaniem, w pracach nad nowymi odmianami, dostosowanymi do otwierających się odległych rynków zbytu, bardzo potrzebna jest ścisła współpraca sadowników z naukowcami.
— Od wielu lat nie było na rynku żadnej nowej polskiej odmiany, która odniosłaby spektakularny sukces — dodaje szef Fruit-Union.