Wydaje się, że takie oazy dawno powinny uschnąć, a w najlepszym razie dogorywać gdzieś na uboczu głównego nurtu życia miasta. Szewców czy krawców z przedwojennymi nazwiskami nie raz podtapiała fala zachwytu blichtrem z Zachodu. Zakład krawiecki Zaremba w centrum Warszawy udowadnia jednak, że nie zawsze wielkie marki z pobliskiego domu handlowego Vitkac pochłaniają całą uwagę modnych Polaków.
— Pierwszy zakład Zarembów powstał 120 lat temu. Czy byłem od małego zaprogramowany do przejęcia rodzinnego interesu? Niekoniecznie — mówi 32-letni Maciej Zaremba, który prowadzi biznes rozwijany przez ojca Adama i dziadka Tadeusza. Ich zdjęcia na ścianach świetnie się wkomponowały w klimat pracowni.
Klientów Zaremby wita pokój z dużym stołem krawieckim i regałami po sufit wypełnionymi materiałami. Są też stare manekiny, meble i akcesoria pamiętające II RP. Pierwsze skojarzenie wszyscy mają podobne: „Lalka” Bolesława Prusa. Tylko zamiast tradycyjnego subiekta stoi młody, wcale nie zachowawczo odziany właściciel nadający nowy sznyt jednej z najbardziej prestiżowych marek rodem z Warszawy.
Wnętrze dla ministra
Do tętniącej historią pracowni przychodzą biznesmeni, politycy, prawnicy. Są też tacy — jak pewien włoski przedsiębiorca — którzy zamawiają garnitury u Zaremby od kilku dekad. Ale są i celebryci pokroju Marcina Prokopa, Marcina Dorocińskiego.
W lokalu przy Nowogrodzkiej można też spotkać Radosława Sikorskiego, szefa dyplomacji. To miły wyjątek wśród elity polskiej polityki, lubującej się raczej w ofercie nieco tańszych masowych marek włoskich. Klientelę Zaremby odsiewa cena: garnitur lub frak szyty w pracowni z najlepszych tkanin kosztuje 8-9 tys. zł. Stąd też wysmakowane wnętrze, godne najwytworniejszych gości.
— Z wojennej pożogi niewiele ocalało. Trochę zdjęć, stare metki i jeden smoking — wylicza Maciej Zaremba. Klimat starych dobrych czasów stara się przywrócić, kupując meble i rzeźby z okresu międzywojennego.
Lalka w lancii
Nie zostało też wielu starych klientów. Dlatego najmłodszy z rodu Zarembów postawił na nowe otwarcie. Łączy klasykę z nowoczesnością, nie tylko w kroju, ale i marketingu, w którym dominuje internet. 5,5 tys. fanów na Facebooku to nie przelewki. Za to w pracowni internet nie hula — jej zaplecze, gdzie na dwóch poziomach w ciasnym pokoju pracuje kilku krawców, także przywodzi na myśl „Lalkę”. Wciąż stoi tam stary grzejnik gazowy pamiętający — trochę jednak późniejsze niż akcja powieści — rządy marszałka Piłsudskiego. Gdyby wstawić rzemieślnikom stare maszyny, można by spokojnie kręcić sceny do przedwojennych filmowych szlagierów.
— Na brak zamówień nie narzekam. Chyba dobrze się dostosowałem do wymagań rynku — uważa Maciej Zaremba i ucieka wzrokiem w kierunku modelu sportowej Lancii z lat 80. stojącego w rogu pracowni. Samochody to jego pasja. Czasem bardzo żałuje, że pewnie już nie zostanie kierowcą rajdowym. W rodzinnej pracowni jest zbyt wiele do zrobienia. &
Oko mistrzów
Historia pracowni sięga 1894 r., kiedy Edward Zaremba otworzył swój zakład w gmachu Teatru Wielkiego w Warszawie. Niezwykłe umiejętności krawca stały się słynne nie tylko w Warszawie, ale i w całej Europie. Rozpisywały się o nich gazety Paryża, Londynu, Wiednia i Moskwy, a mistrz często otrzymywał propozycje otwarcia salonu za granicą.
Postanowił jednak zostać w Warszawie i przekazać swój fach synom i krewnym. Jednym z nich był Adolf Zaremba, który po wuju odziedziczył talent i słynne „oko Zaremby”. Rozwinął biznes: w międzywojniu jego pracownia zatrudniała 15 czeladników, 2 krojczych, buchaltera i kuriera. W 1933 r. brat Adolfa Tadeusz otworzył własną pracownię i ubierał elitę Warszawy. Od połowy lat 50. pracownia Zarembów mieści się przy Nowogrodzkiej 15.
