Jak nie torturować się dizajnem

Pytanie, w co inwestować — meble czy nieruchomości — skoro stół z powyłamywanymi nogami potrafi kosztować więcej niż apartament

W połowie grudnia na jednej z nowojorskich aukcji zanotowano dwie ważne transakcje: zakupy białej miski za 170 tys. USD (659 tys. zł) i miski w prążki za 160 tys. USD (620 tys. zł).

UDERZ W STÓŁ:
Wyświetl galerię [1/2]

UDERZ W STÓŁ:

Kawowe stoliki projektu Yvesa Kleina nie należą do najbardziej wytrzymałych, ale mają stabilny rynek z przeciętną ceną kilkunastu tysięcy euro. [FOT. BONHAMS]

Przez cenniejszą również przechodziło kilka pasków, a dokładnie parę cienkich podwójnych linii malowanych wkoło na białej porcelanie — podobnie jak na wyciąganych od święta serwisach, których brzegi obowiązkowo wieńczy złoty obrys. Wartościowe naczynia pewnie sprzed naszej ery, etruskie, cudem odnalezione w ramach międzynarodowych wykopalisk — wnioskowałby Kowalski, patrząc na surowe, chropowate dzieła garncarki zmarłej w połowie lat 90. O co więc chodzi, że miski są tak drogie? O to, że rynek dizajnu — czyli przedmiotów, których naczelną wartością jest jakość wzornictwa — jest bardzo przewrotny.

Jak pokazują aukcyjne rekordy, podobne do mis wyroby autorstwa Lucie Rie drożeją już od kilku lat, przy czym w 2017 r. sprzedano ich 19, za średnią cenę 15 tys. USD (58 tys. zł), według danych Artprice. Gdyby Kowalski miał trudności z docenieniem ich piękna, wystarczy, żeby się dowiedział, dlaczego drożeją w szybszym tempie niż sporo nieruchomości. Brzydka miska to w dodatku nawet nie najgorszy koszmar początkującego inwestora — w ramach lokat kapitału do wyboru ma jeszcze stolik kawowy, na którym niczego nie wolno położyć, i krzesło przywodzące na myśl praktyki oficjalnie zabronione prokuratorom.

Prosimy nie siadać

Najdroższy mebel projektu Gerrita Rietvelda wylicytowano do 390 tys. USD (1,5 mln zł) — tyle kosztowało rzadkie krzesło z aluminium, które zdobiły liczne okrągłe dziury na wylot. Na początku kwietnia kilka z jego projektów wzbudziło duży entuzjazm na aukcji w Londynie, na której pod młotek poszły trzy krzesła i jedna dziecięca zabawka w formie taczki, która uzyskała równowartość prawie 60 tys. zł.

Z mebli dla dorosłych, najtańsze, czerwono-niebieskie krzesło miało cenę 8,8 tys. GBP (44 tys. zł), mimo że wykonano je ponad dekadę po śmierci samego artysty. Rietveld, holenderski architekt, nie słynął jednak z troski ani o cudzy kręgosłup, ani ze starań, żeby dzieło chociaż wyglądało na funkcjonalne. Jego wysoka cena, jak również kolekcjonerska wartość, ściśle wynikają z kontekstu, w jakim powstało — czerwono-niebieskie krzesło zalicza się do pierwszych wielowymiarowych prac tzw. neoplastycyzmu.

Holenderski neoplastycyzm to natomiast jeden z tych kierunków, o których nawet nie wiemy, że je znamy, bo mowa o geometrycznych układach w charakterystycznej gamie: bieli, żółcieni, czerwieni, błękitu i czerni. Motyw prostokątów w podstawowych kolorach jest we wzornictwie bardzo popularny, ale w latach 20. wartościowa była sama idea sprowadzenia sztuki do czegoś takiego. Na tradycyjnym obrazie może być np. widok z pałacem, a na neoplastycznym — czyste formy na białym tle, żółte i czerwone kwadraty.

Jeśli pierwszy wariant nas wzruszy, trudno będzie oddzielić, co się podoba: pałac, sposób malowania, drzewa? W drugim przypadku, jak przemówi do nas ta abstrakcja, spodoba nam się czysta sztuka, nienaśladująca niczego nowa forma. Układy takich kostek na płótnie, malowane przez Pieta Mondriana, kosztują po kilkanaście, a czasem kilkadziesiąt milionów euro — dlatego właśnie karkołomne krzesło Rietvelda, z niebieskim siedziskiem i czerwonym oparciem, może w ogóle być lokatą.

Miska kontra kawalerka

Żeby urządzić tymi kolekcjonerskimi meblami domowy kącik, warto zainwestować jeszcze w stolik. Taki, który zdoła jednocześnie zmniejszyć ryzyko portfela i złagodzić złowrogą formę krzesła, może być autorstwa Yvesa Kleina — czyli, jak poprzednio, zaprojektowany za życia i wyprodukowany po śmierci. Na kwietniowej aukcji w Londynie kawowy stolik sprzedano za równowartość 94 tys. zł, ale najbardziej przydatna okazuje się wiadomość, że cenę da się z czymkolwiek porównać. Tak jak neoplastyczne krzesła, stoliki z pleksi Kleina licytowane są rzeczywiście regularnie, dlatego można stwierdzić, że na tle ostatnich wyników stawka z Londynu nie odbiega od poziomu rynku. Skoro użyty materiał nie słynie z odporności np. na dzbanek z gorącą kawą, łatwo się domyślić, że ceny nie warunkuje jego funkcjonalność — tym razem podyktowały ją również kolory, a dokładnie jeden jedyny, specjalny niebieski.

Yves Klein zasłynął z monochromów, czyli obrazów jednolicie zamalowanych jedną farbą, jednak kiedy pierwszy raz wystawił w galerii płótna w różnych kolorach, odbiorcy uznali, że to jakaś wnętrzarska dekoracja. Żeby skuteczniej zwrócić ich uwagę na istotę monochromu — sprowadzenie sztuki do samego działania koloru — na następnym wernisażu zawisły już tylko identyczne, niebieskie obrazy. Odcień, którym wszystko malował, nazywa się Międzynarodowym Błękitem Kleina, bo artysta postanowił go nawet opatentować. Odpowiednio wzbogaconą ultramaryną, a więc kolorem trochę ciemniejszym od chabrów, pokrywał też nagie ciała modelek, które przy dźwiękach orkiestry turlały się po białym podłożu, odbijając na obrazie.

Klein miał wtedy smoking, a orkiestra grała jego autorską symfonię, czyli wciąż jeden i ten sam ton. Jak można się spodziewać, w stoliku też nie brakuje międzynarodowego błękitu, bo jego przezroczysty blat pokazuje wysypany na drugą warstwę pleksi suchy pigment. Mając już przekonanie, skąd wynika rynkowa wartość stolika, czas zrozumieć — albo i nie — czar najbardziej rozchwytywanego garncarstwa. Autorka wspomnianych misek, Dame Lucie Rie, również zaistniała na londyńskiej aukcji „Important Design”, pobijając z łatwością krzesło i stolik razem wzięte. Około 20-centymetrową misę z lat 70. sprzedano za 106,3 tys. GBP (531 tys. zł) — przyjmując średnią cenę warszawskich nieruchomości według Home Brokera, można za to kupić 76 mkw.

Przy takiej wartości jej użyteczność mogłaby się pewnie sprowadzać do stania na nietykalnym stoliku z pleksi, więc pod tym względem przegrywa z mieszkaniem. Tyle tylko że mis, których prosty detal zachwycił krytyków, już nie przybywa. Z punktu widzenia inwestora obojętnie, w czym tkwi ich niezwykłość, skoro popyt jest ogromny, a ceramika zawsze może się potłuc. Wydanych pozwoleń na budowę, według GUS, przybyło natomiast w ubiegłym roku ponad 20 proc.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Weronika Kosmala

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Jak nie torturować się dizajnem