Jak polubiłem Franka Tiemanna

Marcin Bołtryk
opublikowano: 2011-04-22 12:41

Jak się nie ma, co się lubi, to się lubi tych, co mają. Co z tego? A to, że Frank Tiemann to fajny gość. Ma Rolls-Royce’a. Nawet kilka.

Możliwość przejażdżki Rolls-Royce’m nie zdarza się co dzień. Nie można, ot tak, pójść do salonu, poprosić o jazdę testową i wsiąść. Można natomiast nie znać się na samochodach. Rozróżniać je wyłącznie po kolorach. Mylić dźwięk diesla z bulgotem benzynowego boksera. Ale nawet największy laik wie, czym jest Rolls-Royce. To auto jest wszędzie bezbłędnie kojarzone. Od lat z górą stu. Również na Belwederskiej w Warszawie.

Auto dla ludu

RR przyciąga uwagę nie mniej niż przykułby jego kolega po inicjałach — Robert Redford, spacerujący po trotuarach stolicy. Skoro więc mogę popluskać się w tym splendorze, to… lecę po kąpielówki.

Na wieść, że będę podróżował Rollsem w kąpielówkach, trochę zmiękła mi rura. Ale czego się nie robi, by opływać w luksusy. Opływam zatem.

Rolls-Royce Ghost. To najmniejszy, najtańszy i najnowszy produkt firmy. Mimo ujmujących splendoru przymiotników nie martwię się nic a nic. Ghost jest również najmocniejszym autem od RR. I mimo że to najprostsza jego odmiana i tak kosztuje 1,2 mln zł.

Jeszcze zanim pod aluminiową maską zagrało serce o 12 przegrodach, zanim z gracją domknęły się drzwi, dopadła mnie myśl. Ta sama, co kilkanaście miesięcy temu. Przypomniały mi się lamenty poprzedzające premierę Ghosta, że będzie udekorowaną drewnem odmianą BMW 7, że teutoński pragmatyzm zniszczy brytyjskiego ducha, że Rolls-Royce stanie się własną karykaturą. A wszystko dlatego, że w 1998 r. firmę przejęło BMW. Niecałe pięć lat później głosy krytyki ucichły, jak nożem uciął. 3 stycznia 2003 r. świat ujrzał Phantoma. Wyglądało na to, że jego ciężka, nieco pancerna sylwetka bez problemu uniesie brzemię stuletniej tradycji. I rzeczywiście.

Później przyszedł czas na Ghosta. Miał sprawić cud. Zwiększyć sprzedaż. Nazwano go Baby Rollerem i mówiono, że RR się demokratyzuje i porzuca arystokrację na rzecz dostępności. Ładna mi dostępność. Od 1,2 mln zł.

Duch mówi

Mezalians? Że panicz poślubił ogrodniczkę? Pokochał wiejskie życie, zapominając o manierach? Nic z tych rzeczy. Rolls-Royce rzeczywiście uległ demokratyzacji. Nie dość, że skutecznie, to nie uronił ani kropli swej błękitnej krwi. Cały czas jest dla królów, choć nie wybiera zwolenników lektyk, lecz tych, którzy sami dosiadają konia.

— Ktoś kupuje Rollsy w Polsce?

— Tak, w niespełna rok poszło kilkanaście.

— Kto kupuje, pierwsza, druga setka "Forbesa"?

— Nie, raczej ludzie, którzy wiele by dali za to, żeby w żadnej setce się nie znaleźć

— Z kim rozmawiam?

— Z duchem.

Rolls-Royce Ghost ma 5,4 m długości i jest niemal dwa razy tańszy od swego uznanego brata — modelu Phantom. Zachowuje przy tym klasę i luksus rodziny. Technologicznie jest nowocześniejszy i ma o ponad 100 KM mocniejszy turbodoładowany silnik. Motor nie tylko skutecznie napędza auto, napędził również sprzedaż. W 2010 r. nabywców znalazło ponad 2711 Rolls-Royce’ów, co bez mała potroiło wynik z roku poprzedniego. To właśnie Ghost odpowiada za lwią część tego wzrostu. Producent nie ujawnia, jak dużą, ale nieoficjalnie mówi się o sprzedaży ponad 1,7 tys. aut tego modelu.

Jak to w przypadku arystokracji bywa, informacji oficjalnych mało. Jednak dwór plotkuje. Wieść niesie, że 80 proc. nabywców Ghosta wcześniej nie miało samochodu marki Rolls-Royce. Gada się, że większość jest o co najmniej 10 lat młodsza od nabywców dostojnego Phantoma, czyli ma około 45 lat. Podobno najmłodszy właściciel liczy lat zaledwie 28.

Odprężenie

Ghost jest bez wątpienia Rolls-Roycem, choć innym i przełomowym. Z marką łączą go cena, luksus i wykonanie. Co dzieli? Ano, kierownica. Właściciel Phantoma raczej jej nie dotyka. Phantom to okręt flagowy, który potrzebuje kapitana. Ghost też jest flagowym, tyle że jachtem. Wypada go prowadzić samodzielnie.

Nie sądzę, by potencjalni klienci mieli dylemat Phantom czy Ghost. Nie będą się też zastanawiali nad innymi markami. Audi, BMW czy Mercedesa może mieć niemal każdy i ten każdy będzie się mijał z innym każdym na każdej ulicy. Na Rolls-Royce’a stać nielicznych. Taki samochód dodaje prestiżu. Już nie ceną. Wyjątkowością. Co odróżnia Rollsa od Mercedesów czy Audi? To samo, co podróż w klasie biznes arabskiej linii lotniczej od przemierzania świata w salonce Orient Expresu. Słowem, to, co odróżnia technokratę od arystokraty. Błękitna krew? A i owszem.

Ghost jest swego rodzaju łącznikiem starego z nowym. Nowinkom towarzyszy klasyka. No i krew niebieska.

Z jednej strony najdłuższe w dziejach współczesnej motoryzacji chromowane klamki, z drugiej aktywny tempomat. Że skórę, drewno można mieć w innych autach? Zgoda. Ale nie w tej formie. Światem zbytku i luksusu w Ghost’cie rządzi tradycja, nie technika i ergonomia. Wszystko, co tylko kojarzy się z marką, wyeksponowano. Wszelkie zapożyczenia ukryto. Nawiewy — po staremu okrągłe i chromowane. Dźwigienki do ich regulacji wyglądają jak zawory w puzonie.

Nogi grzęzną w dywanikach na dwa cale, nozdrza łowią delikatny zapach skóry, a ciało głęboko zapada się w mięsisty fotel. Klimat, jaki tu panuje, jest odmienny niż w każdym innym luksusowym aucie, z jakim miałem do czynienia. Tam mocniej od skóry pachniały pieniądze.

Ghost jest odprężający. Myśli spowalniają w nim bieg, kierując się raczej ku przyjemnościom niż interesom. Nie zdziwiłbym się, gdyby z jego foteli częściej od nabycia akcji zlecano kupno obrazów lub zabytków. Szaleństwo? Jak kto woli. Ghost potrafi wystraszyć. Ale nie lubi tego robić. A ja zdecydowanie wolę majestatycznie sunąć (i pozwolić, by mnie dojrzano), niż gnać.

Sufler

Rolls-Royce Ghost chowa pod maską 6,6-litrowy silnik V12 o mocy 570 koni, rozwijający zawrotne 780 Nm maksymalnego momentu obrotowego. Motor współpracuje z 8-biegową skrzynią automatyczną ZF.

Limuzyna i sportowe osiągi? W tym aucie jedno nie wyklucza drugiego. Przyspieszenie 4,9 s do 100 km/h i ograniczona elektronicznie prędkość 250 km/h. Jedno, co naprawdę zaskakuje, to precyzja kierowania. Obawiałem się, że Ghost będzie się prowadził tylko nieco lepiej od drobnicowca. Nic podobnego. Układ kierowniczy zapewnia wystarczającą kontrolę, choć pracuje w sposób — rzekłbym — jednostronny. Z jednej strony — bezzwłocznie przekazuje na koła najdrobniejsze ruchy kierownicą, z drugiej — cenzuruje niemal wszelkie informacje płynące z drogi. Takie już to luksusowe życie. Elektronika pilnuje porządku. Zawiaduje zmianą biegów, nawigacją i czterostrefową (w zasadzie ośmio-) klimatyzacją. W tym Rollsie można wywołać front atmosferyczny, ustawiając inną temperaturę nawiewu na nogi, a inną na twarz.

Skoro nawet tradycyjny do bólu Rolls-Royce utopił auto w elektronice, najwyższy czas przestać się na nią obrażać. Tym bardziej, że, jak pokazuje Ghost, potrafi być dyskretna. To raczej sufler niż dyrygent.

Kim jest Frank

Frank Tiemann to jeden z szefów komunikacji w Rolls-Royce Motor Cars. Zanim wręczył mi kluczyki do testowego Ghosta, poopowiadał o marce. Mówił, że statuetka na masce to nie tylko statuetka. Że to prawdziwy Spirit of Ecstasy i że się przekonam. Miał rację. Rolls-Royce był, jest i będzie arystokracją motoryzacji. Polubiłem Franka za to, że ma Rollsy i że obiecał ponownie odwiedzić Polskę. Rollsa doceniłem, lecz jeszcze nie polubiłem. To taki mój system obronny, dopóki nie dostanę solidnej podwyżki — tak około 1,2 mln zł.

Dane techniczne:

Rolls-Royce Ghost

Silnik: benzynowy, V12, twinturbo 6592 ccm

Moc: 570 KM

Moment obrotowy: 780 Nm

Skrzynia biegów: automatyczna, 8-biegowa

Prędkość maksymalna: 250 km/h

Przyspieszenie od 0 do 100 km/h: 4,9 s

Pojemność bagażnika: 490 l

Średnie spalanie: 20,5 l na 100 km (miasto)

Masa własna: 2360 kg

Cena: od 1,2 mln zł