Jak serio traktować scenariusz polexitu

Ignacy Morawski
opublikowano: 2021-10-10 20:00

Po wyroku Trybunału Konstytucyjnego ruszyła fala pytań o możliwość wyjścia Polski z Unii Europejskiej. Czy to poważne ryzyko?

Wyrok Trybunału Konstytucyjnego, stwierdzający niezgodność niektórych zapisów Traktatu o Unii Europejskiej z polską konstytucją, wywołał istotne zaostrzenie konfliktu Polski z UE i falę pytań o potencjalne ryzyko tzw. polexitu. Niewątpliwie przestaje ono należeć do kategorii political fiction i jest rozważane nie tylko przez polskie media i polityków, ale też przez prawników i ekonomistów na świecie, agencje ratingowe i zapewne inwestorów.

Postaram się krótko nakreślić, dlaczego uważam je wciąż za ryzyko skrajne, ale jednocześnie takie, którego ścieżka jest możliwa do wyobrażenia. Ten konflikt nie rozejdzie się po kościach.

Najpierw krótko o wyroku. Trybunał Konstytucyjny orzekł, że Traktat o Unii Europejskiej nie może być nadrzędny wobec polskiej konstytucji. Wyrok zmierza de facto do tego, by uniemożliwić Trybunałowi Sprawiedliwości Unii Europejskiej orzekanie o legalności zmian w polskim sądownictwie. Nie jest to pierwszy w ostatnich latach spór kompetencyjny między sądem krajowym a najważniejszym sądem UE – dość zbliżone orzeczenia wydały sądy konstytucyjne w Niemczech czy Rumunii.

Nasz kłopot polega na tym, że wyrok TK w kilku istotnych punktach różni się od innych mu podobnych i został wydany w innym kontekście. Po pierwsze - jest bardziej radykalny niż np. wyrok niemiecki. Po drugie - jest elementem wojny politycznej, a nie sporu prawnego (w przypadku Niemiec tamtejszy trybunał wydał wyrok sprzeczny z interesem rządu w Berlinie, nasz TK działał w ewidentnym porozumieniu z rządem). Po trzecie - ma szersze praktyczne konsekwencje. Wyrok trybunału niemieckiego nie zatrzymał zmian w europejskiej polityce pieniężnej, której dotyczył, a wyrok TK ma uruchomić falę głębokich zmian w polskich sądach, które są też przecież sądami Unii Europejskiej (orzekają również w sprawach regulowanych przez prawodawstwo UE). Po czwarte - wyrok TK może mieć konsekwencje finansowe, które potencjalnie mogą uruchomić reakcję łańcuchową, prowadzącą do rozbicia UE. I na tym chciałbym się skupić.

Kilka dni temu pisałem, że w Parlamencie Europejskim oraz wśród wielu europejskich polityków jest bardzo mocne parcie na to, by odciąć Polskę i Węgry od finansowania z funduszy europejskich. O ile ścieżka prawna do takiego odcięcia wbrew pozorom nie jest łatwa dla Komisji Europejskiej, o tyle otoczenie polityczne bardzo temu sprzyja – a po wyroku TK presja ulegnie bardzo istotnemu wzmocnieniu. Wyrok TK i sposób, w jaki został sformułowany (bez absolutnie żadnych „rozmiękczaczy” i ukłonów w stronę przeciwną), sprawia, że jakaś forma bolesnych kar finansowych staje się coraz bardziej prawdopodobna. Polski rząd może oczywiście wycofać się rakiem, nie opublikować orzeczenia TK i posypać głowę popiołem, najlepiej tak, by elektorat eurosceptyczny tego nie zauważył. Być może zaraz dowiemy się, że Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższego, o który toczy się największy spór, zostanie zlikwidowana. Wątpię jednak, że spór da się łatwo wygasić.

Podejrzewam, że Bruksela będzie starała się osiągnąć następujący kompromis: ukarać finansowo Polskę na tyle mocno, by zaspokoić jastrzębie na Zachodzie, ale jednocześnie na tyle lekko, by nie wywołać negatywnej reakcji polskich wyborców w stosunku do Unii. Jestem przekonany, że utrata poparcia dla UE w Polsce byłaby dla tej organizacji ogromną porażką na wielu poziomach – moralnym, politycznym, ekonomicznym. Jednocześnie Warszawa będzie się starała osiągnąć inny kompromis: zaakceptować jakiś koszt finansowy swojej rewolty, aby móc przeprowadzać dalej kontrowersyjne reformy sądownictwa, przynajmniej w szczątkowej formie, ale jednocześnie nie na tyle duży, by wykoleić ożywienie gospodarcze i utracić poparcie obywateli dla rządu.

Unia Europejska ma całą długą historię zawierania różnych kompromisów, które wydawały się bardzo trudne do zawarcia. Tylko w ostatnich latach było wiele „exitów”, które wieszczono, a których udało się uniknąć – grexit, italexit, spexit itd. Dlatego uważam, że w końcu kompromis uda się zawrzeć. Fundamentalnie między Polską a UE, a szczególnie między Polską a Niemcami, jest wiele wspólnych interesów. Strategicznie jest to związek mocniejszy niż między Wielką Brytanią a UE. Unia jest dla Polski oknem na świat i kotwicą stabilizacji, a Polska – wraz z innymi krajami CEE – jest dla krajów UE bardzo istotnym zapleczem przemysłowym, a także dowodem na realność modernizacji i demokratyzacji, nawet jeżeli jest to proces bardzo wyboisty.

Jest jednak kilka słabych punktów scenariusza kompromisu. Przede wszystkim w UE rośnie determinacja, by zacieśnić integrację europejską – pomogły temu wyboru w USA, ostatnio wybory w Niemczech, a jeżeli pomogą jeszcze wybory we Francji, to pociąg ruszy. Wtedy kraje mające inną wizję integracji będą traktowane dużo ostrzej niż dotychczas. Polski rząd ma zaś wizję fundamentalnie odmienną i wątpię, czy to się zmieni (chyba że dojdzie do zmiany rządu). Ponadto kary finansowe mogą uruchomić nieznaną dotychczas dynamikę polityczną. Negatywne nastroje zostaną rozkręcone na dużo większą skalę niż dziś i boję się, że może rozpocząć się częściowa erozja polskiego poparcia dla integracji europejskiej.

Do polexitu droga jest bardzo daleka, ale żeby uniknąć materializacji ryzyka, nie można go lekceważyć.