Do stolicy Szkocji jechałem zobaczyć Jima Rogersa, polską rosnącą mniejszość (gdy 7 lat temu tam byłem, analityk z Martin Currie twierdził, że „mieszka tu dwóch Polaków – ja i jeden lekarz”) oraz następcę Williama Walleca, który chce dać Szkotom niepodległość. Plan zrealizowałem, choć ich premier jednak nie przypomina Mela Gibsona z „Braveheart”.
To ten z prawej.
Gości konferencji nie odstraszyły ceny (1250 funtów za uczestnictwo). Liczba przybyłych i przepych, z jakim byli podejmowani w „skąpej” Szkocji, dowodzą, że branża finansowa wychodzi z kryzysu, w jaki wpadła w 2008 r.
Z kryzysu wychodzi, ale nie za bardzo wie, w jakim iść kierunku. Świadczą o tym przemyślenia gwiazd konferencji, którym przysłuchiwali posiadacze tytułu CFA z całego świata (Amerykanów nadal jest najwięcej, ale rosnąca Azja wyraźnie atakuje). Oklaskiwano zarówno tych, którzy bali się inflacji, jak i jej zwolenników. Nikt nie śmiał się z apelu o przywrócenie złotego standardu. Wszyscy kiwali głowami, gdy mówiono o kolejnych bankructwach państw (przepraszam, o "restrukturyzacji"). Tak samo było, gdy ostrzegano Włochy, a autor „Władców Finansów” mówił o Frankensteinie. Obok banków centralnych, głównym tematem były rynki wschodzące (o Polsce w tym kontekście jakoś cicho). Nie dziwi więc, że gwiazdą spotkania był Jim Rogers, który nawet nam radzi inwestować w Azji. Ale czy gość, który porzucił Nowy Jork dla Singapuru, może mówić inaczej...?
Edynburg, nawet po nacjonalizacji Royal Bank of Scotland, zachował ważne miejsce na finansowej mapie Europy. Nic dziwnego, skoro wśród trzech najbardziej znanych obywateli miasta – oprócz Waltera Scotta i Roberta Louisa Stevensona – jest i Adam Smith. Pod jego pomnikiem, na turystycznej Royal Mile, wieńców nikt z CFA Institute nie składał, a na jego grób nikt – prócz kotów – nie zaglądał. Szkoda, bo od 2008 r. stale słychać, jak ktoś się w nim przewraca…
Więcej przemyśleń współczesnych Smithów znajdziesz na blogu CFA



Do stolicy Szkocji jechałem zobaczyć Jima Rogersa, polską rosnącą mniejszość (gdy 7 lat temu tam byłem, analityk z Martin Currie twierdził, że „mieszka tu dwóch Polaków – ja i jeden lekarz”) oraz następcę Williama Walleca, który chce dać Szkotom niepodległość. Plan zrealizowałem, choć ich premier jednak nie przypomina Mela Gibsona z „Braveheart”.
To ten z prawej.
Gości konferencji nie odstraszyły ceny (1250 funtów za uczestnictwo). Liczba przybyłych i przepych, z jakim byli podejmowani w „skąpej” Szkocji, dowodzą, że branża finansowa wychodzi z kryzysu, w jaki wpadła w 2008 r.
Z kryzysu wychodzi, ale nie za bardzo wie, w jakim iść kierunku. Świadczą o tym przemyślenia gwiazd konferencji, którym przysłuchiwali posiadacze tytułu CFA z całego świata (Amerykanów nadal jest najwięcej, ale rosnąca Azja wyraźnie atakuje). Oklaskiwano zarówno tych, którzy bali się inflacji, jak i jej zwolenników. Nikt nie śmiał się z apelu o przywrócenie złotego standardu. Wszyscy kiwali głowami, gdy mówiono o kolejnych bankructwach państw (przepraszam, o "restrukturyzacji"). Tak samo było, gdy ostrzegano Włochy, a autor „Władców Finansów” mówił o Frankensteinie. Obok banków centralnych, głównym tematem były rynki wschodzące (o Polsce w tym kontekście jakoś cicho). Nie dziwi więc, że gwiazdą spotkania był Jim Rogers, który nawet nam radzi inwestować w Azji. Ale czy gość, który porzucił Nowy Jork dla Singapuru, może mówić inaczej...?
Edynburg, nawet po nacjonalizacji Royal Bank of Scotland, zachował ważne miejsce na finansowej mapie Europy. Nic dziwnego, skoro wśród trzech najbardziej znanych obywateli miasta – oprócz Waltera Scotta i Roberta Louisa Stevensona – jest i Adam Smith. Pod jego pomnikiem, na turystycznej Royal Mile, wieńców nikt z CFA Institute nie składał, a na jego grób nikt – prócz kotów – nie zaglądał. Szkoda, bo od 2008 r. stale słychać, jak ktoś się w nim przewraca…
Więcej przemyśleń współczesnych Smithów znajdziesz na blogu CFA