Jak szukasz męża, szukaj Danielsa

Niektórym nazwiskom się nie odmawia, a na rynku inwestycyjnych zegarków to właśnie Daniels. Zamienić go na lepszy model? Nie ma mowy

Jeśli przedstawiasz się nazwiskiem, które ma więcej niż dwanaście liter, twój potomek — nawet gdyby okazał się najzdolniejszym inżynierem epoki — nie zostałby upamiętniony na słynnej liście wyrytej pod balkonem wieży Eiffla. Gdybyś nadał mu imię na „k”, a on zdecydowałby się jednak być baseballistą, statystyki dawałyby mu niepisaną szansę na większą ilość spektakularnych zagrań. To jedne z obserwacji, jakimi Lauren Collins dzieli się w pierwszym z sierpniowych wydań „New Yorkera”, przyznając, że już samo zestawienie Lauren Collins zalicza się do takich, o których zwykle się nie pamięta. Gdyby badania na temat wpływu nazwiska na sukces w zawodzie przenieść na rynek zegarków, intuicja podsuwałaby dwa rozwiązania: najlepiej mieć inicjały „A.P.” albo nazywać się Daniels. O osiągnięciach Antoniego Patka i Adriena Philippe’a słyszała większość — a o George’u Danielsie? Dobrze zorientowana grupa kolekcjonerów, która wie, jaki samo to nazwisko potrafi gwarantować zwrot z inwestycji.

Zobacz więcej

CENA Z KSIĘŻYCA: Space Travellers’ Watch z lat 80. zawdzięcza swoją nazwę amerykańskiemu lądowaniu na Księżycu, a jego spodziewana cena dochodzi do 8,3 mln zł, bo nawet sam twórca — George Daniels — zakładał go na ważne przyjęcia. Fot. SOTHEBY’S

Sto dni i nocy

Szukając relacji długoterminowej, a nie tylko pozbawionej zaangażowania spekulacji, daniels pod wieloma względami byłby niezawodnym kandydatem. Patrząc pragmatycznie, to mechanizm najwyższej klasy, którego wartość na rynku prawdopodobnie nie spadnie, bo cenę wyznacza się i w związku z jakością, i wyjątkowo skromną ofertą. Brytyjski producent George Daniels był pod tym względem jak lokalny Witkacy, który na niektóre prośby o wykonanie portretu odpowiadał wprost: nie widzę powodu. Daniels uzasadniał podejście łagodniej, twierdząc, że nie pracował nad zegarkiem dla osoby, na której mu nie zależało — czemu trudno się dziwić, bo ukończenie jednego egzemplarza zajmowało mu ponad 2,5 tys. godzin, a więc łącznie więcej niż 104 doby. Termin realizacji podyktowany był przede wszystkim precyzją i skomplikowaniem mechanizmów, które co do detalu pojedynczej śrubeczki opracowywał własnoręcznie. Zaczynając z bardzo niewielkim wkładem jako zegarmistrz czyszczący i reperujący zwyczajne towary, wyspecjalizował się w wyrafinowanych konstrukcjach bregueta, a z czasem — za namową znajomego — wykonał dla niego pierwszy kieszeniowy zegarek, wyceniając dzieło na 2 tys. GBP. Po pięciu latach odkupił je od kolegi za 8 tys. GBP, a w 2012 r., kiedy autor już nie żył, inny kolekcjoner zapłacił za nie na aukcji równowartość ponad 1 mln zł. W tym przypadku stwierdzenie, że cena podyktowana była nazwiskiem, nie jest przy tym tak płytkie jak zwykle, dlatego że Danielsa uznaje się za najwybitniejszego twórcę zegarków od czasów Bregueta, który zdołał w dodatku udowodnić, że mechaniczny egzemplarz może dorównywać precyzyjnością elektronice. Zwłaszcza wtedy, kiedy już w samym procesie produkcji, siła nazwiska zostanie podwojona albo nawet podniesiona do kwadratu, jak sugerował autor.

Milioner z ulicy

Zanim wystawiony na najbliższą aukcję „Space Travellers’ Watch” otrzymał swoją kosmiczną nazwę, miał się nazywać „Daniels” do kwadratu, dlatego że do obliczeń nad jego niezawodnością zaangażowany został matematyk z uniwersytetu w Cambridge, również Daniels. Sam zegarek miał być po prostu najdokładniejszy jak to możliwe bez elektroniki, a przy tym wskazywać m.in. dodatkowe czasy słoneczny i gwiazdowy. W przeciwieństwie do większości kosztownych i najeżonych komplikacjami modeli, ren pozwala jednak odczytywać wszystkie te informacje bez skupienia prowadzącego do migreny — zamiast gąszczu wskazóweczek i numerów są jasne, czytelne tarcze, jak w zabytkach z dawnych czasów. Gdyby ktoś pakował się przed podróżą na Marsa, powinien mieć właśnie taki zegarek — rekomendował George Daniels, nawiązując zwłaszcza do tarczy pokazującej czas gwiazdowy, bardzo ważny w czasach osiemnastowiecznych warsztatów, w których dokładność pomiarów zegarka sprawdzano właśnie patrząc w niebo. Nie należy przy tym ulegać wrażeniu, że w przypadku modelu wystawionego na wrześniową aukcję w Sotheby’s ma się do czynienia z obiektem bardzo wiekowym, bo wyceniany do 1,8 mln GBP (8,3 mln zł) egzemplarz powstał na początku lat 80. Można więc zapytać, dlaczego ma być taki drogi, skoro precyzja pomiaru czasu gwiazdowego przypuszczalnie ma jakieś znaczenie, ale dla mniejszości, która pamięta z fizyki więcej niż schemat z przyciąganiem się magnesów. Dla inwestora rozważającego jakikolwiek zakup na rynku kolekcjonerskich zegarków ten przykład może być jednak przestrogą, bo z jednej strony stawkę podnosi ewidentnie niska podaż, a z drugiej — im mniej danych z transakcji, tym trudniej oszacować, czy tym razem nie jest za drogo. W takich sytuacjach duże znaczenie ma autorytet oferenta, którym 19 września będzie akurat dom aukcyjny o wyjątkowej reputacji, ale gdyby historia — czysto teoretycznie — miała się rozegrać w antykwariacie za rogiem, na wiadomość o takiej rzadkości warto byłoby zasięgnąć opinii nie jednego, ale kilku ekspertów. Z uwagi na podaż wyrobów George’a Danielsa, wizja zawieruszenia się byle gdzie jakiegoś egzemplarza jest mniej prawdopodobna, bo eksperci mówią o 37 zegarkach wykonanych przez niego całkowicie własnoręcznie i większej serii, ale w oparciu o podstawowy mechanizm omegi. „Space Travellers’ Watch” powstał w dwóch wersjach i już raz osiągnął na aukcji wynik powyżej 1,3 mln GBP. W porównaniu ze stawkami, które początkowo wyznaczał utalentowany producent, to rzeczywiście sporo, chociaż też nie tyle, ile kosztują najdroższe modele bregueta, na czele z tym dla Marii Antoniny. Założyciel marki, Abraham-Louis Breguet, miał zamiar stworzyć zegarek dla królowej, ale z powodu wybuchu rewolucji, ukończył go dopiero jego syn i to ponad 30 lat po szafocie na dzisiejszym placu Zgody. Obecnie model ubezpieczony jest na 30 mln USD (107 mln zł) i na rynku zegarków jest podobną dumą Francji, co strzepująca lukier z falban „róża Wersalu”. George Daniels miał dziesięcioro rodzeństwa, wychował się snując po ulicach, a w urzędzie długo brakowało dokumentu, że w ogóle przyszedł na świat. Z Marią Antoniną, która doradzała ubogim, żeby zamiast chleba jedli ciastka, nie byłoby mu po drodze, dlatego, kiedy firma Breguet zaproponowała mu w latach 60. swoje stery, odmówił, wyjaśniając, że „Daniels, London” brzmi mu jakoś lepiej niż „Breguet, Paris”.

 

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Weronika Kosmala

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Jak szukasz męża, szukaj Danielsa