Jak zaczynać, to od stolika

Jarosław Augustyniak kipi pomysłami i energią. Nie chciał się spalać dla korporacji, wolał zostać przedsiębiorcą u boku miliardera. I zasypywać rynek kolejnymi zyskownymi pomysłami.

Jest taki żart z pozoru świetnie pasujący do sytuacji: kto jest szczęśliwszy — ten, który ma miliard złotych, czy ten z dwanaściorgiem dzieci? Dzieciaty, bo wie, że więcej już nie chce. Jarosław Augustyniak jest jednak poza tą klasyfikacją. Z jednej strony, owszem, goni za sukcesem, skalą, może i miliardami, ale nie robi tego dla cyfr, lecz dla frajdy budowania, rozwijania. Z drugiej strony, jest szczęśliwy, bo nie jest korporacyjnym dzieckiem, lecz przedsiębiorcą. Ta ostatnia narracja świetnie pasuje do marketingowej linii jego najmłodszego i zarazem największego projektu — Idea Banku, eksplorującego niszę w postaci biznesu zakładanego — jak mówi Augustyniak — od poziomu stolika, czyli z niczego.

NIERAZ MI SIĘ MARZY, ŻEBY ZNÓW ZACZĄĆ OD NOWA. MAM KILKA POMYSŁÓW POZA FINANSAMI
Wyświetl galerię [1/4]

NIERAZ MI SIĘ MARZY, ŻEBY ZNÓW ZACZĄĆ OD NOWA. MAM KILKA POMYSŁÓW POZA FINANSAMI

mówi Jarosław Augustyniak. FOT. ARC

Po trzech latach pęcznienia Idea Bank szykuje się do debiutu giełdowego. Dlatego prezes z góry zastrzega, że kwestia tekstu w „PB Weekendzie” jest delikatna, bo główny akcjonariusz (Getin Holding) jest notowany na GPW, a nad projektami realizowanymi przez Idea Bank czuwa armia prawników... Hm, no to mamy korporację, nieprawdaż?

— Trochę jak w korporacji, jednak nie do końca tak ją definiuję. Przecież przedsiębiorcy nie działają bez żadnych regulacji i przepisów. A zwykło się uważać, że jak jest jakiś wewnętrzny przepis, to zaraz mamy korporację. Akurat jako bank działamy w bardzo regulowanym biznesie, no i pewnych rzeczy musimy się trzymać — tłumaczy szef, założyciel i współwłaściciel banku.

I zaraz zaznacza, że spotkanie wraz z sesją foto może zająć maksymalnie dwie godziny, co i tak będzie wielką wyrwą w jego grafiku.

Augustyniak znany jest z tego, że z korporacji wyniósł niechęć do jałowych nasiadówek i woli szybko, konkretnie, w żołnierskich słowach. Pewnego razu zatrudnił menedżera z banku inwestycyjnego i gdy zobaczył, że właśnie prowadzi on gromadne spotkanie — nie było przebacz.

— Było bardzo krótkie — przyznaje z uśmiechem.

W jego biznesie nie ma miejsca na puste przebiegi i odbijanie karty. Do dziś na spotkania umawia się sam i dobrze mu bez armii asystentek.

— Mam rączki, więc sobie sam poradzę — powtarza. Bo korpo to nie skala, lecz podejście kulturowe. Korpo można sobie stworzyć w trzy osoby, obudować się obwarzankiem kodeksów, wzorców, procesów i nie ruszyć z miejsca miesiącami. Marketing to już inna bajka. Marketing — to jest to!

Włochem być

— Siedzimy na lunchu w Mediolanie. Mój amerykański kolega mówi: „Żebym ja tak wyglądał jak ten kelner. Taki idealny Włoch, chociaż ubrany w polo i dżinsy”. Patrzę na kolegę i widzę, że on też ma na sobie włoskie ciuchy. Mimo to wciąż wygląda na Amerykanina — opowiada Jarosław Augustyniak.

Ta historyjka to wstęp do odparcia zarzutów, jakie finansiście czyni część obserwatorów rynku. Że Idea Bank, podobnie jak Expander, Open Finance czy TaxCare, to projekty naładowane tym, co ten przedsiębiorca i menedżer ukochał — marketingiem właśnie. Augustyniak uśmiecha się szeroko i odpowiada: tak, marketing to mój żywioł. Ale na samym marketingu nie zbuduje się biznesu. Musi być coś więcej.

— Rzeczy, idee sprzedają się przede wszystkim dlatego, że są innowacyjne, skuteczne, potrzebne, zmieniają nawyki ludzi. Ale też dlatego, że są piękne, np. od strony wizualnej. Takie projekty chcę robić i robię. Takie, gdzie wzbudzenie chęci dotknięcia produktu jest szalenie ważne — mówi szef Idea Banku i mimochodem wspomina o swoich poprzednich projektach: designerskich wnętrzach Lion's Banku i nobliwych przestrzeniach Noble Banku, do których zaglądali ludzie ciekawi klubowego stylu w bankowości.

Apple pod pachą

Jarosław Augustyniak, od ponad dekady zwany cudownym dzieckiem polskiej finansjery, sprawca niejednego zamieszania na rynku, twierdzi, że to wciąż nie czas na zwolnienie tempa. Nie znudził mu się marketing w finansach ani konsekwentne, wyliczone w Excelu dokręcanie biznesowych śrubek. I nie tylko niewinny, młodzieńczy wygląd świadczy o jego świeżości.

— To nie kremy, tylko stres tak mnie konserwuje — żartuje. Gdy rozmowa schodzi na poważne tematy, okazuje się, że za łagodnymi rysami twarzy nie kryją się naiwność ani nieokrzesanie. Wówczas Augustyniak dostaje więcej wiatru w żagle, włącza dynamizm (bo przecież jeśli rozmowy, to mięsiste). Na pytania z każdego związanego z nim tematu odpowiada szybko i celnie. Jakby przemyślał sobie wcześniej odpowiedzi na najbardziej absurdalne czy trudne kwestie i teraz odtwarzał wypracowany wcześniej tok rozumowania. Zatem pociągnijmy wątek marketingu, którego roli Augustyniak — twardy finansista — nie zamierza przeceniać. Po prostu mówi, jak jest.

— Jeśli idziesz z czymś szeroko do ludzi, to wyróżnij się w świecie szumu informacyjnego. Jeśli powłoka jest do niczego, to superprodukt w środku nie pomoże — powtarza i przypomina przypadek Expandera, który w wewnętrznym żargonie zwany jest „Exem”. Zakładając ze wspólnikami „Exa”, tego 2.0, poza internetem (pomysł doradcy finansowego w sieci na początku XXI wieku okazał się niewypałem) postawili na plusz. Na przekór finansowej czołówce licytującej się w pomysłach na tzw. McBanki z wyspami w centrach handlowych z wysokimi barowymi stołkami przy ladzie. Expander był mięciutki, bordowy, żadnych bufetów.

— Oczywiście to był tylko jeden z elementów, wcale nie najważniejszy. Trafiliśmy na hipoteczne prosperity i nie mieliśmy żadnej konkurencji w segmencie doradztwa — uzupełnia prezes Idea Banku. Gdy kilka lat później powstawał Open Finance, dyrektywy Augustyniaka dla designerów można by streścić w kilku zdaniach. Kładł nacisk na prezentację agresywnego, świeżego wizerunku wyróżniającego się w tłumie. Bardziej ostrego, surowszego niż Expander. Niczym Apple, którego komputery prezes nosił dumnie pod pachą, nawet gdy niespecjalnie dawało się na nich pracować. Ale dało się wyróżnić z szarego tłumu.

Uczucie czucia

A Idea Bank? Nie ma wyjątkowego designerskiego haczyka, jest dobry, dopracowany wizualnie, jednak o jego sile nie zdecyduje ewentualna popularność ornamentów czy miejsca pracy dla klientów w oddziałach banku. Jej siła to czucie klienta, coś, nad czym Jarosław Augustyniak głowi się pasjami. Brzmi banalnie — wiadomo, przecież nie robi się produktu, na który nie ma zapotrzebowania albo na który nie da się rozbudzić mody.

— To, że od lat działamy w biznesie, sprawia, że rozumiemy potrzeby innych przedsiębiorców, czujemy to co oni. To stanowi naszą siłę. Rozwijamy się szybko, w swojej grupie kapitałowej mamy 10 spółek. Dlatego będę nieskromny — to osiągnięcie na skalę Polski. Oczywiście nie wszystko jeszcze chodzi, jak powinno, dlatego wciąż dokręcam śrubki. Ale maszyna już zasuwa. W cyfrach to mój największy projekt i sukces zarazem. Można powiedzieć, że dzięki niemu czuję się spełniony — kwituje przedsiębiorca.

Właśnie: przedsiębiorca. W każdym rozkręcanym przez siebie biznesie miał lub ma udziały. Na kilku projektach zarobił dziesiątki milionów złotych, które inwestuje w kolejne, coraz większe firmy. Dla wielu pozostaje jednak głównie skutecznym menedżerem ze stajni miliardera. Bo nie ma co ukrywać, że nad każdym z ostatnich szyldów Augustyniaka pojawia się pieczęć większościowego udziałowca i mocnego partnera — Leszka Czarneckiego.

Orbita miliardera

O Czarneckim, właścicielu Getin Holdingu, napisano tomy. Było tam także o jego szorstkim stylu bycia, dominującym charakterze, relacjach w biznesie. Tymczasem Augustyniak zdaje się tym nie przejmować, skutecznie od kilkunastu lat trwa w symbiozie z wrocławskim miliarderem. Mistrz dyplomacji? Strateg z teflonu? Wilk na łańcuchu?

— Jest ta nić zaufania po 12 latach wspólnej pracy. Czasem są to szorstkie partnerskie relacje, ale nigdy nie było sytuacji postawionej na ostrzu noża. Rozumiem to tak: Leszkowi jestem potrzebny, bo stawiam lub wymyślam mu nowe zyskowne biznesy. Ja z kolei potrzebuję Leszka Czarneckiego na poziomie nadzorcy z tak kolosalnym doświadczeniem. Który trzeźwym okiem spojrzy i powie mi, gdzie i kiedy zdjąć nogę z gazu, żeby ten samochód, którym jadę na przełaj, nie rozbił się na drzewie — opowiada główny zainteresowany.

Często taka krótka rozmowa zaczyna się od rytualnego: „W żadnym wypadku nie chcę cię w biznesie hamować, ale...”. Augustyniak słucha, choć czasem zachowuje sceptycyzm. Zazwyczaj okazuje się, że Czarnecki — jeszcze bardziej wyczulony na paplaninę niż Augustyniak — dokładnie przemyślał każde słowo i ostatecznie miał rację.

— W korpo w ogóle nie byłoby dyskusji. Dostałbym klocki, terminy i hajda! — do roboty nad projektem A lub B — podkreśla prezes Idea Banku. Osoby z otoczenia obu przedsiębiorców twierdzą, że relacje na linii Czarnecki — Augustyniak ustawił sukces Open Finance, który obu panom przyniósł krocie, a drugiemu z nich dodatkowo przypiął łatkę magika z młodego pokolenia. Gdyby było źle, obaj szybko mogliby się rozstać. Augustyniak po sprzedaży kilku swoich wcześniejszych projektów jest więcej niż zamożnym człowiekiem. Ale wciąż ma ten „fun” towarzyszący mu od czasów Expandera. Ta adrenalina trzyma go w orbicie miliardera, gdzie jednak ma własną, niezależną i rosnącą planetę. Co nie znaczy, że wraz z terytorium pęcznieje ego 42-letniego gospodarza.

— Zachłyśnięcie się sukcesem, pieniędzmi? Za szybko przebieram nóżkami, nie mam czasu konsumować ponad miarę. Nie kupię sobie drugiego samochodu, nie miałbym czasu nim jeździć — mówi o sobie.

35. kilometr

Zmęczenie? Jest, jak u piłkarza po meczu. Nazajutrz znów nogi rwą się do gry. Choć wysokie tempo przez niemal dwie dekady zawodowej kariery ma swoją cenę.

— Jeszcze nie potrzebuję urlopów, palmy, plaży. Czasem, kiedy mam dość, wystarczy się urwać z biura o 15., pobiegać, popedałować. I chandra przechodzi — mówi Augustyniak, jednocześnie przyznając, że w biegu do sukcesu często jest na tym maratońskim 35. kilometrze, kiedy forma dobra, ale nogi i głowa walą w ścianę.

Odskocznią są też książki, szczególnie w sytuacji, gdy nakręcony mózg nie toleruje snu dłuższego niż 3-4 godziny na dobę. Obecnie na tapecie ma historię gospodarczą Europy z początku minionego stulecia. No i zawsze w głowie układa kolejne treningi szlifujące formę na triathlon. Do tego podobno nigdy nie wyłącza Excela z funkcją skalowania, jakby od urodzenia zainstalowanego w wyobraźni menedżera. — Daj spokój, Jarek, dzięki za porady, ale nie chcę mieć tu zaraz 60 oddziałów — strofowała go żona, gdy próbował układać jej modowy biznes. Lubi biznesy zakładane od idei, od pustego stolika.

— Nieraz mi się marzy, żeby znów zacząć od nowa. Mam kilka pomysłów poza finansami. Zapewne już ze 100 osób ma podobne, z czego dwie je realizują, więc nie będę tajemniczy — wyjaśnia.

Skala w owsiance

Spec od czucia klienta szanse widzi m.in. w sektorach jedzenia dla sportowców amatorów oraz oszczędzania czasu rodzicom. Pierwszy projekt dotyczy batonów, odżywek, napojów z prostym przekazem — kiedy i ile jeść/pić. W tle są też białkowe lub węglowodanowe koktajle podawane w kafejkach obok latte i tiramisu.

— Marża z pewnością byłaby wyższa niż na koktajlu truskawkowym, i to nie tylko w Warszawie. Znajomi z mojego rodzinnego Elbląga też liczą kalorie i jedzą owsiankę — zapewnia Augustyniak.

Kolejny projekt z marzycielskiego Excela to sieć klubów dla dzieci, w których mogłyby nadrobić braki wynikające z marginalizacji lekcji WF-u w szkołach. Oczywiście wszystko na masową, skalowalną modłę. To kiedy start? Na razie na święte nigdy, bo teraz całkowicie skupia uwagę na dalszym rozwoju działalności i wzroście banku.

— W tym triathlonie w wersji Ironman zejdziemy z roweru, zmienimy buty i weźmiemy się za bieg na ponad 40 km. Zmobilizujemy się i udowodnimy, że jesteśmy warci jeszcze więcej. Wbrew obiegowym opiniom nie jest bowiem tak, że rozkręcam projekty i zaraz je porzucam — mówi Augustyniak, wymieniając spółki, które zakładał i w których spędził po dobrych kilka lat.

Z tej wyliczanki wynika, że na opinię startupowca zasłużył. Także dlatego, że zwykle przez pierwsze dwa lata mozolnie i po cichu buduje struktury, zręby silnika. W pełnym świetle pokazuje publiczności dopiero dobrze naoliwioną maszynę. I tak z dużego kwiatka na coraz większy kwiatek. Byle nie pod szyldem korpo.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: KAROL JEDLIŃSKI

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Inne / Jak zaczynać, to od stolika