Jakaś oaza - jesteśmy w Senacie

Wojciech Surmacz
opublikowano: 2007-06-29 00:00

Gdzieś na tyłach Sejmu tętni życie drugiej izby naszego parlamentu. Życie powszechniej nieznane. Mniej krzykliwe, aroganckie, fasadowe. Pożyteczne.

Czwarty czerwca 1989 roku. 99 autorytetów z rodowodem solidarnościowym wygrało pierwsze wolne wybory w powojennej Polsce. Prześmiewcy nazywali ich tymi, którzy się sfotografowali z Lechem Wałęsą. Pierwszą kadencję Senatu Rzeczpospolitej nazywa się dziś czasem intelektualistów i osobowości. Wśród nich byli m.in. obecny prezydent i premier Polski.

Gdy pod koniec czerwca pamiętnego roku Andrzej Stelmachowski, marszałek Senatu I kadencji, z Andrzejem Wielowieyskim, wicemarszałkiem odpowiedzialnym za organizację senackiej kancelarii, przechadzali się po dawnej siedzibie Rady Państwa, Stelmachowski miał do Wielowieyskiego powiedzieć:

„Jak dla 15 osób, to spokojnie wystarczy”.

Miał na myśli urzędników, stanowiących merytoryczne wsparcie dla setki świeżo upieczonych senatorów. Od tamtej pory sporo wody w Wiśle upłynęło...

4 lipca minie 18 lat od pierwszego posiedzenia Senatu w powojennej Polsce. A jednak wciąż czuć w tym miejscu zapach prawdziwej Rzeczpospolitej. Tej ponad podziałami. Gdzie interes państwa stawia się ponad interesy partyjne.

Praca

Gdzie jest Senat? Do Sejmu, potem schodami do góry, korytarzem prosto, potem w lewo nura w dół wąskim przejściem. Łatwo się zorientować, bo brzydko, ciasno, ale schludnie. I spokojnie. Część biur mieści się w ponurych podziemiach. A mimo to ludzie jacyś tu dziwni, jak nie u nas. Uprzejmi, uśmiechnięci, bez zawistnego zacięcia w oku. Nie ma tabunów dziennikarzy, kamer, fleszy. Na pierwszy rzut oka druga izba polskiego parlamentu prezentuje się jak u Piwowskiego: „Nuda. Nic się nie dzieje, proszę pana”. Ale wystarczy zapytać Ewy Polkowskiej, szefowej kancelarii Senatu — co tu tak cicho? I nadziać się można na ostrą ripostę:

— Bo tu się pracuje.

W przeciwieństwie do Sejmu?

— Ja tego nie powiedziałam — śmieje się pani Ewa.

Zasadnicza, na pozór surowa w obejściu. Ale jak człowiek ją lepiej pozna, to cud kobieta. Trafiła tutaj w 1991 roku. Przeczytała ogłoszenie w „Gazecie Wyborczej”, że Biuro Legislacyjne Kancelarii Senatu potrzebuje legislatora — karnisty. Skończyła prawo na Uniwersytecie Warszawskim, zdała egzamin na aplikacji sędziowskiej i była na urlopie wychowawczym. Zastanawiała się, wrócić do sądu czy nie? Odpowiedziała na ten anons i zaczęła pracować jako legislator. To już 16 lat. Mówi, że w jej senackiej karierze nie zdarzył się jeszcze nudny dzień. Tu polityka schodzi na drugi plan, robota wre zawsze, a na pierwszym miejscu — wielkie słowa! — pozostaje dobro Polski. Co nie przeszkadza nikomu być ze sobą na ty, pracować w przyjaznej atmosferze, ale zawsze na poważnie.

— Mówi się, że Senat legislacją stoi. Potwierdzam. Każdy z nas czuje ogromną odpowiedzialność za tworzone prawo. Nasze zastrzeżenia są zawsze brane pod uwagę i szanowane przez senatorów. To oczywiście nie działa na naszą korzyść w Sejmie… — zauważa Ewa Polkowska.

— Będąc posłem, zawsze patrzyłem z podziwem na prace senackie. Z Sejmem i Senatem jest trochę jak z językami czeskim i polskim. Różnimy się bardzo, ale się dogadujemy — żartuje Bogdan Borusewicz, marszałek VI kadencji.

Niezależność

Od kiedy został marszałkiem, minęły dwa lata. Wystarczyło, by senaccy urzędnicy przejrzeli go na wylot. Między sobą mówią na niego Borsuk.

— Borsuk się czasem naborsuczy, ale mamy na niego sposób — jeden z pracowników drugiej izby parlamentu nie kryje sympatii do marszałka.

Ponoć Bogdana Borusewicza wystarczy grzecznie poprosić, by się po prostu uśmiechnął. A ponieważ to normalnie niezwykle sieriozny gość, te uśmiechy niespecjalnie mu wychodzą. Do tego stopnia, że sam zaczyna się szczerze śmiać ze swej nieudolności.

Borusewicz to pierwszy bezpartyjny marszałek Senatu. W wyborach nie reprezentował żadnej partii, kandydował pod własnym szyldem. Jest chodzącym symbolem niezależności. To budzi respekt większości parlamentarzystów, szczególnie senackich. Bo w tej izbie — jak mawia Zbigniew Romaszewski — za wszystko się świeci własną gębą. Na co patrzy szef Senatu, oceniając robotę podwładnych? Na poglądy, a może płeć? Nic z tych rzeczy.

— Dla mnie liczy się przede wszystkim dobry fachowiec — podkreśla Borusewicz.

Mówią o nim, że jest zawsze przed czasem. To na ogół dobra cecha, ale zdarza się marszałkowi Senatu przybyć kwadrans wcześniej i wywołać wielkie zaskoczenie, bo akurat jakieś spotkania czy konferencje dopinane są na ostatni guzik. No i jest strasznie skrupulatny. Dużo czasu poświęca na szczegółowe czytanie ustaw zgłaszanych pod obrady Senatu. W przeciwieństwie do poprzednika, Longina Pastusiaka, który ponoć kazał sobie wszystko czytać na głos.

— Ale za to słuchał uważnie i z niezwykłym zainteresowaniem. To mu trzeba przyznać — wspomina jeden z legislatorów.

Bo w polskim Senacie — mówią życzliwi — zawsze było i jest tak, że — bez względu na to, kto akurat rządzi — marszałek cierpliwie słucha krytyki legislacyjnej. Zwykle ostrej.

Na wymarciu

Przed pokojem 495. Wąski korytarzyk senacki. Komisja Praw Człowieka i Samorządności. Przewodzi jej Zbigniew Romaszewski. Jedyny senator tej kadencji, który zasiada w drugiej izbie polskiego parlamentu nieprzerwanie od 18 lat! Zwykły facet, skromnie ubrany. Choć ma już swoje lata, tyle w nim werwy i energii, że mógłby obdzielić nią pół parlamentu. Zapali papierosa, popatrzy z ukosa. Normalnie, warszawiak. Ale jak się odezwie, to szczęka opada. Każde zdanie to praktycznie „radiowa setka”. Naturalnie, sensownie, ostro i — co najważniejsze — czystą polszczyzną i z kulturą. Bo taki jest. Uwielbiany — bez względu na swe poglądy polityczne — przez starych i młodych urzędników Senatu. Śmieje się, że takich jak on i jego koledzy po fachu, czyli innych senatorów obecnej kadencji, niebawem nie będzie. Że to gatunek na wymarciu.

— To już ostatki — żartuje, z cieniem nostalgii w głosie.

Romaszewskiemu bardzo nie pasuje poziom współczesnego dyskursu politycznego w Polsce. Nazywa to muchotłukiem. Zależy mu, by szczególnie w Senacie — izbie z założenia refleksyjnej — unikać upartyjnionych debat.

Ale akurat w Senacie pod tym względem nie jest źle. Obrady i dyskusje to prawdziwy pokaz kunsztu oratorskiego.

— Wyższa kultura wypowiedzi — to niewątpliwe atut tej izby. Senatorowie częściej pozwalają sobie na komentarz w kuluarach niż na sali obrad. Tam dominują rozmowy merytoryczne. I co najważniejsze: nie ma telewizyjnych transmisji na żywo, co znacznie zmniejsza poziom agresji. Nie można pobłyszczeć przez kontrowersyjne wypowiedzi — podkreśla Ewa Polkowska.

Niebawem to się może zmienić.

— Trwają starania o uruchomienie transmisji senackich na żywo — w internecie — uchyla rąbka tajemnicy marszałek Borusewicz.

Nie obawia się jednak skandalicznych zachowań. Jest zdania, że w Senacie wysoka kultura zawsze się obroni, bo przecież ta instytucja została stworzona od podstaw. Bez karygodnej przeszłości. Jej pracownicy nigdy nie ciągnęli za sobą złych przyzwyczajeń z minionej epoki, zawsze byli rekrutowani na zasadzie transparentnych konkursów. Jest ich około 280, a wśród nich tych 15, o których rozmawiał Stelmachowski z Wielowieyskim.

Bo tu polityczna miotła nie dociera.