Bożena, zbankrutujesz, to się nie przyjmie, nie sprzeda! — takie ostrzeżenia słyszała od znajomych, gdy pokazywała im pierwsze wzory.
W firmowym butiku wybieramy torebki do zdjęcia: pomarańczowa, żółta, a może czarno-biało-czerwona? W drugim rzędzie, za tymi najmodniejszymi, tak dobrze znana, noszona przez wiele kobiet prosta, czarna.
— To pierwszy z moich wzorów. Z kolekcji na jubileusz 50-lecia firmy Batycki, który obchodziliśmy w 1998 roku. Wtedy odważyłam się pokazać torebki projektowane zgodnie z moim gustem. Minimalistyczne, surowe. Chciałam, aby były inne od dostępnej wtedy oferty rynku i od razu kojarzyły się z firmą — mówi Bożena Batycka, właścicielka firmy Batycki, producenta torebek i innych wyrobów ze skóry.
Jej pomysły zaakceptowali najpierw sprzedawcy, potem klienci, a w końcu — najbaczniejsi obserwatorzy rynku — piraci.
— Kiedyś bardzo mnie to gniewało. Teraz myślę, że to wyraz uznania. Podrabia się przecież najpopularniejsze modele. Nabrałam dystansu — dodaje Bożena Batycka.
Gusta i guściki
Do 1989 roku Bożena Batycka wychowywała synów i czekała w domu na powrót męża. Ale odziedziczony duch przedsiębiorczości (ojciec zatrudniał w czasach Polski Ludowej 50 pracowników w zakładzie produkującym przybory toaletowe), nie dawał spokoju.
— Tata był moim ideałem. Dlatego szukałam wykształcenia, związanego z działalnością gospodarczą. Skończyłam handel zagraniczny na Uniwersytecie Gdańskim. Kiedy chłopcy mieli już 15 i 16 lat, zdecydowałam, że misja domowa dobiegła końca i pora skorzystać z wiedzy. Dojrzałam, by z pani domu stać się częścią firmy rodzinnej — opowiada projektantka.
Wykształcenie synowej predestynowało ją do zajmowania się stroną biznesową przedsiębiorstwa. Ale nieustannie interesowała się modą, surowcem, z którego powstawały produkty i jego możliwościami.
— Nikt nie uczył: jako nastolatka projektowałam sobie ubrania i dobierałam na nie tkaniny, z których szyła je zaprzyjaźniona krawcowa. Nie przypuszczałam jednak, że zacznę projektować torebki! Skądże znowu! Myślałam: poprowadzę przedsiębiorstwo — jak tata — wspomina samouk, Bożena Batycka.
Poszła drogą redukcji: usuwała nadmiar dekoracji, szukała maksymalnej prostoty. Krok po kroku. To, co powstawało, odbiegało od dominującego wówczas wzornictwa.
— Nieustanne wątpliwości, nadmierny krytycyzm wobec swoich projektów zelżały, gdy uświadomiłam sobie po prostu, że nie ma projektanta i firmy, która zadowoliłaby wszystkich. Dopomogło mi i to, że akurat zaczął się zmieniać gust Polaków. Coraz większy wpływ w modzie zyskiwał szlachetny umiar, upowszechniany zresztą przez kolorowe pisma. Może i dlatego już pierwsza kolekcja osiągnęła sukces? — tłumaczy Bożena Batycka.
Usamodzielniła się po rozstaniu z mężem i wtedy — wykorzystując nazwę i kontynuując profil produkcji — zaczęła sama prowadzić przedsiębiorstwo. Postanowiła wtedy, że tak zorganizuje firmę, aby mogła robić to, co lubi najbardziej: projektować, zajmować się marketingiem i reprezentowaniem przedsiębiorstwa.
W dobrych rękach
Zakład w Nowym Dworze Gdańskim zatrudnia 80 pracowników, głównie kobiety. Pracują nie tylko jako „złote ręce” w produkcji, ale pełnią także funkcje strategiczne.
— Tak wyszło... Panie pracują, wychodzą za mąż, rodzą dzieci i wracają na czekające na nie stanowiska. One identyfikują się z firmą, chcą tu pracować. A to sprawia, że właściwie nie mam problemów z organizacją pracy, zachowuję na stałe talent i wiedzę moich ludzi. No i mam dużo „firmowych dzieci”, co jest bardzo sympatyczne! — śmieje się Bożena Batycka.
Co będzie, gdy szycie torebek — by było taniej — przeniesie na Daleki Wschód? Do takich pomysłów Bożena Batycka podchodzi z dużą rezerwą.
— Większą część torebki wykonuje się ręcznie. Potrzebuję zakładu, gdzie łatwo o kontrolę jakości i szkolenie wykonawców. Decyduję się na krótkie serie, często wprowadzam nowe wzory. Tak można szyć tylko u siebie. W obcym zakładzie koszty przygotowania do wprowadzenia nowej produkcji zjadłyby oszczędności na wynagrodzeniu. Nawet jeśli kiedyś postanowię, by wytwarzać także gdzie indziej, zakład w Nowym Dworze Gdańskim zawsze będzie mi przydatny jako laboratorium wzorów, gdzie powstają pierwsze egzemplarze — podkreśla Bożena Batycka
Jest jedyną właścicielką firmy. Ale najważniejsze decyzje podejmuje zawsze po rozmowach i konsultacjach z dwiema współpracowniczkami.
— Celina Gontarska i Ewa Jabłońska zdjęły za mnie obowiązki związane z codziennym, taktycznym zarządzaniem. Dzięki temu mogę projektować. Wyjeżdżając z Nowego Dworu, wiem z pewnością, że pozostawiam firmę w dobrych rękach — Bożena Batycka najbardziej ceni sobie współpracę i umiejętność delegowania obowiązków.
A dystrybucja? Produkty firmy oferują 3 sklepy należące do Batyckiej oraz 10 współpracujących (franczyza).
— W Polsce powinno być około 30 sklepów z naszymi wyrobami. Wybrane modele trzeba nadal sprzedawać w miejscach typu Galeria Centrum. To powinno sprawić, że klient na polskim rynku nie będzie miał trudności z dostępem do naszych artykułów — planuje Bożena Batycka.
A rynki zagraniczne?
— Na Polsce świat się zaczyna, a nie kończy. Z myślą o tym powstała kolekcja bursztynowa — zaczyna nowy rozdział Bożena Batycka.
Konkwistadorka
Podbój amerykańskiego rynku to największe marzenie projektantki.
— Nie wiem, dlaczego tak pragnę Ameryki... Czuję, że to dobry kierunek, po wielu rozmowach widzę zainteresowanie potencjalnych partnerów ze Stanów. Oni też uważają, że bursztyny są znakomitym znakiem wyróżniającym kolekcję. I przy tym — najlepszym symbolem Polski. Na tym oparty jest cały opracowany już — i oceniony przez fachowców — plan biznesowy — ujawnia Bożena Batycka.
Gdy pod koniec XX wieku zapragnęła wyjść poza swój kraj, szukała pomysłu, by się wyróżnić z setek firm-konkurentów, też przecież znanych z jakości i przemyślanej koncepcji swoich kolekcji.
— Myślałam: muszę mieć coś, czego klient nie znajdzie w innej firmie. I nagle olśnienie: bursztyny! Od wieków polski towar eksportowy, kojarzący się z Bałtykiem, a mnie — dodatkowo — z domem rodzinnym — snuje opowieść projektantka.
Pierwsze takie torebki nosiła Jolanta Kwaśniewska. I ona też dawała je w prezencie żonom cudzoziemskich polityków podczas ich wizyt nad Wisłą.
— Zrozumiałam, że kolekcja bursztynowa stanie się przepustką dla innych wzorów, będzie stanowić o prestiżu marki; tańsze, klasyczne modele też wówczas przyniosą zysk. Tak jest we wszystkich firmach związanych z modą — rozumuje Bożena Batycka.
Jej wyroby dekorowane bursztynem będą sprzedawane w „sklepach bursztynowych” — wraz z biżuterią, w specjalnie zaprojektowanych wnętrzach...
Realizacja podobnych pomysłów wiele kosztuje. Skąd pieniądze? Czy nie myślała o giełdzie?
— Giełda? Dobry pomysł na pozyskanie środków na rozwój. Ale moja firma jeszcze nie jest na takim poziomie, aby uciec się do tej metody. Na razie w ekspansji na rynki zagraniczne dopomoże silny partner finansowy — wyjaśnia właścicielka firmy Batycki.
Twarz z reklamy
Batycki = Batycka. Twarz i styl właścicielki to także oficjalny wizerunek firmy.
— Przypadek... Ale jestem wdzięczna losowi, że tak się stało. Gdy przedsiębiorca firmuje swoją osobą i nazwiskiem oferowany produkt, daje klientom dodatkową gwarancję jakości obsługi i towaru. Przecież to oczywiste — przynajmniej dla mnie — projektantka uśmiecha się dokładnie jak na reklamie.
— Nazwa też musi być stabilna. To majątek firmy, dlatego nie zmieniłam jej na „Batycka”. Mój czas zarządzania przecież kiedyś się skończy — dorzuca.
