Ekspres Shinkansen, jak nazywa się go w Japonii to jeden z symboli dumy Kraju Kwitnącej Wiśni. W dwie dekady po zakończeniu II Wojny Światowej był prekursorem „cudu gospodarczego”. Ówczesny fenomen techniki pokonywał trasę o długości 513 km w cztery godziny, skracając o 2,5 godziny czas wcześniejszej podróży.

Najnowszy model ekspresu, reprezentujący – jak twierdzą niektórzy – erę kosmiczną, charakteryzujący się mocno wydłużonym nosem, ustanowił kolejny krok milowy w transporcie kolejowym. Wspomnianą trasę przejeżdża w zaledwie 2 godziny 25 minut.
Agencja AP przypomina, że Japonia rozpoczęła budowę linii dużych prędkości w czasie II Wojny Światowej, ale została ona wstrzymana w 1943 roku z powodu braku funduszy. Idea została reaktywowana w 1950 roku, budząc wiele kontrowersji i wątpliwości związanych z ogromnymi kosztami, szczególnie, że realizowane były równocześnie projekty z zakresu transportu lotniczego i autostradowego.
Krytyka zmieniła się jednak w narodową dumę, gdy budowa, finansowana częściowo z sięgającej 80 mln USD pożyczki Banku Światowego, została ukończona na czas Igrzysk Olimpijskich w Tokio w październiku 1964.
Pierwszy Shinkansen osiągał maksymalną prędkość 210 km na godzinę. Tymczasem najszybsze pociągi w tamtych czasach w Europie mogły jeździć z prędkością 160 km/h. Obecnie japońskie superpociągi rozwijają prędkość nawet ponad 300 km/h. Średnia prędkość chińskich odpowiedników szacowana jest z kolei na 284 km/h na trasie między Shijiazhuang i Zhengshou Dong.
Wprowadzane właśnie do eksploatacji Pendolino na polskich torach ma jeździć z maksymalną prędkością 200 km/h, często jednak nie szybciej niż 160 km/h
