Nowy wizerunek powściągliwego w sądach, wyważonego polityka, jaki zaserwował wyborcom Jarosław Kaczyński w czasie kampanii prezydenckiej, przypadł do gustu wielu Polakom i to zarówno sympatyzującym z PiS, jak i jego przeciwnikom. Ewidentnie nie spodobał się jednak samemu Kaczyńskiemu. Po wyborach odrzucił go, by pokazać dobrze znaną twarz. I to o jeszcze bardziej wyostrzonych rysach.
Przez ostatnie sześć miesięcy na Jarosława Kaczyńskiego spadło tyle trudnych doświadczeń i nieszczęść, że mógłby się z nim równać chyba tylko biblijny Hiob. Przypomnijmy: ciężka choroba matki, śmierć brata — prezydenta i jego żony oraz siedmiu kluczowych członków partii. To dość, by rzucić na kolana każdego. Potem decyzja o kandydowaniu w przedterminowych wyborach prezydenckich i trudy kampanii. Niejednemu trzydziestolatkowi zabrakłoby sił, aby temu wszystkiemu podołać. Ponadsześćdziesięcioletni Kaczyński dał radę, bo już nie raz udowodnił, że graczem jest twardym i ostrym. Jak mało kto zasługuje na miejsce w tej rubryce "Business Class".
Gra ostro od czasu, gdy zajął się polityką, czyli od połowy roku 1976. I czuje się w tej grze jak ryba w wodzie. Tym bardziej, że w Polsce zawsze była ona dyscypliną mało finezyjną, pełną fauli i zagrań bardziej lub mniej poniżej pasa.
W duecie z bratem Lechem zawsze był tym, który nadawał ton. Tak było w Obywatelskim Klubie Parlamentarnym, tak było w Porozumieniu Centrum i tak było w Prawie i Sprawiedliwości. Nic dziwnego. "Chciałem rządzić, już gdy miałem 12 lat. Premierem zamierzałem zostać, mając lat 34, a skończyć rząd, mając lat 91. To byłby rok 2040" — mówił trzy lata temu w wywiadzie dla tygodnika "Wprost". I rzeczywiście, od lat udaje mu się utrzymać u władzy. Jeśli nie w kraju, to przynajmniej w jednej z najważniejszych dla tego kraju partii.
Co decyduje o jego wyjątkowości? To, że jak mało kto potrafi cierpliwie czekać na odpowiednią okazję w dążeniu do celu, czyli do władzy. Przekonali się o tym zarówno jego polityczni przeciwnicy, których potrafi bezpardonowo atakować, jak i sojusznicy i mocodawcy, których umie bez skrupułów porzucić, traktując przy tym równie ostro jak przeciwników. Przekonał się o tym także Lech Wałęsa, gdy był prezydentem, a Kaczyński szefem jego gabinetu. Później zastępy mocniej lub lżej skopanych sojuszników Jarosława Kaczyńskiego rosły. Gdy PiS był u władzy, dostało się koalicjantom: Lepperowi i Giertychowi. Ale dostawało się także najwierniejszym, np. tragicznie zmarłemu w smoleńskiej katastrofie Przemysławowi Gosiewskiemu. Obrywali ci, co zbytnio grali na własną popularność: Kazimierz Marcinkiewicz czy Zbigniew Ziobro, i ci, co woleli pozostawać w cieniu — jak Kazimierz M. Ujazdowski. Przede wszystkim jednak narażali się ci, którzy odważyli się skrytykować szefa. Czas jakiś temu przekonał się o tym Ludwik Dorn, a ostatnio Marek Migalski i Elżbieta Jakubiak.
Z brutalnie odrzuconych przez prezesa zawodników jego zespołu można by już sformować drużynę piłkarską wraz z ławką rezerwowych. Ale dopóki w PiS pozostanie więcej zawodników niż w grupie karnie wykluczonych, gra będzie się toczyła dalej. I jak dowiodły wyniki wyborów prezydenckich, Jarosław Kaczyński nie musi się na razie obawiać czerwonej kartki, bo niemal połowa głosujących akceptuje jego styl gry.
A w tej grze, po zdławieniu oznak niezadowolenia we własnych szeregach, Jarosław Kaczyński znów coraz ostrzej poczyna sobie z politycznymi przeciwnikami. Na rocznicowych uroczystościach NSZZ Solidarność przedstawił własną wersję historii Związku i wydarzeń sierpniowych na Wybrzeżu, w których sam nie brał udziału. A 10 września ponownie obarczył rząd odpowiedzialnością za katastrofę w Smoleńsku i oświadczył, że premier Tusk, prezydent Komorowski i minister Sikorski powinni na zawsze zniknąć ze sceny politycznej.
Dla jednych Jarosław Kaczyński jest dzisiaj człowiekiem opętanym z bólu po stracie najbliższych. Dla innych mężem opatrznościowym, który może pomóc w obronie najważniejszych wartości. Tak czy inaczej ciągle jest w grze. I gra bardzo ostro. Pozostaje tylko pytanie: kiedy w końcu sam się w tej grze pogubi?
