Kto kiedykolwiek jechał na rowerze, wie, że ta sztuczka nie jest wcale taka prosta, podobnie zresztą jak stromy zjazd. Bez trzymanki najłatwiej jeździć po w miarę płaskim: lekko pod górkę lub lekko w dół. Najłatwiej, a przede wszystkim najbezpieczniej.
Pojęcie jazdy w górę bez trzymanki na giełdzie zostało ukute kilka lat temu, kiedy w Warszawie notowanych było bardzo niewiele spółek, a pęd do giełdy, która do niedawna była synonimem i symbolem wrednego kapitalizmu, ogromny. O możliwych do osiągnięcia zyskach opowiadano legendy. W skrajnym przypadku pęd ten przejawiał się w obserwowanych obrazkach, w przeżywających oblężenie biurach maklerskich, gdzie przyszli kapitaliści pytali maklerów: to co, ma pan jakieś akcje na zbyciu? A jakie akcje chce pan (pani) kupić? Wszystko jedno. Rzeczywiście można było zarobić wiele, bardzo wiele. Ale jak się to skończyło? — wszyscy pamiętamy. A szczególnie boleśnie pamiętają właśnie ci, którzy takie pytania zadawali. Była to ich pierwsza przygoda z rynkiem kapitałowym i, w przeważającej większości, ostatnia.
Dzisiaj już czasy nie te, inny rynek, inni inwestorzy, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że występuje wiele analogii. Od tygodni mamy do czynienia ze spektakularnym wzrostem indeksów na warszawskim parkiecie. Indeksy biją wieloletnie rekordy, obroty podobnie. Co więc się takiego stało? Czy notowane na warszawskiej giełdzie spółki pokazują jakieś rewelacyjne, nie spotykane gdzie indziej, wyniki? Czy gospodarka znajduje się w doskonałej sytuacji, na niezagrożonej ścieżce wzrostu, a ludziom żyje się coraz dostatniej? Nic z tych rzeczy. Za to...
Od kilku lat na warszawskiej giełdzie, miast przybywać notowanych spółek, ubywa ich. W sposób zasadniczy zmniejsza się więc podaż akcji: część firm wycofano z rynku, w części udziałowcy większościowi zwiększyli swoje zaangażowanie, zbierając z rynku tanie akcje. Jednocześnie otwarte fundusze emerytalne z trudnościami, ale jednak dosyć wartkim strumieniem otrzymują pieniądze z ZUS. Ogromne pieniądze, które muszą przecież inwestować. Zgodnie z przepisami, przede wszystkim w kraju — również w akcje. Niska efektywność lokat bankowych, a także ich opodatkowanie spowodowały odwrót od tej formy lokowania pieniędzy. Nikt przy zdrowych zmysłach nie trzyma swoich zasobów w skarpecie czy bieliźniarce, stąd rosnące zainteresowanie funduszami inwestycyjnymi — lokującymi również w akcje.
To są już wystarczające powody dla wzrostów na giełdzie. Jeżeli dołożymy do tego rzeczywiście nieco lepsze od oczekiwanych wyniki firm, a przede wszystkim niezłe sygnały makroekonomiczne, uwzględnimy zaangażowanie, skuszonych wzrostami cen akcji, inwestorów indywidualnych, tzw. leszczy — mamy letnią hossę. Tyle tylko, że ma ona bardzo kruche podstawy fundamentalne (jeżeli ma) i może skończyć się równie szybko, jak się zaczęła. Więcej, może zacząć się jazda w dół. Oby nie, ale lepiej jednak trzymać ręce na kierownicy.