Jestem niewinny. Będę bronił prawdy

Rozmawiał: Grzegorz Nawacki
opublikowano: 20-11-2019, 22:00

O kulisach zatrzymania przez CBA i zarzutach prokuratury, relacjach z politykami PO i PiS oraz zarządzaniu państwową spółką przez osiem lat — mówi Jacek Krawiec, były prezes PKN Orlen

„Puls Biznesu”: W lutym funkcjonariusze CBA zatrzymali pana po raz pierwszy. Po wyjściu z aresztu nie chciał pan publicznie o tym rozmawiać. We wrześniu zatrzymano pana po raz drugi i teraz zgodził się pan na rozmowę. Dlaczego?

Jacek Krawiec, były prezes PKN Orlen:

Po pierwsze, potrzebowałem czasu na przemyślenie sytuacji. Po drugie, nastąpiła kumulacja wydarzeń, które sprawiły, że nie mogę i nie chcę siedzieć cicho i nie bronić publicznie swojego dobrego imienia w obliczu nowych, absurdalnych zarzutów. Ponadto natychmiast po zatrzymaniu pojawiły się przecieki do mediów, a telewizja publiczna zrobiła program o Orlenie, w którym byłem przedstawiony jako czarny charakter. Zaatakowano brutalnie mnie i moją rodzinę. Czas, żebym ja również zabrał głos.

Wróćmy zatem do wydarzeń z lutego. Zaskoczyło pana zatrzymanie przez CBA?

Myślę, że w takiej sytuacji każdy uczciwy człowiek byłby zaskoczony. Agenci przyszli tuż po szóstej rano, jeszcze spałem. Byłem w mieszkaniu z synem, który choruje na zespół Aspergera. Myślę, że doskonale zdawali sobie z tego sprawę, więc zatrzymanie uważam nie tylko za bezzasadne, ale w tych okolicznościach także szkodliwe dla zdrowia syna.

Jak przebiegało?

Agenci byli kulturalni. Pozwolili skorzystać z przysługujących mi praw, czyli zadzwonić do adwokata, żony oraz mamy syna, żeby mogła go odebrać. Potem przystąpili do przeszukania mieszkania.

Syn oglądał pana w kajdankach?

Na szczęście spał, a agenci zachowywali się w miarę cicho. Obudziła go dopiero mama, która po niego przyjechała. Wychodząc do szkoły, zobaczył, że są jacyś obcy ludzie z bronią, i zapytał, czy odbiorę go ze szkoły. Gdy odpowiedziałem, że nie, rozpłakał się.

Pan też ma łzy w oczach, gdy o tym mówi…

Trudno nie mieć…

Co pan wtedy poczuł?

Wielką złość. Na państwo polskie, a właściwie na ludzi działających w jego imieniu. Tak podziękowano mi za prawie osiem lat pracy z sukcesami dla spółki i państwa. Za uratowanie Orlenu przed bankructwem i zrobienie z niego silnej, nowoczesnej firmy, gwiazdy polskiego biznesu na arenie międzynarodowej.

Był pan wcześniej wzywany w tej sprawie?

Nie, to był mój pierwszy kontakt z prokuratorem. Gdybym dostał wezwanie, stawiłbym się dobrowolnie.

Jak prokurator uzasadnił rozpoczęcie wyjaśniania sprawy od zatrzymania przez CBA?

Prokuratorzy nie mają w zwyczaju tłumaczyć się przed podejrzanymi, więc ja też nie usłyszałem jakiegokolwiek uzasadnienia.

Co pan pomyślał, gdy usłyszał zarzuty?

Byłem w takim szoku, że ich nie zrozumiałem. Zresztą do dziś ich nie rozumiem. Są tak absurdalne i pozbawione sensu, że trudno się do nich odnieść. Niestety, nie mogę o nich mówić ze względu na toczące się śledztwo. Z doniesień prasowych wiadomo jednak, że zarzucono mi brak nadzoru nad imprezą Verva Street Racing, który miał polegać na tym, że nie dopilnowałem rozliczenia faktur. Trzeba jednak wiedzieć, że liczba faktur, która każdego dnia przechodzi przez Orlen, jest liczona w milionach. Tak, w milionach. Przez osiem lat kierowania spółką uzbierały się zatem miliardy faktur. Ponoć rozliczenia kilku nie dopilnowałem. Miałem też rzekomo za pieniądze Orlenu fundować sobie i innym prywatne wyjazdy zagraniczne, tymczasem wszystkie kwestionowane wyjazdy miały wyłącznie charakter służbowy.

Nie ma pan nic sobie do zarzucenia w sprawie Verva Street Racing?

Absolutnie nic. Stworzyliśmy fantastyczną imprezę na światowym poziomie, dla 60 tys. osób, na Stadionie Narodowym. Zarzut nieprawidłowego rozliczenia faktury przez prezesa grupy, która ma 100 spółek, zatrudnia 22 tys. osób i każdego dnia obraca milionami faktur, dla każdego, kto choć trochę zna realia biznesowe, brzmi niedorzecznie.

Może jednak zawiódł kontroling?

Przez wszystkie lata Orlen był nagradzany za wzorowy ład korporacyjny, w tym m.in. za kontroling wewnętrzny. Uchodziliśmy za wzór do naśladowania. Stawianie takich zarzutów wynika więc albo z niewiedzy, jak funkcjonuje taka spółka jak Orlen, albo po prostu ze zlecenia politycznego. A prawdopodobnie jest kombinacją obu tych czynników.

Szybkie sprawdzenie w internecie i wychodzi, że prokurator, który postawił panu zarzuty, w kampanii aktywnie wspierał PiS.

Nie przeglądałem internetu pod tym kątem, ale jeśli tak jest, to nie byłbym zdziwiony, zwłaszcza że jego bezstronność budzi moje poważne zastrzeżenia. Prokuratura staje się dziś ramieniem zbrojnym walki politycznej. Nie liczą się racje, tylko zapotrzebowanie polityczne. Ludzie niewinni stają się ofiarami bezzasadnych zarzutów, a inni — mimo podstaw do ich ścigania — pozostają bezkarni. Prokuratura zapewniła sobie przywileje, które ułatwiają jej działanie niemerytoryczne bez żadnych negatywnych konsekwencji. Trudno przy tym założyć, że następcy łatwo zrezygnują z tych przywilejów.

Nie jest pan jedynym menedżerem państwowej spółki, który w ostatnich miesiącach usłyszał zarzuty.

Traktuję to jako część szerszej operacji, której celem jest próba aresztowania byłych menedżerów państwowych spółek na podstawie fikcyjnych zarzutów. Zwykle są to zarzuty pozbawione sensu. Oczywiście ostatecznie ocenią je sądy, w których niezawisłość mocno wierzę. Próba wygrywania wyborów kolejnymi aresztowaniami przyniesie opłakane skutki. Po pierwsze, niszczy ludziom życie. Po drugie, zapewne skończy się roszczeniami o zadośćuczynienie za bezpodstawne oskarżenia. Sprawy trafią do Strasburga i będą dużo kosztowały państwo.

Kto w takich warunkach będzie chciał zarządzać państwowymi spółkami?

Na pewno nie ludzie wybitni, kompetentni i niezaangażowani politycznie. Jeśli dodamy do tego ograniczenie zarobków, to państwowe spółki staną się mało atrakcyjne dla wykształconych, doświadczonych menedżerów. Zresztą dzieje się to już dziś — największymi spółkami zarządzają ludzie bez doświadczenia i przygotowania merytorycznego. Prywatny biznes płaci znacznie lepiej i nie dostarcza takiego ryzyka.

Jak zatrzymanie wpłynęło na pana życie?

Postawiło je na głowie. Odchodziłem z Orlenu na pokojowych warunkach. Przyszedłem do ministra Jackiewicza, przedstawiłem 30-stronicowy raport podsumowujący sytuację spółki i oznajmiłem, że moja misja się skończyła. Minister mnie pochwalił i rozstaliśmy się w dobrej atmosferze. Wyprowadziłem się z żoną do Pragi, tam urodziło nam się dziecko. Założyłem firmę doradczą. Po zatrzymaniu dostałem zakaz opuszczania kraju, więc wszystko się rozsypało — z dnia na dzień zostałem pozbawiony możliwości prowadzenia firmy w Czechach, a status podejrzanego praktycznie pozbawił mnie szans na zdobycie zatrudnienia w Polsce. Raz w tygodniu muszę stawiać się w komisariacie policji. Orzeczono wobec mnie nieproporcjonalnie wysoką kaucję.

We wrześniu został pan ponownie zatrzymany i usłyszał nowe zarzuty…

Równie absurdalne jak te z lutego. Postawione w dniu, w którym ruszała kampania PiS-u „cysterny wstydu” związana z wyłudzeniami VAT w sektorze paliwowym. Na 10 rano zwołano konferencję prasową inaugurującą tę kampanię, a parę godzin wcześniej mnie zatrzymano. Nie sądzę, aby zbieżność tych wydarzeń była przypadkowa. Jeden z wysokich urzędników państwowych komentujących moje zatrzymanie i nowe zarzuty w skandalicznym, atakującym mnie i moją rodzinę programie wyemitowanym przez telewizję publiczną, kłamliwie zarzucił mi bierność w walce z przestępstwami vatowskimi, podczas gdy bardzo łatwo sprawdzić, że wielokrotnie wskazywaliśmy na ten przestępczy proceder służbom specjalnym oraz urzędnikom Ministerstwa Finansów. Drugie zatrzymanie oraz nowe zarzuty odbieram jako element kampanii wyborczej partii rządzącej, a program TVP jako paskudną manipulację w najlepszym sowieckim stylu. Moje zatrzymania traktuję jako szykany i nękanie bez żadnego merytorycznego uzasadnienia. Jedynym ich celem jest zemsta na środowisku związanym z politycznymi oponentami. Moje zastrzeżenia budzi też sposób kierunkowego przesłuchiwania świadków przez CBA. Nie dam się zastraszyć. Jestem niewinny. Będę bronił prawdy i mojego dobrego imienia. Mogą mnie zatrzymywać jeszcze dziesięć razy. Przemocy instytucjonalnej nie zamienią na argumenty merytoryczne. Jestem gotów stanąć przed sądem w każdej chwili, im prędzej, tym lepiej, gdyż dzisiaj ze względu na toczące się postępowanie i tajemnicę śledztwa nie mogę nawet się bronić.

Żałuje pan, że przyjął propozycję zostania prezesem Orlenu?

Nie, to był wspaniały, twórczy czas dla nas — zarządzających, ale też dla spółki, o czym świadczą fakty i liczby. Mieliśmy szansę wykorzystać kompetencje i odbudować pozycję spółki. Zastaliśmy ją w dramatycznej sytuacji finansowej: miała 14 mld zł zadłużenia, a dług do kapitału sięgał 70 proc. W 2008 r. wybuchł kryzys finansowy, a Orlen przez nietrafione inwestycje w przeszłości, głównie w Możejki, znalazł się na skraju bankructwa. Udało się go uniknąć, a potem przeprowadzić program inwestycyjny wartości 4 mld zł rocznie. W sumie za mojej kadencji Orlen zainwestował 30 mld zł. Udało się znacznie zwiększyć bezpieczeństwo energetyczne Polski — uruchomiliśmy bloki energetyczne w Płocku i Włocławku oraz zainwestowaliśmy w wydobycie ropy i gazu. Jako pierwsi wyeliminowaliśmy pośredników z obrotu ropą, kontraktując bezpośrednio u producentów, a także zaczęliśmy rozmowy z Arabią Saudyjską i Iranem w sprawie dostaw. To my je zaczęliśmy, a nie nasi następcy. Długo mógłbym mówić o naszych dokonaniach, ale niech liczby i fakty same się bronią. Gdy odchodziłem, zadłużenie wynosiło tylko 1 mld zł, co oznaczało spadek o 13 mld zł w porównaniu z 2008 r. mimo przeprowadzenia gigantycznego, największego w historii Orlenu programu inwestycyjnego. W okresie mojej prezesury kapitalizacja spółki wzrosła z 13 do 28 mld zł, z czego skarbowi państwa przypadło ponad 4 mld zł, a zysk powiększony o amortyzację wzrósł rocznie o 5 mld zł — z 2,7 w 2008 r. do 7,7 mld zł w 2015 r. Wygrywaliśmy wszelkie możliwe plebiscyty oceniające ład korporacyjny i relacje z inwestorami. Jako jedyna polska firma byliśmy w globalnym rankingu etycznych firm. Nie żałuję tych 7,5 roku spędzonych w Orlenie, bo to nie Orlen jest winien mojej obecnej sytuacji, tylko konkretni ludzie. Nawet nie państwo, ale ludzie, bo trudno winić państwo za decyzje pojedynczych osób działających z politycznych pobudek.

Jest pan dumny z inwestycji, ale za chwilę może się okazać, że ktoś zakwestionuje zakup złóż, tak jak w przypadku zakupu złóż miedzi w Chile przez KGHM.

Trudno mi mówić o inwestycjach KGHM, gdyż ich nie znam, natomiast inwestycje Orlenu w złoża ropy i gazu bronią się pod każdym względem. Wynikały z przyjętej strategii długoterminowej, zatwierdzonej przez właścicieli reprezentowanych przez radę nadzorczą. Miały na celu zdywersyfikowanie działalności Orlenu i uchronienie go przed skutkami kryzysów globalnych, takich jak ten w latach 2007-08, który niemalże doprowadził spółkę do bankructwa. Brak upstreamu powodował bowiem uzależnienie koncernu od wyników na przerobie ropy naftowej i ograniczał potencjalne zyski. Aby ograniczyć ryzyko polityczne związane z prowadzeniem działalności wydobywczej, do inwestycji wytypowane zostały wyłącz nie bezpieczne, stabilne politycznie rynki. Wszystkie inwestycje — dla przejrzystości rozliczeń — dokonane były przez specjalnie do tego celu utworzoną spółkę zależną Orlen Upstream, a nie przez sam PKN Orlen. Zrealizowane zostały w ramach zatwierdzonych wcześniej budżetów oraz według obowiązujących procedur, a wyceny aktywów poprzedzone zostały licznymi badaniami w obszarach geologii, finansów, podatków, prawa i potwierdzone opiniami niezależnych renomowanych ekspertów zewnętrznych. Ekonomikę inwestycji w surowce zawsze należy rozpatrywać w perspektywie długoterminowej, analizując co najmniej horyzont kilkudziesięcioletni, i brać pod uwagę cały portfel aktywów z uwagi na duże rynkowe wahania cen surowców, wynikające z cykli koniunkturalnych, a także zdarzeń politycznych. Zresztą również wycena aktywów wydobywczych w księgach Orlenu, a także kolejne inwestycje w upstream w ostatnich latach potwierdzają zasadność działań dokonanych za moich czasów.

Jak się pan czuje z takim „podziękowaniem” od państwa?

Nie tak państwo dziękuje menedżerom w cywilizowanych krajach. W zachodniej Europie czy USA doświadczenie takich ludzi jak ja wykorzystuje się także po zmianie władzy. W Polsce natomiast nie dość, że musiałem wyjechać, bo tu żadna poważna propozycja zawodowa mnie nie czekała, to jeszcze po kilku latach zakuto mnie w kajdanki.

Słyszałem opinie, że jeśli po czterech latach wewnętrznego audytu za okres ośmiu lat zarzuca się panu tylko tyle, to jest dla pana najlepsza laurka…

To tylko dowodzi, że są to czysto polityczne zarzuty na polityczne zamówienie. Trafiło na mnie, bo kojarzę się z poprzednią ekipą polityczną.

Uchodził pan za menedżera bliskiego Donaldowi Tuskowi…

Poznałem go dopiero po tym, jak zostałem prezesem Orlenu. Po ukończeniu studiów ekonomicznych pracowałem wyłącznie w prywatnych przedsiębiorstwach, najpierw w największych globalnych firmach zajmujących się konsultingiem: Ernst & Young (dzisiaj EY) oraz Price Waterhouse (dzisiaj PWC), a następnie w japońskim banku inwestycyjnym Nomura w Londynie. Byłem prezesem w trzech spółkach notowanych na warszawskiej giełdzie: Impexmetalu, Elektrimie oraz Actionie. Zmierzam do tego, że miałem kompetencje do kierowania spółką, nie wszedłem do niej z politycznego nadania, tak jak dzieje się to dzisiaj. Tym bardziej boli fakt wykorzystania mnie do brudnej politycznej rozgrywki. Stałem się ofiarą zemsty na premierze Tusku w imię strategii „jak nie da się zaszkodzić Tuskowi, to napiętnujmy ludzi, których można z nim skojarzyć”. W trakcie mojej prezesury siłą rzeczy spotykałem się z premierem, bo Orlen to strategiczna firma. Już na pierwszym spotkaniu usłyszałem jednak, że jakiekolwiek naciski od osób z PO na zatrudnianie kogoś czy zawieranie umów mam do niego raportować. Zastosowałem się, co w oczywisty sposób przysporzyło mi wrogów w tzw. zapleczu politycznym.

Czyli były próby?

Tak, ale ucinałem je szybko.

Nie zatrudnił pan żadnego polityka czy członka jego rodziny?

Nie.

Pana następcą został czynny polityk…

Tak, wiele się zmieniło. Za naszych czasów na kluczowych stanowiskach byli menedżerowie z rynkowym doświadczeniem, później szefem logistyki został notariusz, a szefem kontroli i bezpieczeństwa — kierowca. Choć muszę przyznać, że prezes Jasiński nie prowadził firmy źle, nie dokonał czystki, docenił to, co robiliśmy, kontynuując działania dobre dla spółki.

Za to podobno wyleciał — był „za miękki”.

Tego nie wiem, doceniam jednak to, co zrobił. Łatwo można porównać doświadczenie i kompetencje menedżerów wtedy i teraz.

Jednak to za pana czasów do zarządu został powołany Igor Ostachowicz, były bliski współpracownik Donalda Tuska.

Wszystko, co się działo wokół tej nominacji, dziś wygląda groteskowo. Igor Ostachowicz — mimo posiadanych kompetencji i doświadczenia pracy na kierowniczych stanowiskach w dużych podmiotach gospodarczych — zanim zaczął, to skończył pracę w Orlenie. Został odwołany, gdyż jego nominacja została oceniona negatywnie jako rzekomo niezgodna z zasadami etyki. Dziś takich refleksji i zahamowań nie widać. Wszędzie szerzy się nepotyzm i kumoterstwo.

Pan jadał słynne obiady z ministrem Grasiem w restauracji Sowa i Przyjaciele?

Nie da się pracować w państwowej spółce i unikać polityków. Trzeba się z nimi spotykać, bo rzeczy do przedyskutowania między szefem strategicznej spółki a osobami z rządu jest bardzo dużo. W przypadku działań zewnętrznych, gdzie reprezentuje się Polskę, konsultacje z politykami są konieczne i zasadne.

Z politykami PiS też pan utrzymywał kontakty?

Z nielicznymi. Najczęściej z prezydentem Lechem Kaczyńskim. Rozmawialiśmy o bieżącej sytuacji gospodarczej, o kondycji Orlenu i oczywiście o inwestycji w Możejki, której prezydent był wielkim orędownikiem. O to się spieraliśmy, ale on twierdził, że ze względów politycznych to dla nas bardzo ważne. Doceniał to, co robiłem w Orlenie. Rozmowy dotyczyły nie tylko biznesu. Niejednokrotnie przez wiele godzin rozmawialiśmy o sytuacji w Polsce i na świecie. Był otwarty na różne środowiska, ciekawy świata. Znakomicie znał się na sporcie — potrafił z pamięci wymieniać lekkoatletyczne rekordy i nazwiska medalistów. Jestem pewien, że to, co teraz dzieje się w Polsce, by mu się nie podobało.

Czy prezydent poprosił pana o coś?

Niech to pozostanie moją tajemnicą.

W obecnych czasach takie spotkania pewnie zostałyby nagrane…

Brzydzę się takimi metodami i ludźmi, którzy je stosują.

Zastanawiam się, co czują obecni szefowie państwowych spółek…

Doszły do mnie sygnały, że są zaniepokojeni, bo przecież każdego dnia muszą podpisywać umowy czy podejmować decyzje i zastanawiają się, co ich czeka po zmianie władzy.

Trudno pracuje się w państwowej spółce?

Bardzo trudno, bo trzeba pogodzić oczekiwania inwestorów, których interesują zyski, oraz interesy skarbu państwa, któremu zależy głównie na bezpieczeństwie energetycznym. Balansowanie między tymi grupami interesów jest trudne. My przywiązywaliśmy ogromną wagę do relacji z inwestorami i za to dostawaliśmy liczne nagrody, w tym m.in. w rankingu Giełdowa Spółka Roku „Pulsu Biznesu”, co jak na państwową spółkę nie jest oczywiste. Jednocześnie dbaliśmy o zwiększenie bezpieczeństwa energetycznego państwa, robiąc to tak, by nie niszczyć wartości spółki.

Minister Tchórzewski mówił wprost, że opinia inwestorów nie ma dla niego znaczenia, bo liczy się interes państwa.

To są spółki giełdowe. Jeśli państwo zdecydowało się sprzedać akcje zagranicznymfunduszom czy polskim inwestorom, to powinno ich szanować i przestrzegać reguł rynku kapitałowego. 73 proc. akcji Orlenu należy do inwestorów prywatnych. Stwierdzenie, że ich interes jest nieważny, jest — delikatnie mówiąc — niemądre.

Paweł Olechnowicz, były prezes Lotosu, w wywiadzie dla „DGP” mówił, że usłyszał zarzuty, bo podpadł władzy krytyką fuzji Lotosu z Orlenem. Czym pan podpadł? Krytyką dokonanej przez poprzedni rząd PiS inwestycji w Możejkach?

Rafineria traciła pieniądze. To, że dziś zarabia, wynika z koniunktury i ceny ropy, ale nie zmienia to mojej oceny transakcji. Liczne analizy wskazują, że to najmniej efektywna rafineria w basenie Morza Bałtyckiego, a kosztowała Orlen bardzo dużo. Krytyczna ocena inwestycji nie zmienia faktu, że robiłem, co mogłem, by ratować Możejki. Mimo to audytor kazał nam odpisać ponad 8 mld zł wartości Możejek w księgach, w pełni podzielając naszą opinię co do nietrafności tej inwestycji. Dziś zapewne osoby odpowiedzialne za ten zakup zostałyby zatrzymane i usłyszały zarzuty, my jednak uznaliśmy, że decyzja mieści się w granicach ryzyka biznesowego i nie próbowaliśmy uruchamiać postępowania karnego przeciwko naszym poprzednikom. Czym podpadłem? Myślę, że ktoś wyciągnął niewłaściwe wnioski z odsłuchiwania nagrań zarejestrowanych w restauracji Sowa i Przyjaciele, gdzie krytycznie wypowiadałem się o niektórych politykach PiS.

W tym samym wywiadzie Paweł Olechnowicz mówił, że próbowano go otruć. Panu też coś groziło?

Funkcjonowanie w takiej spółce to ryzyko — ma się dużo wrogów na różnych frontach. Kiedy w Płocku zaczęliśmy porządkować umowy z firmami usługowymi, ABW poinformowała mnie o groźbach i poradziła wynajęcie ochrony. Innego dnia okazało się, że biuro jest podsłuchiwane przez laserowe podsłuchy rosyjskie. Skąd wiem, że rosyjskie? Amerykańska aparatura ich nie wykryła, ale rosyjska owszem.

Zakończmy rozmowę czymś miłym. Oglądał pan lekkoatletyczne mistrzostwa świata w Dosze? Nawet pana krytycy przyznają, że to dzięki pana decyzji o sponsorowaniu tej dyscypliny jesteśmy dziś potęgą.

Oczywiście, że oglądałem. Kibicuję lekkoatletom z całego serca i jestem dumny, że mogłem dołożyć cegiełkę do ich sukcesu. Tak samo zresztą jak do sukcesów siatkarzy, gdyż to również za moich czasów została zainicjowana współpraca polskiej siatkówki z Orlenem. Uważam, że aktywność sportowa jest bardzo ważna nie tylko w życiu prywatnym, ale też w życiu społecznym. Sukcesy polskich sportowców budują markę Polski w świecie, a w Polakach wzmacniają poczucie wspólnoty i dumy w własnego kraju. Sam całe życie staram się aktywnie trenować. Biegać już nie mogę z powodu uszkodzonych łąkotek. Obecnie moją pasją jest kolarstwo, a jak coś robię, to staram się to robić jak najlepiej. W tym roku reprezentowałem Polskę na Mistrzostwach Świata Masters w Poznaniu, a w Tour de Pologne dla Amatorów zająłem 4. miejsce w swojej kategorii wiekowej. W klasyfikacji open, mimo że mam już 52 lata, byłem 104. na ponad 2600 uczestników. Sport daje mi radość. Nie wyobrażam sobie życia bez niego.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Rozmawiał: Grzegorz Nawacki

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy