Jesteśmy gotowi na większe ryzyko

Agnieszka Berger
27-09-2010, 00:00

Kulczyk nie musi już zarabiać pieniędzy — mówi jego prawa ręka. I namawia rząd: dajcie nam szansę!

Dariusz Mioduski, prezes Kulczyk Investments, opowiada o budowie pierwszej prywatnej dużej, polskiej grupy energetycznej

Kulczyk nie musi już zarabiać pieniędzy — mówi jego prawa ręka. I namawia rząd: dajcie nam szansę!

"PB": Na rynku panuje przekonanie, że inwestycje, które zapowiada Kulczyk Investments (KI), to, mówiąc kolokwialnie, pic na wodę. Wiele osób uważa, że tak naprawdę niczego w Polsce nie zbudujecie. Zrealizujecie najwyżej projekt na Białorusi i być może podepniecie się pod projekt atomowy w Kaliningradzie, z harmonogramem o 4 lata krótszym od polskiego, i stamtąd będziecie przesyłać do Polski tanią energię. Minister skarbu też jest nieufny.

Dariusz Mioduski: Myślę, że coraz mniej. Przy okazji oferty na Eneę zobaczy, co naprawdę robimy i jaki jest stan zaawansowania naszych projektów. Wtedy zrozumie, że budujemy pierwszą prywatną, polską, dużą grupę energetyczną, która będzie z powodzeniem rywalizowała z innymi i to nie tylko w Polsce.

"PB": Opowiadać o planach jest łatwo…

DM: Na samo przygotowanie inwestycji w Pelplinie wydaliśmy już kilkadziesiąt milionów złotych. Tyle pochłonęły ekspertyzy, ziemia, projekty. Kilkanaście osób pracuje nad tym od dwóch lat, a to tylko jeden z wielu projektów.

"PB": Nie zniechęciła was obecność Vattenfalla w tak bliskim sąsiedztwie?

DM:Przeciwnie. Uznaliśmy to za potwierdzenie, że wybraliśmy dobry punkt. Wiedzieliśmy, że słabością konkurentów jest położenie ich lokalizacji w sąsiedztwie trzech obszarów objętych programem Natura 2000 i w strefie chronionego krajobrazu. Więc to, o czym mówi burmistrz Gniewu, że bliskość Wisły zapewnia większą efektywność inwestycji Szwedów, bo umożliwia chłodzenie w otwartym obiegu, w praktyce jest przyczyną kłopotów Vattenfalla z uzyskaniem decyzji środowiskowej. Co z tego, że coś jest bardziej efektywne, jeśli można to zrobić wyłącznie na papierze? Kiedy przyszliśmy z naszym projektem, urzędnicy odetchnęli z ulgą, że ktoś chce wybudować elektrownię — tak potrzebną na Pomorzu — która nie kłóci się z regulacjami ekologicznymi, choć ma być zasilana węglem.

"PB": Elektrownia w Pelplinie powstanie niezależnie od tego, czy KI dostanie Eneę?

DM: Nawet gdyby z Eneą nam nie wyszło, będziemy kontynuować plan budowania grupy energetycznej, której fundamentem będą dobre aktywa wytwórcze i sprawna organizacja handlowa. Każdy z naszych projektów — w Pelplinie, na Białorusi, w Gdańsku i kilka innych inwestycji gazowych — musi bronić się sam, niezależnie od tego, czy uda się jeszcze coś kupić. Jeśli uda nam się przejąć Eneę, wszystkie projekty zostaną włączone w jej strukturę. Podpisujemy się również pod planami inwestycyjnymi Enei. Jesteśmy zdecydowani na budowę nowych bloków w Kozienicach. Nie ma powodu, żebyśmy za 10 lat nie mieli w grupie 10 tys. MW mocy wytwórczych.

"PB": Może poza tym jednym, że skądś trzeba wziąć na to pieniądze. 10 tys. MW brzmi co najmniej jak bardzo ambitny plan.

DM: Trzeba zacząć od zmiany podejścia. To jest właśnie problem dużych grup energetycznych. One myślą, że wszystkie inwestycje sfinansują na bazie bilansu. A tego nie da się zrobić. Nie da się w ten sposób nawet odtworzyć wszystkich mocy energetycznych w Polsce, nie mówiąc już o zwiększeniu potencjału wytwórczego. Konieczny jest powrót to formuły zbliżonej do project finance. Nie będzie to oczywiście powrót do sztywnych kontraktów długoterminowych na 20 lat, ale nieco zbliżona formuła, w której obecnie jesteśmy pionierem. Pracujemy już nad tym z bankami. Tylko że to nie będzie taki project finance jak dawniej, kiedy wykładało się 10 proc. własnej gotówki. Myślę, że w grę może wchodzić nawet 30 proc.

"PB": I te 30 proc. da Jan Kulczyk?

DM: Jest na to gotowy, chociaż przypuszczam, że na pewnym etapie zaawansowania pojawią się — tak jak w przypadku Energi czy Enei — partnerzy finansowi, którzy będą chcieli robić to z nami. Zawsze jesteśmy skłonni podzielić się dobrym projektem z dobrymi partnerami. Zależy nam tylko na kontroli. Działamy jak typowy inwestor branżowy.

"PB": Zapowiadacie pomorski projekt jako pewny. Tymczasem Vattenfall mówi, że w świetle ryzyka związanego z CO2 i przy obecnym poziomie cen energii w Polsce takie przedsięwzięcie na siebie nie zarobi. Im się nie opłaca, a wam tak?

DM: Musimy być inni niż pozostali. Bo jeśli będziemy robić to samo co Vattenfall czy E.ON, to nie mamy szans z nimi konkurować. Przewyższają nas pod każdym względem. Dlatego musimy być gotowi na większe ryzyko. Ja po prostu wierzę, że to będzie się opłacać. To wynika z modeli finansowych. Oczywiście rentowność nie jest wysoka, ale osiąga minimalny poziom, który jest dla nas do zaakceptowania.

"PB": Pańska wiara może nie wystarczyć. Trzeba jeszcze przekonać banki. Jeśli się nie uda, rozłożycie ręce i powiecie: wierzyliśmy, zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy, ale nie wyszło.

DM: Rok temu odbywałem podobne dyskusje w sprawie zamknięcia finansowania budowy A2. Wszyscy mówili, że jest kryzys i nie ma mowy, żeby uzyskać od banków jakiekolwiek pieniądze. A później mieliśmy kolejkę banków, które chciały nas finansować. To był najgorszy moment światowego kryzysu, a my zostaliśmy największym prywatnym kredytobiorcą Europejskiego Banku Inwestycyjnego. Bo pokazaliśmy, że ten projekt ma sens, że potrafimy to zrobić i wykładamy własne pieniądze. Ja wiem, że w 2015, 2016 r. Polska będzie miała problem z deficytem energii. Jeśli podejmę ryzyko budowy elektrowni i coś pójdzie nie tak, przegram, ale jeżeli się uda, będę jednym z pierwszych, który dostarczy produkt poszukiwany na rynku.

"PB": Na Eneę też macie finansowanie?

DM: Tak. Mamy też bardzo dobrych partnerów finansowych, których nazwy na razie nie mogę ujawnić.

"PB": Z partnerami finansowymi różnie bywa. Przy zakupie Energi miał was wspierać Goldman Sachs (GS), ale wycofał się przed złożeniem oferty wiążącej.

DM: Fundusze zarządzane przez GS były bardzo zdeterminowane, żeby wejść z nami w ten projekt. Mieliśmy wszystko podpisane, a decyzje były podjęte. Dlatego nie szukaliśmy już pieniędzy na rynku. Niestety, problemy GS w USA zbiegły się niemal idealnie z tym przetargiem. Nie mogli zdecydować o wyłożeniu takich pieniędzy, nie wiedząc, czy nadal będą mogli zarządzać funduszami, o co toczyła się wtedy ostra walka w amerykańskim Kongresie.

DM: Prowadziliśmy nawet rozmowy z kilkoma potencjalnymi partnerami, tylko że przetarg na Energę potoczył się według z góry ustalonego scenariusza. Tak jak się tego spodziewaliśmy. Chcieliśmy być jednak drugim polskim podmiotem, który będzie miał szansę, jeśli Polska Grupa Energetyczna (PGE) z jakichś powodów nie uzyska zgody Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Uważam, że jeśli do prywatyzacji przystępuje rodzimy kapitał, to powinien być traktowany po partnersku, czyli jedynym kryterium wyboru inwestora nie może być cena, ale długofalowy plan budowy wartości firmy. A najgorsza rzecz, jaka może się zdarzyć, to sprzedawanie takich aktywów innemu państwu.

"PB": Uważa pan, że polskich inwestorów należy preferować, nawet jeśli nie płacą najwięcej?

DM: Jesteśmy w Unii Europejskiej i nie ma możliwości, żeby tak robić. Ale jakoś inni znajdują metody, żeby promować rodzimy kapitał…

"PB": …i pogonić PGE z Niemiec…

DM: No właśnie, czyli da się to zrobić. Rozumiemy, że minister skarbu chce osiągnąć najwyższą cenę i akceptujemy takie reguły gry. Powtórzę jednak, że jest błędem stosowanie ceny jako jedynego kryterium w procesie prywatyzacji, szczególnie tego typu spółek. Bo nie ma takiej możliwości, żeby polski prywatny inwestor mógł konkurować pod tym względem z państwem francuskim, hiszpańskim czy włoskim.

"PB": Ale te firmy chyba też starają się racjonalnie wydawać pieniądze…

DM: Myślę, że ten obraz jest bardziej złożony. To państwowe firmy, które często realizują interesy polityczne.

"PB": Czyli Francuzi nie przebili PGE w przetargu na Energę, bo taki był układ z ministrem skarbu? Energa dla PGE, Enea i atom dla EDF?

DM: Tego nie wiem, ale podejrzewam, że zrozumieli, że rząd chce sprzedać Energę polskiej firmie i uznali, że lepiej od razu ustawić się w kolejce po Eneę. Szkoda czasu i pieniędzy.

"PB": Wydaje się, że PGE zawsze mogło dać złotówkę więcej…

DM: …podobnie jak EDF będzie w stanie dać złotówkę więcej niż my za Eneę.

"PB": Pytanie, czy to faktycznie będzie złotówka, czy różnica w cenie będzie duża.

DM: Na końcu będzie złotówka. My jesteśmy inwestorem prywatnym i bardzo łatwo w naszym przypadku ocenić, ile możemy zapłacić za Eneę.

"PB": Co w takim razie, jeśli nie wyłącznie cenę, minister skarbu powinien jeszcze brać pod uwagę?

DM: To, co będzie "dzień po".

"PB": Ale tego nikt nie zagwarantuje. Możecie zarysować jakąś wizję, która albo się ziści, albo nie. To sprzedawanie kota w worku.

DM: To prawda, ale jeśli mamy do czynienia z rodzimym inwestorem, który tu zainwestował swój kapitał, to szanse, że będzie rozwijał tutejszy biznes, są większe.

"PB": Problem z rodzimym kapitałem jest taki, że nie ma z czego wybierać.

DM: Właściciel Kulczyk Investments naprawdę nie musi już zarabiać pieniędzy. Ma natomiast plan budowy silnej, polskiej, prywatnej grupy energetycznej, która może odegrać znaczącą rolę nie tylko w Polsce, ale również w regionie. Myśli długofalowo i ryzykuje własnym kapitałem.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Agnieszka Berger

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Jesteśmy gotowi na większe ryzyko