Odlewnia Żeliwa Wulkan to jedna z niewielu naszych Gazel, których historia sięga dziewiętnastego wieku.
— Wyjątkowa także pod tym względem, że od 111 lat niemal nieprzerwanie leje się tu żeliwo i pot. To stary biznes, wysokonakładowy. Dziś mało kogo byłoby stać na stworzenie podobnej fabryki od podstaw — stwierdza Janusz Zatoń, prezes Wulkanu.
Odlewnia położona jest przy jednej z mniej uczęszczanych ulic, ale w centrum Częstochowy. O tym, że działa tu przemysł ciężki, można się dowiedzieć wyłącznie z szyldu na budynku biurowym. Nie ma charakterystycznych dymiących kominów.
Moździerze i granaty
W rogu gabinetu prezesa stoi monitor, na którym widać, co się dzieje na hali odlewniczej.
— Podglądam tu permanentną zmianę skupienia żelaza — śmieje się Janusz Zatoń.
Szef Wulkanu dumny jest z ponadwiekowej historii zakładu. Na honorowym miejscu przechowuje moździerz kuchenny z końca XIX wieku, jeden z pierwszych wyrobów Litiejnogo i Emalirowannogo Zawoda Wulkan (Odlewni Żelaza i Emalierni Wulkan).
Fabryka powstała w październiku 1894 r. jako jedna z wielu w dynamicznie rozwijającej się wówczas Częstochowie. Początkowo trzon produkcji stanowiły naczynia emaliowane, rury zlewowe, syfony, piecyki i żelazka na dusze.
Przed I wojną światową zatrudnienie wynosiło prawie 450 pracowników.
— Trudno powiedzieć, co działo się z odlewnią między końcem I wojny, a rokiem 1930 — mówi Janusz Zatoń.
Prawdopodobnie kryzys gos- podarczy, który dotknął II Rzeczpospolitą, spowodował przer- wę w pracy fabryki. Pewne jest, że produkcję odlewniczą wznowiono w 1930 roku. Tu, gdzie do dziś się pracuje. Dynamicznie się wtedy rozwijała. W 1930 r. kapitał spółki Wulkan wynosił 10 tys. zł, a już sześć lat później 480 tys. zł.
We wrześniu 1939 r. odlewnię przejęli hitlerowcy w związku z zarządzeniem mówiącym, że: „wszystkie formy żydowskie lub przez żydów finansowane przechodzą w ręce władz okupacyjnych”. Fabryka wytwarzała produkty głównie dla przemysłu zbrojeniowego, m.in. granaty lotnicze. W kronikach zakładu zanotowano wzmiankę o dywersji, jaką prowadziła załoga związana z polskim ruchem oporu — m.in. wysadzono piec żeliwiaka. Winnych tej akcji wytropiło gestapo i najprawdopodobniej 13 pracowników Wulkanu zginęło z rąk niemieckich.
Kule i cylpepsy
Powojenne losy odlewni to odbudowa i działania w scentralizowanym systemie PRL.
Najpierw włączono Wulkan do Centralnego Zarządu Odlewnictwa w Radomiu, później stał się jednym z zakładów nieistniejącej już Huty Blachownia, następnie kuratelę przejął Centralny Urząd Szkolenia Zawodowego, a po nim Centralny Zarząd Przemysłu Okuć. Nikt nie dbał o zakład. Brak było gospodarskiej ręki. Projekty zmian i rozbudowy firmy, która znajdowała się w opłakanym stanie, powstały dopiero pod koniec lat 60.
W historię przedsiębiorstwa wpisało się mnóstwo anegdot, które znakomicie oddają atmosferę minionych lat.
— Kiedyś pracował tu Kubańczyk Manuel Portal Suarez. Pewnego razu na naradzie dyrektor zagadnął kadrowca, ilu jest pracowników. Ten stwierdził, że 453. Dyrektor wiedział o 451. Sprawdził więc i — jak się okazało — na liście płac byli: Manuel Portal Suarez, Portal Suarez Manuel oraz Suarez Portal Manuel. Partyjny kadrowiec nie bardzo wiedział, jak egzotyczny pracownik ma na imię, więc znalazł niezwykłe rozwiązanie problemu — opowiada prezes.
Lata siedemdziesiąte to czas dużych zmian w zakładzie. Powstają nowe hale, zmienia się park maszyn. Odlewnia stała się jedną z najnowocześniejszych w Polsce.
— Na niewiele się to zdało. Brakowało urządzeń do produkcji rdzeni i to, co wytwarzano, było za proste jak na poniesione nakłady. Mieliśmy światową technologię, a głównie powstawały tu korpusy kłódek, klucze do zamków oraz kule i cylpepsy — rodzaj walców do młynów czy kruszarek budowlanych — wyjaśnia Janusz Zatoń.
W takim stanie Wulkan dotrwał lat 90. Czas zmian nie był łaskawy dla zakładu. Obwołano go trucicielem środowiska. Gazety biły na alarm: „Życie pod wulkanem”, „Etna przy Tartakowej”. Kasa firmy świeciła pustkami, a produkcja nie odpowiadała rodzącej się gospodarce rynkowej.
— W 1991 roku wygrałem konkurs na dyrektora odlewni. Przyszedłem do Wulkanu z Huty Blachownia, gdzie byłem dyrektorem technicznym. Moja praca to pasja, a nie tylko robienie pieniędzy. Choć przecież pieniędzmi się nie gardzi — zastrzega się prezes.
Siła w narodzie
Swojej pasji i pomocy ze strony dużej części załogi Janusz Zatoń przypisuje zwrot w sytuacji zakładu. W kilka lat stworzył pierwszą w Polsce „zieloną odlewnię” mającą suche odpylanie. W 1994 r. firmę przejęła spółka pracownicza.
— Na zakup odlewni złożyło się 346 osób. Na akcjonariusza przypadało do zapłaty 265 dolarów, co wówczas było równe dwóm średnim miesięcznym wynagrodzeniom. Długo by opisywać, w jaki sposób zdobywaliśmy pieniądze na dokapitalizowanie, na spełnienie wymogów Ministerstwa Przekształceń Własnościowych itd. Dość, że przez kilka kolejnych lat „dojrzewaliśmy”. Zmieniło się wielu akcjonariuszy. Dzisiejszą prosperity zakład zawdzięcza temu przekształceniu — uważa prezes Zatoń.
Wśród mistrzów
Odlewnia konkuruje dziś z najlepszymi firmami z Azji i Europy. Eksport wynosi prawie 70 proc. produkcji. Niewiele jest na świecie miejsc, gdzie nie trafiają wyroby z częstochowskiej odlewni.
— Mamy w ofercie prawie tysiąc wyrobów. Wymienię tylko część: dla budownictwa — zawory, pompy, kształtki, rury kanalizacyjne, dla przemysłu samochodowego — tarcze hamulcowe, pompy wodne, hamulcowe, cylindry, obciążniki drgań. Mało kto z nas zdaje sobie sprawę, że w naszym pięknym samochodzie w wielu miejscach znajdują się takie obciążniki — po to, żeby nasz pojazd odpowiednio zachowywał się na drodze, nie trzeszczał, nie skrzypiał itp. — wyjaśnia szef odlewni.
Hala odlewnicza robi niezwykłe wrażenie. Od miejsca, gdzie przygotowuje się tzw. wsad ze złomu, koksu i innych komponentów, do punktu, w którym na taśmie wyjeżdżają już gotowe produkty, jest zaledwie kilkadziesiąt metrów. Jest mnóstwo pary i panuje prawie tropikalna temperatura, ale fabryka w niczym nie przypomina brudnej huty.
— To obieg życia: złom zamienia się w wyrób, a zużyty wyrób w złom i ponownie trafia do pieca — lakonicznie tłumaczy prezes.
Plany na najbliższe lata? Wzmocnienie pozycji ekonomicznej firmy i wprowadzenie jej na giełdę.
A osobiste?
— Być może po raz czwarty zostanę mistrzem Polski odlewników w tenisie ziemnym — uśmiecha się Janusz Zatoń.



