Premier Donald Tusk wykonał w poniedziałek uderzenie wyprzedzające i wprost z lotniska przechwycił srebrnych siatkarzy, a także zaprosił złotą Aleksandrę Mirosław i innych medalistów na spotkanie w KPRM. Prezydent Andrzej Duda w sobotę z zaskoczenia poleciał do Paryża po siatkarskie złoto, ale jego kibicowanie nic nie dało – wynik 3:0 dla Francji sportowo oczywiście nie miał z tym nic wspólnego. Notabene w Paryżu przebywał 10 sierpnia aż do godziny 22 i mógł się z siatkarzami spotkać osobiście od razu po finale w tzw. Domu Polskim, ale po zaledwie srebro jego majestat się nie pochylił.
Zasłużona chwała dla konkretnych medalistów nie przesłania całościowej wtopy wyprawy na Igrzyska XXXIII Olimpiady. Nie da się zamieść pod dywan bardzo gorzkiej prawdy, że 10 medali – w kolorach 1-4-5 – dało Polsce dopiero… 42. miejsce, czyli najniższe w całych 100-letnich dziejach uczestnictwa w letnich igrzyskach od 1924 r. W pierwszej gorączkowej reakcji Sławomir Nitras, minister sportu i turystyki, zwrócił się do Radosława Piesiewicza, prezesa Polskiego Komitetu Olimpijskiego (PKOl) – a także do sportowych instytucji międzynarodowych – o przekazanie imiennej listy wszystkich osób akredytowanych na igrzyskach w podziale na kategorie. Chodzi o dane szczegółowe, wręcz z… adresami zakwaterowania w Paryżu działaczy, terminami wchodzenia/wychodzenia z wioski olimpijskiej etc. To pokłosie narzekań sportowców z wielu dyscyplin, że zarządy ich związków urządziły sobie za publiczne pieniądze wielką wycieczkę do Paryża, natomiast zabrakło miejsc dla osób sportowcom potrzebnych. Termin 14 sierpnia oczywiście jest niewykonalny, ale generalnie takie szczegółowe, upublicznione rozliczenie wreszcie odsłoniłoby ciemną stronę systemu polskiego sportu.
W pogmatwanym stanie prawnym minister może prezesa o wspomniane dane jedynie uniżenie poprosić. PKOl ustawowo ma pojemny status organizacji pozarządowej, zrzeszającej związki sportowe, inne osoby prawne i jednostki organizacyjne oraz osoby fizyczne. Międzynarodowy Komitet Olimpijski rygorystycznie pilnuje niezależności komitetów narodowych i rozpina nad nimi parasol, zatem jeśli stwierdza zagrożenie, to sportowcom z danego kraju grozi… wykluczenie z igrzysk. W związku z tym rozkręcający się od pierwszych godzin po Paryżu konflikt rozliczeniowy może tylko zaognić sytuację.
Walne zgromadzenie PKOl w 2023 r. definitywnie zamknęło pewną epokę. Olimpijskim władzom kraju od dekad było politycznie najbliżej do szeroko rozumianej lewicy, taka relacja zakonserwowała się jeszcze z czasów PRL. Ponad rok temu prezesem PKOl z ogromną przewagą głosów został prawnik Radosław Piesiewicz, bliski człowiek ówczesnego wicepremiera Jacka Sasina, wpłacający pieniądze na kampanię PiS. Od 2018 r. jest prezesem Polskiego Związku Koszykówki, który rozpoczął realną odbudowę tej dyscypliny. Zarząd PKOl to przede wszystkim zbiór szefów związków sportowych, zaś prezes to jeden z nich, ale z silną władzą. Po wyborze Radosław Piesiewicz zapowiedział skokowe zwiększenie budżetu PKOl. Obietnice złotych gór dla związków, zawodników etc. wymagały wprzęgnięcia do ich realizacji finansowej machiny partii rządzącej, przede wszystkim poprzez spółki skarbu państwa – na czele z Orlenem – oraz wszelkimi innymi sposobami. Niestety, zapowiedział także ustawowe zadbanie o interesy osobiste. Ustawa o sporcie w obecnym brzmieniu kończy w 2026 r. po dwóch kadencjach jego prezesurę koszykarską, zatem w 2027 r. będzie mógł ubiegać się o powtórny wybór na prezesa PKOl, ale już ze znacznie słabszej pozycji. No, chyba że przejmie stery jakiegoś innego związku…
