Od razu 13 listopada ukształtował się front walki, która 14 listopada rozgorzała w Sejmie pierwszą bardzo ostrą awanturą o wybory do Krajowej Rady Sądownictwa. Po jednej stronie frontu znajduje się na razie gmach Sejmu i Senatu, natomiast po drugiej – Kancelaria Prezesa Rady Ministrów oraz Pałac Prezydencki. Marszałek Szymon Hołownia chciałby spotkać się z prezydentem Andrzejem Dudą, ale trudno liczyć, że przyniesie to jakieś konkrety. Prezydent wykonuje rozkazy macierzystej partii i w oparach absurdu już desygnował Mateusza Morawieckiego na nowego premiera, zatem najpóźniej 27 listopada zaprzysięgnie jego gabinet. Skład i tak nie będzie miał jakiegokolwiek znaczenia dla Polski, bo przecież powołana zostanie atrapa. Będzie miała 14 dni na przygotowanie exposé, gotowość osiągnie zapewne dopiero 11 grudnia. Wtedy w głosowaniu Sejmu nad wotum zaufania wreszcie doczeka się symboliczno-politycznego nokautu.
Na razie szok odpiłowana od władzy przeżywa Elżbieta Witek, która nie została nie tylko marszałkinią Sejmu, lecz nawet wice. Największemu klubowi PiS bezwzględnie należy się fotel, ale to przecież wicemarszałek całego Sejmu, a nie prywatny nominat prezesa PiS. Kluby zwykle wzajemnie honorują zgłoszenia kandydatów, ale akurat Elżbieta Witek jest osobiście odpowiedzialna za gnicie parlamentaryzmu w zakończonej kadencji. Największym jej grzechem i kompromitacją było forsowanie nielegalnego trybu głosowania nad ustawami budżetowymi, gdy poprawki dotyczące najróżniejszych spraw łączyła w dwa głosowania – nieliczne autorstwa PiS przechodziły za jednym kliknięciem, a kilkaset opozycyjnych także jednym ruchem odrzucano. Ten gwałt na legislacyjnych kanonach wykluczył sprawczynię z grona prowadzących obrady Sejmu. W 194-osobowym klubie PiS jest wielu potencjalnych wicemarszałków, sprawnych proceduralnie, a zarazem nieumoczonych w czynienie decyzyjnego zła. Najwyższy prezes jednak się zawziął i postawił sprawę: albo Elżbieta Witek, albo nikt. A zatem na razie – nikt.
Była marszałkini Sejmu została zdegradowana zasadnie, natomiast trudno pojąć, czemu taki sam los spotkał Marka Pęka w Senacie. W zakończonej kadencji był tylko wicemarszałkiem i wiele nie nabroił, bo nie miał uprawnień. Na antenie TVP wypowiadał się często absurdalnie, ale na taką ułomność cierpi przecież masa innych parlamentarzystów. Za antenowe głupstwa ukarany został przez komisję etyki, co obecnie przeniosło się na brak poparcia większości Senatu dla jego kandydatury. O ile jednak dla Elżbiety Witek droga jest zamknięta, o tyle wyrok wydany na Marka Pęka tzw. pakt senacki powinien zrewidować i jednak go na wicemarszałka wybrać. Absolutnie nie zmieniłoby to relacji w Senacie, natomiast oburzenie PiS zmniejszyłoby o połowę.

