Kaukaz: Igraszki na Elbrusie

Jarosław Sroka
28-02-2003, 00:00

Facet zaciągnął się zapachem szaszłyków z baraniny, podciągnął spodnie i łagodnie poinformował: „eta nie Polsza, eta Kawkaz. Paszli won!”.

Wiszący na tłustej linie wagonik — model jak na Kasprowym, tyle że czerwony — ani drgnął. Ale my też nie. Za to Rosjanie, głównie z Moskwy, stracili cierpliwość.

— Trzeba go przeprosić, bo nie pojedziemy... — podpowiedział jegomość tulący narty z napisem Polsport.

— W łapę mu nie damy, chcemy do kasy!

— Ale kasa zamknięta! — warknęła jedna ze współpasażerek.

A potem błysnęły jej złote zęby, a nam zaparowały gogle. Żarty się skończyły. Wsunęliśmy więc do kieszeni spodni — kolejny raz podciąganych — plik rubli. Sekundę później czarna lina zesztywniała i poszybowaliśmy w górę, po zboczach Elbrusu — na dach Europy, najwyższej góry Kaukazu.

Wysiadka na stacji pośredniej. Przeszliśmy — po kostki w wodzie — na drugą stronę brudnego budynku, ruble ponownie powędrowały z kieszeni do kieszeni. I znów w górę — na 3500 m n.p.m.

Kolega ma zawroty głowy. Zabrakło mu tchu, a nam punktów orientacyjnych, bo góry schowała mgła. Pytamy o szlak narciarski. Kolega z kieszeniami bez dna pokazuje palcem. Idziemy. Wracamy. Nic nie widać. Pytamy o mapki tras, dostajemy lornetkę. Szukamy nartostrady, znajdujemy tablice ku czci wyzwolicieli. Nasłuchujemy ratraków, a lądujemy w muzeum z eksponatami po wyzwolicielach. Wreszcie spotykamy narciarza z twarzą pod maską z prześcieradła. Ruszamy jego śladem. Tyczek wyznaczających trasy nie dowieźli. Brnęliśmy w śniegu po pas — uparcie za tym białym prześcieradłem. Po 20 minutach wpadamy na stację pośrednią. Świeci słońce, z głośników płynie Enigma, a na stołach króluje herbata z koniakiem. I tak osiem kolejnych dni, bez zmian — ta Enigma. Ludzi jak na lekarstwo.

Wtedy po raz pierwszy zauważamy dwa, skute lodem wulkaniczne wierzchołki Elbrusu.

Olimpijczycy z czekanem

Ten widok wynagradza prawie 30 godzin pełnej niewygód i niepewności podróży. Start z Warszawy o godzinie 15. W Moskwie lądujemy wieczorem, szukamy transportu, a transport znajduje nas. Hotel zresztą też — jeden z elementów miasteczka olimpijskiego. Warunki znośne, sąsiedzi — podejrzani. Pobudka 4.30. Zamówiona taksówka zapomniała o nas, ale przed wejściem czeka radziecki odpowiednik żuka. Kierowca jedzie przez las, kolejny lasek... Mijają minuty, a po lotnisku ani śladu. On jeden, nas pięciu z czekanami. Okazuje się, że właściciel pojazdu zapomniał prawa jazdy, a na lotnisku milicji jak samolotów. Lądujemy na krajowym Szeremietiewie. Tłok, zamieszanie niby na dworcu autobusowym. Samolot zabiera nas do Mineralnych Wód. Liczba startów i lądowań się zgadza. Szukamy transportu, a transport znajduje nas. Rozpoczyna się etap naziemny ekspedycji. Po sześciu godzinach dojeżdżamy do wioski u podnóża Elbrusu. Lokum już gotowe, standard pokojów do przyjęcia, toalet — nie. Kolega postanawia się nie myć. Z rozpaczy. Musi jednak jeść, a śniadanie warte było tej tułaczki. Na pierwsze danie: kaszka manna z mlekiem. Na drugie: wędzona ryba i ketchup. Chyba na deser: kanapki z kiełbasą. Kolega musi zrezygnować z bojkotu toalet.

Ratraki? Duraki...

Następnego dnia odkrywamy, że górna stacja kolei linowej na Elbrus nie jest końcem, ale może być początkiem wielkiej przygody. Na 3700 m n.p.m. wdrapuje się jeszcze kolejka krzesełkowa. Nie sposób ustalić, kiedy i kto ją uruchamia. Przez dwa tygodnie ruszyła dwa razy (raz tylko dlatego, że za to ekstra zapłaciliśmy przypadkowo spotkanej osobie). Podobnie z ratrakami, które — zamiast utrzymywać trasy narciarskie w miarę przejezdne, bo zwykle wyglądają jak po bombardowaniu — dowożą (tylko za dolary) śmiałków na lodowiec. Nasz rekord to wysokość 4,5 tys. m n.p.m. za 30 dolarów. Wyżej nie można — lity lód. I sto dolarów go nie stopi. Zjazd z tej wysokości na nartach niewiele ma wspólnego z rekreacją. Ratrak ucieka w podskokach, bo jego operator nie chce być świadkiem tragedii. Sunąc w dół, podziwiamy zgliszcza spalonego schroniska alpinistycznego Prijut 11 i resztki wyciągu (4200 m n.p.m.), no wreszcie nasz przyszły dom, czyli słynne „beczki”. To nic innego jak cysterny po paliwie, które ktoś z mozołem wtaszczył na tę wysokość, by najbardziej dziarscy turyści mogli tam przeżyć niezapomniane chwile — w temperaturze poniżej 20ľ C, bez toalety i wody.

I czołg tam dojedzie

Po pierwszym tygodniu zmagań z Elbrusem postanowiliśmy zejść na ziemię. Pieszo zawędrowaliśmy do leżącej nieopodal dolnej stacji kolejki osady, gdzie w dawnym hotelu cieszyliśmy się cywilizacją, czyli centralnym ogrzewaniem i herbatą. Podczas powrotu spotkaliśmy właściciela łady, który charakteryzował się nikczemnym wzrostem oraz niebanalną umiejętnością upychania w spodniach noszonych na sobie kilku koszulek, koszul oraz dwóch swetrów. Niewiele się namyślając, zaproponował nam towarzystwo lokalnych cór Koryntu. Niewiele się namyślając, ofertę przyjęliśmy, by zrobić kawał koledze, który w beczkach stał na straży naszych plecaków i nart. Cena: 20 USD od głowy za całą noc. Ilość: trzy „krasawice”. Czas dostarczenia: dzień następny, godzina 16. Miejsce: beczki. Nasz towarzysz zbladł, ale perspektywa stosunkowo łatwego zarobku sprawiła, że rzekł tylko: „Choćby tankiem, to ja je wam dowiozę”. I pojechał po dziewczęta. 60 kilometrów. W dniu X w cysternach panował nastrój radosnego podniecenia. Zepsuła się jednak pogoda i około 16. wiało i mroziło jak na biegunie. Goście nie zawitali. Pogodziliśmy się już ze stratą dolarów, a nasz „dostawca” z prawem jazdy, które wzięliśmy w zastaw. Rano dobiegło nas radosne stękanie ratraka tnącego powietrze o temperaturze –24ľ C. Niewtajemniczony w nasz plan kolega zdołał tylko jęknąć: „Chłopaki k... jadą” — i już z gracją parkował przed nami śnieżny pojazd, a z tzw. paki gotowały się do zejścia trzy nieźle zaprawione niewiasty, w spódniczkach mini, skórzanych kurtkach — też mini i makijażu — zdecydowanie maxi. Z powodu burzy śnieżnej całą noc ostro balowały z obsługą górnej stacji kolejki. Krasawicami nie były. Uciekliśmy na narty, bo po to w końcu przyjechaliśmy na Kaukaz.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jarosław Sroka

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Kaukaz: Igraszki na Elbrusie