Unijne państwa wybiorą deputowanych od czwartku do niedzieli 22-25 maja 2014 r., w Polsce głosowanie zapewne będzie sobotnio-niedzielne. Frekwencji to i tak nie poprawi, ostatnio zanotowaliśmy 24,5 proc., a zanosi się na jeszcze mniej. Rozdział 51 euromandatów realnie nie ma dla życia przeciętnego Polaka jakiegokolwiek znaczenia. Za to dla partii głosowanie będzie wreszcie prawdziwym, a nie telefonicznym sondażem.
Sensacją w lewej kulisie sceny politycznej jest zapowiedź utworzenia specjalnie na eurowybory nowego bytu. Były prezydent Aleksander Kwaśniewski da twarz nie SLD i szorstkiej przyjaźni z Leszkiem Millerem, lecz konkurencyjnej inicjatywie europosła Marka Siwca oraz Janusza Palikota. Zszokowany tym Miller od razu zestawił nazwiska Palikota i Siwca w nowy PiS. Nowa lista może być jednak nie tylko nieszczęściem dla SLD, lecz poważną zgryzotą dla PO. Centrolewicowy elektorat nie jest przecież nieskończony.
Wszystkim marzącym o tłustych finansowo mandatach w Brukseli/Strasburgu wypada zalecić wczytanie się w kodeks wyborczy. Przepisy regulujące wybory do PE w szczegółach są tak beznadziejne, że całkowicie zasadna jest wyjątkowo niska frekwencja. Ale pierwszy poziom podziału mandatów, pomiędzy partie, jest w porządku — obowiązuje próg 5 proc. i metoda d’Hondta. A z niej wynika, że suma głosów zdobytych przez dwa konkurujące komitety z tej samej opcji politycznej daje im łącznie mniej mandatów, niż dokładnie te same głosy wyborców oddane na zjednoczoną listę…