Kazimierz Wielki, następca szeryfa

Wojciech Surmacz
27-10-2006, 00:00

Warszawa dostanie kopa. Inwestycyjnego. Miliardy euro popłyną szerokim strumieniem. Koniec sanacyjnego splinu w stolicy zapowiada fenomenalny eks-premier.

„Puls Biznesu”: Jest 8.30, a pan od kilku godzin na nogach. Codziennie tak?

Kazimierz Marcinkiewicz: Codziennie.

Mówią: „Kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje”.

Jestem w takim wieku, że spać długo nie muszę. Wstaję o szóstej rano i zaczynam pracę.

Ze względu na kampanię wyborczą?

Mam tak już od dobrego roku.

Zapytam krótko: jaki jest pański biznesplan dla Warszawy?

Przede wszystkim wykorzystać jak najwięcej środków finansowych z Unii Europejskiej.

Konkretnie?

Minimum 5 mld euro w siedem lat. By to wykorzystać, trzeba myśleć także o środkach własnych — co najmniej miliard euro. Do tego chcę także dołożyć środki z budżetu państwa. Rząd musi finansować niektóre inwestycje w Warszawie. Taki zwrot kosztów za stołeczność.

Miliard euro z budżetu państwa?

Nie — tylko część tej kwoty. Do tego Warszawa, która musi wydawać samodzielnie na inwestycje z własnych środków — 1,5 mld złotych rocznie. Czerpiąc z różnych wewnętrznych instrumentów finansowych. Podobną kwotą powinien zasilić miasto biznes prywatny.

W jakiej formie?

Prywatnych inwestycji.

Wartych 1,5 mld zł w skali roku? Co to za inwestycje?

Chcielibyśmy w kilku miejscach, strategicznych dla stolicy, rozpocząć partnerstwo publiczno-prywatne. Jeszcze w tym roku ruszymy z budową centrum konferencyjno-wystawienniczego pomiędzy Okęciem i Centrum. Projekt finansowany w większości ze środków prywatnych przedstawimy lada dzień. Kolejnym elementem będzie zaproszenie specjalistycznych firm do budowy parku technologicznego.

A na co pan wyda te miliardy z Unii?

Po pierwsze na metro. Wybudujemy przynajmniej drugą, rozszerzoną — przeze mnie — linię metra. Na północ i na południe miasta. Właściwie od Bemowa przez Wolę, Śródmieście na Pragę-Północ, do Targówka i Pragi-Południe. To oczywiście środki na trzy „ringi” warszawskie. Przy czym ten trzeci jest dofinansowany z budżetu państwa przez Generalną Dyrekcję Dróg Krajowych i Autostrad. To pieniądze na linie tramwajowe. Mógłbym wymieniać ich wiele, ale najważniejsze to na Tarchomin i Wilanów. Trzeba szybko skomunikować te dzielnice — tam przybywa najwięcej mieszkań. Z komunikacji to jeszcze zakupy taboru — i autobusowego, i tramwajowego. Myślę, że około 150 autobusów rocznie — od zaraz. Do tego sfinansowanie oczyszczalni ścieków Czajka — inwestycja warta 2,5 mld złotych. Do 2010 roku musimy oddać ją do użytku. I oczywiście mosty — w ciągu jednej kadencji powstanie most Północny, most Krasińskiego, kładka pomiędzy Starym Miastem a zoo i rozpoczniemy budowy mostu na Zaporze oraz mostu Południowego.

Lekcje z planowania inwestycji na piątkę pan odrobił. Atrakcyjny biznesplan pod konkretnych ludzi — tutejszych. Liczy pan na poparcie mieszkańców Warszawy czy warszawiaków?

Na warszawiaków i na mieszkańców Warszawy. Albo na warszawian — niektórzy i takie rozróżnienie stosują. Moja wizja rozwoju Warszawy wynika w ogromnej mierze z pomysłów warszawiaków. Spotykałem się z wieloma przedstawicielami rodów warszawskich, ludzi zasiedziałych tu od pokoleń. Opowiadali mi różne rzeczy o stolicy — o Starzyńskim, o przedwojennej wizji tego miasta, która jeszcze się tliła po wojnie, a potem przygasła. Opowiadali mi o różnych smaczkach warszawskich. Tak naprawdę na podstawie tych opowieści stworzyłem program. Na przykład chcę wybudować nowe centrum Warszawy na placu Defilad. Dopiero warszawiacy mi uświadomili, że to centrum trzeba skomunikować przez Chmielną i Złotą z całym kwartałem pomiędzy Marszałkowską a Nowym Światem. Kwartał bardzo charakterystyczny — ze smakiem, ale właśnie ze względu na słabą komunikację — niewykorzystany.

Warszawiacy i warszawianie — na których pan bardziej liczy?

Nie rozróżniam. Największym potencjałem Warszawy nie są nieruchomości czy potencjał naukowy, o którym moglibyśmy zrobić osobny wywiad. Największy kapitał stolicy to ludzie. Z jednej strony warszawiacy, którzy są rozpoznawalni. Mają inny charakter od przybyszów — bardziej otwarci, niezłomni, twardzi i totalnie zakochani w Warszawie. Ale tym wielkim potencjałem stolicy są też ludzie tu przyjeżdżający. Ambitni, niezmordowani, zostawiający gdzieś swoje grajdoły po to, żeby dać siebie temu miastu. Ale też, by wykorzystać swoją szansę, wykorzystać Warszawę. Dla miasta to świetna sprawa, bo nie przyjeżdżają byle jacy, lecz najlepsi.

Prezydent Kaczyński w ostatnich wyborach samorządowych zyskał ponad 70-procentowe poparcie. Myśli pan o takim sukcesie?

Nie zajmuję się sondażami.

To nie sondaż, tylko konkretny wynik.

Mnie w ogóle takie liczby nie interesują. Chcę wygrać i zrealizować program. Lech Kaczyński zawiesił wysoko poprzeczkę, startując jako szeryf. Warszawiacy mieli już dosyć w mieście zapętlenia, niezdrowych pomysłów, dziwnych układów, braku bezpieczeństwa, nieporządku i powszechnej korupcji. Szeryf wygrał i porządek w mieście zaprowadził.

Trzy lata temu w „PB” sam ogłosił, że „układ warszawski padł!”. Zakładając pańską porażkę, czy Warszawie grozi powrót rzeczonego układu?

Nie zakładam przegranej. Po dwóch miesiącach pracy w Warszawie widzę, że elementy układu są, że to walka wygrana, ale nieskończona. Trzeba ją dokończyć.

Czyli realne zagrożenie istnieje?

Spotykam się z ogromną rzeszą przedsiębiorców. Jeśli oni cały czas zwracają uwagę na strach przed układem, to znaczy, że tak jest. Oni wiedzą najlepiej.

Lech Kaczyński był warszawskim „szeryfem”, a pan kim chce być?

Menedżerem. Ale o porządek też zadbam. Dlatego bardzo ściśle współpracuję z policją. W ogóle chciałbym dla Warszawy „kupić” policję od państwa. Chciałbym, żeby policja warszawska była podporządkowana prezydentowi miasta razem ze strażą miejską. Chcę zaprowadzić twarde procedury w stołecznych urzędach, żeby nie było żadnej dowolności przy podejmowaniu decyzji, żeby wszystko było transparentne. Chcę przyśpieszyć prace nad informatyzacją urzędu miasta. Wszystko, co się w Warszawie dzieje, będzie do prześledzenia w internecie — na stronach miasta będzie widoczny każdy przetarg, każdy ruch urzędnika. Porządek musi być, ale przede wszystkim rozwój miasta. Musimy te siedem lat rządów wykorzystać na potężnego kopa inwestycyjnego dla Warszawy.

Lech Kaczyński świetnie wszedł do stolicy, ale odchodził w niesławie. Co poszło nie tak?

Myślę, że przede wszystkim inwestycje. Niektóre były blokowane przez protesty i liberalne pod tym względem prawo. Nie zawsze winę ponosił Lech Kaczyński.

A kto?

Most Północny czy stadion Legii to inwestycje, które powinny się zdarzyć. Ale niedoskonałe prawo, protesty i różne inne wydarzenia spowodowały, że się nie udało. Przy tym wszystkim nie można jednak zapominać, że Lech Kaczyński ma i zasługi w tym zakresie. Całkiem niedawno odebrałem w jego imieniu nagrodę samorządową Kazimierza Wielkiego — nomen omen. Przyznano ją prezydentowi miasta stołecznego Warszawy za inwestycje per capita w latach 2003-05 w Polsce. To znaczy, że w tych latach na inwestycje infrastrukturalne Warszawa wydała w Polsce najwięcej. Co z kolei nie oznacza, że Lech Kaczyński jest zadowolony z faktu, że niektórych inwestycji nie wykonał. Rozmawiałem z nim o tym.

I zamierza pan dokończyć dzieła?

Wykonam wszystkie inwestycje, które są niezbędne i co więcej, przyśpieszę ich realizację. I ciągle wszystkim powtarzam, że chcę stosować zasadę dobrej ceny, a nie najniższej. Bardzo istotny jest czas. Miasto jest zakorkowane, ale jak chcemy wydać dwa, trzy razy więcej pieniędzy na inwestycje drogowe i remonty, to oznacza, że zatkane będzie jeszcze bardziej. Musimy tak poprawić organizację ruchu i przyspieszyć oddawanie konkretnych odcinków dróg, żeby po stolicy można było się poruszać. Wiadukt nad rondem Starzyńskiego o siedem miesięcy szybciej oddany do użytku — będzie w listopadzie. Prace idą tam nieprawdopodobnie szybko.

Nie wiem, czy pan zauważył, że teraz w całej Polsce roboty drogowe idą nieprawdopodobnie szybko.

Ale to był prosty zabieg — szybka decyzja. Któregoś sierpniowego wieczora pojechałem tam około godziny 22 i zobaczyłem, że robotnicy schodzą z budowy. Zapytałem: dlaczego? Otóż tak mieli rozpisane godziny pracy, by nie przeszkadzać mieszkańcom pobliskich bloków. Usiedliśmy do stołu i się okazało, że gdyby pracowali w nocy, to mogliby radykalnie przyspieszyć — właśnie teraz do jesieni. A potem okazało się, że to możliwe.

A` propos policji i porządku: jest taki obiekt w Warszawie, nazywa się „Stadion X-lecia”. Jeszcze nikt z włodarzy miasta nie poradził sobie z nim. Co pan zamierza z tym fantem zrobić?

Kiedy pan tam był?

Dawno, dawno temu…

A ja byłem tam dwa tygodnie temu. Przerażające. Powinno się dopilnować, żeby rządzący miastem, ktokolwiek to będzie, co miesiąc odwiedzał „Stadion Narodowy”. Tylko takie wizyty mogą zmusić człowieka do intensywnego myślenia: trzeba ten stadion zmienić. Na obecnym stanowisku mogę przymuszać rząd do podjęcia decyzji i to robię, i pokażę tego efekty.

Ale o jakiej decyzji pan mówi?

Zaraz powiem. Napięcie musi rosnąć. Sam spotkałem się z kupcami ze stadionu i umówiłem ich z moimi pracownikami. Znaleźliśmy dwa miejsca na przeniesienie Jarmarku Europa, tak by mógł dalej normalnie działać. Chcemy, pod koniec czerwca 2007, w ciągu jednego tygodnia dokonać przeniesienia tego bazaru. Na wiosnę przygotujemy teren pod nowy bazar. Chcemy, by w lipcu rząd wszedł z realizacją budowy kompleksu narodowego na Stadionie Dziesięciolecia. Planowane są: wielofunkcyjny stadion na 70 tys. widzów, hala widowiskowo-sportowa na 20 tys. osób — taka jest potrzebna Warszawie, basen olimpijski i oczywiście całe zaplecze — boiska treningowe, hotel, gastronomia, parkingi. Lokalizacja tego stadionu jest akurat taka, że tamtędy dokładnie przechodzi metro i pierwsza stacja po tamtej stronie Wisły jest przy stadionie.

Ile będzie kosztował ten narodowy kompleks?

Około 1,2 miliarda złotych. Domagamy się gwarancji rządowych dotyczących stałej dotacji Totalizatora Sportowego na budowę tego obiektu. Rząd z kolei chce, żeby miasto także partycypowało w kosztach. Nie chcę na razie ujawniać szczegółów, bo rozmowy trwają. Ale będę się starał, żeby Warszawa wydała na to jak najmniej.

Piękni brzmi. Czy taki program zrealizuje inny zwycięzca niż pan? Na przykład Hanna Gronkiewicz-Waltz?

Nie lubię się porównywać. Mogę powiedzieć o tym, jakie mam zalety. Powiedziałbym, że trzy podstawowe: po pierwsze — pracowitość. Naprawdę pracuje od rana do nocy, kocham to i zawsze daję siebie całego. Myślę, że warszawiacy to widzą, bo jestem wszędzie tam, gdzie są problemy i staram się je rozwiązywać. Drugi element — mało kto go bierze pod uwagę — bycie premierem nawet przez dziewięć miesięcy, to uniwersytet, jakiego nie ma nigdzie. Komplet spraw państwowych — od biedy po bogactwo. Od spotkań z najmożniejszymi tego świata, po załatwianie spraw najbiedniejszych z biednych — bezdomnych i bezrobotnych. I trzecia zaleta: skuteczność. Naprawdę budżet Unii Europejskiej — nie tylko dla Polski na lata 2007-13 został przyjęty z ogromnym moim udziałem i zaangażowaniem. Śmiem twierdzić, że beze mnie nie zostałby przyjęty. A budżet państwa na rok 2007? Strasznie napięty, utrzymuje wysokie tempo wzrostu gospodarczego. Dopiąłem w najgorszym z możliwych czasie politycznym. Przecież to był przetarg, czy będą nowe wybory czy nie?

Przetarg wciąż aktualny.

Ale wtedy też był, a ja w tym gorącym okresie dopiąłem uchwalenie budżetu. Nie mając większości w Sejmie.

Którego z kontrkandydatów uważa pan za najgroźniejszego?

Myślę, że konkurencja jest generalnie wyrównana pomiędzy trójką, tzn. mną, Markiem Borowskim i Hanną Gronkiewicz-Waltz. To kandydaci o szerokim poparciu społecznym, no i korespondują ze mną. Odnoszą się w swoich kampaniach bezpośrednio do mojej osoby.

No właśnie, a pan się nie odgryza?

Mnie to cieszy.

Nie przeniesie pan stolicy do Gorzowa?

Może bym się i bał tej swojej gorzowskości. Ale miałem takie bardzo ciekawe spotkanie z rodowitymi warszawiakami. Ktoś z sali zadał pytanie: czy lubi pan Gorzów? Odpowiedziałem, że przecież to oczywiste, że nie wyobrażam sobie, by ktoś mógł nie kochać miejsca, w którym się urodził. Mówiłem to szczerze, ale bałem się reakcji. Okazało się, że z zebranych nagle zeszło powietrze, bo dokładnie na taką odpowiedź czekali. Warszawiacy akceptują człowieka, który przyjechał do stolicy i od kilkunastu lat tutaj pracuje — ale tylko wtedy, kiedy on jest porządny i nie zapomina o rodzinnym mieście, tak jak oni nigdy nie zapomną o swoim.

Nie wydaje się panu, że nie tylko Marek Borowski, ale w ogóle lewica będą się starali wykorzystać stare polskie porzekadło: „Gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta”?

Nie daj Boże. Moim zdaniem, nie skorzysta. Po rządach SLD w Warszawie, tak jak i paru innych partii, zostały tak zagmatwane sprawy, tak wiele szkód i krzywd zostało wyrządzonych, że nie wyobrażam sobie tutaj dużego poparcia dla tej opcji politycznej.

Mówi pan „wiele szkód, krzywd”, ale jakich? Konkretnie?

Przyjmuję w poniedziałki po kilkudziesięciu mieszkańców stolicy. Z ostatniego poniedziałku: przyszła starsza kobieta, która parę lat temu dostała propozycję zamiany mieszkania. Miała własnościowe — spółdzielcze, ale duże, a jest samotna. Miasto jej zaproponowało zamianę na mniejsze — komunalne. Zgodziła się. Okazało się, że budynek, do którego przeszła, przejmuje prywatny właściciel. A prywatny właściciel nie chce mieć lokatorów w swoim budynku.

I to wina SLD?

Ktoś, kto podejmował w mieście tę decyzję i składał propozycję tej pani, dobrze wiedział, co będzie się działo z tym budynkiem. My wiemy, że wiedział. Ta decyzja była podejmowana z premedytacją. Takich spraw są setki.

A może i tysiące… Przecież już Lech Kaczyński skierował do prokuratury ogrom zawiadomień o podejrzeniu popełnienia przestępstwa za warszawskiej kadencji. Co się z tym dzieje?

Miasto pilnuje tych wszystkich spraw. Jest ich rzeczywiście sporo. Ale ich rozwój zależy wyłącznie od prokuratur, nie od miasta. Nie nam to oceniać. Nam znaleźć i przedstawić wszystkie argumenty. W związku z tym bardzo się cieszę, że powstało CBA i mam nadzieję, że to biuro będzie pilnowało mnie i urzędników warszawskich. Wiedząc, że jest to biuro, jestem spokojniejszy.

I tym spokojnym akcentem zakończmy rozmowę. Dziękuję.

Ja również.

Kazimierz Marcinkiewicz, p.o. prezydent m.st. Warszawy

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Wojciech Surmacz

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Nieruchomości / / Kazimierz Wielki, następca szeryfa