Kij statutowy też ma dwa końce

Jacek Zalewski
opublikowano: 2005-06-06 00:00

Wyniki głosowania Sejmu nad nowelizacją ustawy o ustroju Warszawy tak wstrząsnęły prezydentem Lechem Kaczyńskim, że w pierwszym odruchu zapowiadał rezygnację ze stanowiska. Już po kilku godzinach uznał jednak, że byłby to fatalny błąd, równający się zejściu z trampoliny przed oddaniem skoku na fotel głowy państwa.

Co się właściwie stało? Nowelizacja przesunęła niektóre kompetencje z centrali do osiemnastu dzielnic, w szczególności zabrała Kaczyńskiemu jego ulubione zabawki — absolutną władzę kadrową nad armią urzędników w urzędach dzielnicowych. W żadnym wypadku nie oznacza to powrotu do ustroju gminnego, albowiem budżety dzielnic pozostają cząstkami wielkiego budżetu stolicy, a ich wysokość ustala Rada Warszawy.

Poprawkę przegłosowała lewica wraz z Samoobroną, ale dołożyła się LPR w odwecie za pozbawienie Jana Marii Jackowskiego przewodnictwa Rady Warszawy — co nastąpiło z inicjatywy PiS. Taki rozkład poselskich głosów jest klasycznym przykładem tworzenia prawa pod chwilowe interesy polityczne. Gdyby prezydentem stolicy był człowiek SLD, to jego dyktatura byłaby najgłośniej potępiana oczywiście przez PiS, natomiast w ustach SLD-owskich Warszawa jawiłaby się krainą samorządowej szczęśliwości.

Inicjatywa nowelizacji ustawy była odreagowaniem braku statutu w Warszawie. Prezydent Kaczyński robił przez trzy lata wszystko, by tego obowiązkowego dokumentu nie uchwalono, albowiem umożliwiało mu to ręczne sterowanie wielomiliardowym budżetem. W tytule tego tekstu przypominamy więc panu profesorowi prawa to, o czym zapomniał.