Sobotni występ Leszka Millera przed komisją śledczą nie był przesłuchaniem świadka, lecz spektaklem politycznym. Były premier zastosował swoją ulubioną obronę przez atak. Komisarz Zbigniew Wassermann ripostował „istnieje uzasadnione podejrzenie, że pan cynicznie kłamie”. Z kolei komisarz Roman Giertych rzucił na szalę odebranego SMS-a z pogróżkami, ale sobotnią „Linię specjalną” w TVP 2 i tak przegrał 10 442 do 16 763. Wobec ogromnej niechęci społecznej do SLD-owskich afer, taki wynik może być tylko potwierdzeniem, że każde kłamstwo uznawane jest za grzech.
Sztandarowym krętactwem świadka Millera była jego odpowiedź na pytanie, czemu będąc premierem usadowił Jana Kulczyka tuż przy swoim uchu — przecież partnerem doktora powinien być najwyżej dyrektor departamentu! Leszek Miller wytłumaczył, że stale konsultował się z przedsiębiorcami, co zaowocowało m.in. zmniejszeniem stawki CIT z 27 do 19 proc. oraz wprowadzeniem 19-proc. PIT dla osób prowadzących działalność gospodarczą. Taka odpowiedź jest rzeczywiście kpiną. Publiczne spotkania premiera ze środowiskami biznesowymi „PB” wielokrotnie relacjonował, a dwie wartościowe i rzeczowe debaty — w Warszawie i Mikołajkach — nawet współorganizowaliśmy, ale przecież nie o nie chodzi! „Istnieje uzasadnione podejrzenie”, iż komisja chciałaby wyświetlić inne sytuacje — gdy na przykład minister wezwany przez premiera zastaje u niego również doktora i słyszy: „A czemu ty, Wiesiu (Piotrusiu, Zbysiu, etc.), nie chcesz tego Jasiowi sprzedać...”.