Dzięki paryskiemu szczytowi COP21 przez dwa tygodnie słowo „klimat” będzie bohaterem dyskusji politycznych, biznesowych i eksperckich. To dobrze, bo koncepcji na to, jak osiągnąć fundamentalny cel, czyli ograniczyć wzrost globalnej temperatury do dwóch stopni Celsjusza na koniec stulecia, jest aż za dużo. O tym, która ma sens, a na którą nas stać, rozmawiano na konferencji zorganizowanej przez Warszawski Instytut Studiów Ekonomicznych i fińską firmę energetyczną Fortum. W debacie „O co będzie się toczyła gra w Paryżu?” spierali się Esa Hyvärinen, wiceprezes Fortum, z Marcinem Korolcem, byłym ministrem środowiska oraz byłym pełnomocnikiem rządu ds. negocjacji klimatycznych, a swoje trzy gorsze dorzucali Maciej Bukowski, prezes WISE, Christoph Wolff, dyrektor Europejskiej Fundacji Klimatycznej, i Marcin Krakowiak, partner w kancelarii Domański Zakrzewski Palinka.
Finlandia pod lodowcem
Zaangażowanie Fortum w taką dyskusję niektórych dziwi, bo udział firmy w polskim rynku energetycznym jest niewielki. Wytłumaczeniem są właśnie dwa stopnie Celsjusza.
— Jeśli do końca stulecia temperatura wzrośnie o więcej, czyli np. o 3-4 stopnie, to konsekwencje mogą być katastrofalne. Pamiętajmy, że kiedy temperatura była niższa o 3-4 stopnie od dzisiejszej, to Finlandia była pokryta lodowcem — przypomniał Esa Hyvärinen. Misja fińskiego Fortum obejmuje więc wspieranie refleksji na temat klimatu. Sam koncern najchętniej porusza kwestie handlu uprawnieniami do emisji dwutlenku węgla. Im handlu więcej, im bardziej jest zorganizowany i im bardziej jest międzynarodowy, tym — zdaniem Finów — lepiej. Choć niektórzy zauważyli, że skoro Fortum opiera biznes na energetyce jądrowej, wodnej i kogeneracji, czyli technologiach niskoemisyjnych, to popierając handel, dba o swój interes. Sam uprawnień kupuje mało. Esa Hyvärinen przekonuje jednak, że handel emisjami ma obiektywne zalety. — Handel emisjami powinien być głównym elementem polityki klimatycznej. Jest elastyczny, bo nie narzuca celów krajom czy sektorom gospodarki, jest też tańszy od 360 systemów subsydiów, i wreszcie jest skuteczny, bo daje bodźce do inwestowania w obniżanie emisji — stwierdził Esa Hyvärinen. Ostatni element, czyli skuteczność bodźców ekonomicznych, zależy jednak od ceny uprawnień, która obecnie wynosi ok. 8 EUR, czyli jest niska. Dlatego Fortum popiera też reformę systemu handlu emisjami, która ma zaowocować wyższymi cenami. Niewykluczone, że taka reforma i tak będzie tańsza od obecnie obowiązujących subsydiów.
Handel emisjami ma wrogów
Najważniejszym oczekiwaniem Esy Hyvärinena wobec paryskiego szczytu klimatycznego jest zatem wypracowanie takiej umowy, która pozwoli umocnić lub poszerzyć zasięg działania systemu handlu emisjami. Nie wszyscy podzielają jego nadzieje. Polski rząd, powołany dwa tygodnie temu, od początku prezentuje dystans w stosunku do globalnych postanowień klimatycznych.W tle tego nastawienia widać m.in. problemy polskiego górnictwa, które państwo wspiera. Dystans, zwłaszcza wobec systemu handlu emisjami, prezentował też dwa tygodnie temu Mateusz Morawiecki, minister rozwoju. W przemówieniu wygłoszonym w trakcie polsko-francuskich Spotkań Warszawskich przekonywał, że mądrzej by było obciążać opłatami (bo za uprawnienia się płaci) tych, którzy konsumują produkty wytworzone przy dużej emisji CO2, a nie tych, którzy je produkują. Przykładowo: jeśli Brytyjczycy importują duże ilości cementu z Azji, to niech ci importerzy płacą za uprawnienia. Tymczasem dziś ciężar opłat za CO2 spoczywa np. na polskim przemyśle cementowym, który przez to z trudem konkuruje z przemysłem azjatyckim. Krytykiem systemu handlu emisjami był też Marcin Korolec.
— Ten system opiera się na idei, że ma być drogo, a to miało logikę tylko do czasu kryzysu finansowego. Teraz taka logika jest przestarzała, potrzebne są rozwiązania tanie — podkreślał były minister. Pomysł rozszerzania systemu na kolejne regiony też budzi jego sprzeciw. — Kupowalibyśmy wtedy tanie uprawnienia w krajach biednych, ceny by spadały i żadne postulaty nie zostałyby zrealizowane — powiedział Marcin Korolec.
Auta na prąd uratują klimat
Jeśli nie handel emisjami, to co? Marcin Korolec proponował, żeby zamiast ogniskować dyskusje wokół energetyki, która jest w zapaści i „czołga się w kierunku sali reanimacyjnej”, zająć się transportem, który odpowiada za jedną trzecią emisji gazów.
— Niech w 2030 r. wszystkie auta będą elektryczne — może taki cel pomoże? Polska zaoszczędziłaby 3,5 mld zł na imporcie ropy, a Europa — ok. 75 mld EUR rocznie. Te pieniądze wydane zostałyby na prąd, który z zasady produkowany jest lokalnie. Pieniądze zostałyby w Europie, a nie sponsorowałyby nieodpowiedzialnych reżimów — zauważył Marcin Korolec. Esa Hyvärinen, reprezentujący producenta energii, chętnie by tej idei przyklasnął.
— Ale to kosztuje — przypomniał wiceprezes Fortum. Tym niemniej argumentów przemawiających za promocją elektrycznych aut ostatnio przybywa, a najgłośniejszym z nich jest skandal wokół Volkswagena. Oszustwa koncernu przy testach emisji spalin zachęcają UE do łaskawszego podejścia do samochodów na prąd, mimo że drogich. System handlu emisjami byłby też tańszy, gdyby — jak podpowiedział Marcin Korolec — sięgnąć po ulgi podatkowe.
— Czas na zieloną reformę podatkową. Cóż szkodzi zaoferować firmom, zobowiązanym do kupowania uprawnień, obniżkę CIT czy akcyzy? Rząd i tak będzie musiał się z tym zmierzyć, skoro cena uprawnień ma rosnąć — stwierdził Marcin Korolec. W uczestnikach konferencji jego pomysły wzbudziły emocje. Pytanie: „co pan robił przez osiem lat w rządzie?”, zebrało brawa.
Rzymianie przegrali z suszą
Uwaga Marcina Korolca o nieodpowiedzialnych reżimach, którym Europa — kupując ropę — przekazuje pieniądze, dobrze wpisała się w refleksje Macieja Bukowskiego. Zwrócił on uwagę, na wojny i kryzys imigracyjny, który jest problemem nie tylko dla Europy, ale też dla Stanów Zjednoczonych czy Chin. — Kryzys imigracyjny został spowodowany przez wojny, ale też przez klimat, bo Afryka ma po prostu problem z żywnością. Generalnie świat nie zdaje sobie sprawy z tego, jak często za katastrofami stoją wydarzenia klimatyczne — podkreślił Maciej Bukowski.
Powiązanie widoczne jest tymczasem od tysięcy lat. Imperium Rzymskie upadło, bo ziemie zajmowane przez barbarzyńskie plemiona dotknęła susza. Tysiące lat doświadczeń z klimatem nie pomogły dotychczas w wypracowaniu skutecznej strategii dla całego globu. — I dziś będzie to trudne. Kraje grają w osobne gry na osobnych szachownicach — stwierdził Maciej Bukowski.
Będzie porozumienie
Mimo rozbieżnych lub sprzecznych pomysłów na klimat, świat na paryskim szczycie prawie na pewno się dogada. Zwłaszcza że dokument, który trzeba będzie podpisać, będzie umiarkowanie wiążący.
— Umowa zobowiąże kraje do przedstawienia zobowiązań. Nie będzie jednak rozpiski z wytycznymi dla każdego kraju z osobna — tłumaczył Marcin Korolec, który jeszcze dwa tygodnie temu przewodził zespołowi polskich negocjatorów klimatycznych. Efekt jest taki, że co kraj, to zobowiązanie. Unia Europejska proponuje, że do 2030 r. zredukuje emisje gazów cieplarnianych o 40 proc. w stosunku do 1990 r., Stany Zjednoczone deklarują zmniejszenie emisji o 26-28 proc., Chiny obiecują, że ich emisje nie będą rosły po 2030 r., a Kongo — że wyda kilka miliardów dolarów na inwestycje przyjazne klimatowi.
— Tak wiele krajów przedstawiło już swoje zobowiązania, że nie ma mowy, by powtórzyła się porażka z Kopenhagi [szczyt ONZ z 2009 r., zakończony brakiem porozumienia — red.]. Sprzyjają mu zresztą realne zmiany w gospodarce, czyli gwałtowny spadek kosztów w energetyce odnawialnej, a także rosnący dystans instytucji finansowych do projektów węglowych — tłumaczył Christoph Wolff.
O CZYM TEN PARYŻ?: O tym, co się może wydarzyć na szczycie klimatycznym w Paryżu, dyskutowali: Marcin Korolec, były minister środowiska i były pełnomocnik rządu ds. negocjacji klimatycznych (pierwszy z prawej), Esa Hyvärinen, wiceprezes Fortum, Grzegorz Cydejko (moderator), Maciej Bukowski, prezes WISE, Christoph Wolff, dyrektor Europejskiej Fundacji Klimatycznej, i Marcin Krakowiak, partner w kancelarii Domański Zakrzewski Palinka. [FOT. WM]