Kobieta, która jeździ bokiem

Łukasz OstruszkaŁukasz Ostruszka
opublikowano: 2019-02-28 22:00

Karolina Pilarczyk zarabiała na starty w drifcie, pracując w IT, ale kilka lat temu to informatyka stała się jej hobby. Teraz ma profesjonalny zespół i bierze udział w zawodach w całej Europie. Nazywana jest polską królową driftu.

Pochwal się, czym jeździsz.

Podczas zawodów używam samochodów, które nazywam predatorami. To auta driftingowe zbudowane na bazie Nissana 200 SX, czyli najbardziej kultowego pojazdu do driftu. Prawdę mówiąc, z Nissana jednak niewiele w nich zostało. Pod maską są chevroletowskie silniki LS o pojemności 6,2 l V8 i mocy prawie 800 koni mechanicznych. Auto ma oczywiście sportowe podzespoły i jest wzmocnione klatką bezpieczeństwa.

Domyślam się, że nie jeździsz nim po zwykłych drogach?

Samochód transportujemy głównie na lawecie, ponieważ podróżowanie nim byłoby, z jednej strony, niekomfortowe, a z drugiej — szalenie drogie. Na torze nasze przejazdy trwają około dwóch minut, ale kiedyś obliczyliśmy spalanie i wyszło nam, że to około 300 litrów na 100 km. Nie jest to więc ekonomiczny samochód.

Przeczytałem kiedyś, że jesteś chyba jedyną kobietą, która wydaje na auto 15 tys. zł w jeden weekend.

Tak naprawdę to tylko cześć kosztów związanych ze startem, bo nie wliczam ewentualnych awarii, kosztów eksploatacji pojazdu itp.

Ile kosztuje utrzymanie zespołu driftingowego?

To zależy. Zespół driftingowy to ludzie (mechanicy, kierowcy fotografowie itd.), pojazdy (samochody sportowe, samochody treningowe, busy, lawety, pojazdy do transportu ludzi), logistyka… Dla mnie to też koszty związane z prowadzeniem firmy usługowej. Przed każdym wyjazdem musimy przygotować samochód driftingowy do zawodów, a po nich zrobić przegląd i wymienić część podzespołów. Największym kosztem są zazwyczaj opony. Zużywam około 40 opon w weekend, koszt jednej to 300-700 zł. Na profesjonalnym poziomie drift jest drogim sportem, natomiast amatorska zabawa w driftowanie nie wiąże się z tak wysokimi kosztami.

Kiedy pojawił się w twojej głowie pomysł, żeby uprawiać ten sport? Filmowa seria „Szybcy i wściekli” zrobiła swoje?

Hahaha nie, w driftingu zakochałam się wcześniej, niż pojawił się w „Szybkich i wściekłych”. Co ciekawe, zakochałam się właśnie w kontrolowanych poślizgach, nie w samochodach. Nie mam tradycji motoryzacyjnych w rodzinie. W szkole byłam w klasie o profilu mat-fiz, studiowałam informatykę, uprawiałam sporty walki, więc zawsze otaczali mnie mężczyźni. W wieku 17 lat zdałam egzamin na prawo jazdy i samochód kojarzył mi się dobrze, bo z niezależnością, ale nie powiem, żeby było w tym coś więcej. Ponieważ nie chciałam słyszeć: baba za kierownicą, postanowiłam doszkolić swoje umiejętności w akademii bezpiecznej jazdy. Tam po raz pierwszy wprowadziłam auto w kontrolowany poślizg i poczułam przypływ pozytywnej adrenaliny. Stwierdziłam, że chcę to robić. Nie wiedziałam jednak, że coś takiego jak drifting istnieje, więc przygodę z motosportem zaczęłam od amatorskich rajdów samochodowych, tzw. KJS (Konkursowa Jazda Samochodem).

Marzenie o poślizgach dojrzewało?

Oj tak, dojrzewało. W tym czasie nie dość, że nikt z rodziny ani znajomych nie wiedział, co to drift, to była to świeża dyscyplina i trudno było znaleźć kogokolwiek, kto by się na tym znał. Wszyscy uczyliśmy się metodą prób i błędów. Byłam jednak mocno zdeterminowana. Już w KJS lubiłam jeździć „na ręcznym”, czyli poślizgami. Mój pilot strasznie na mnie za to krzyczał…

Bo traciłaś przez to cenne sekundy…

Taka jazda była efektowna, ale nie opłacała się w rywalizacji na czas. W 2004 r. drift został wprowadzony do Polski i od razu wiedziałam, że to jest dyscyplina dla mnie. Początki były trudne. Nie miałam pieniędzy i pierwsze auto kupiłam na kredyt.

Czy dzisiaj sama finansujesz swoje starty?

Od kilku lat jestem w tej szczęśliwej sytuacji, że drifting stał się moim zawodem. Kocham to, co robię. Nie oznacza to, że od rana do nocy tylko jeżdżę, ale, jak wspomniałam, prowadzę firmę, świadczącą usługi PR’owo- -marketingowe związane z motosportem. Wszystkie zarobione pieniądze inwestujemy w zespół i rozwój. Przyznam, że bez sponsorów nie byłoby to możliwe. Obecnie współpracuję z Circle K, Yato, Falken i kilkoma innymi firmami technologicznymi. Dla nich głównie realizujemy usługi PR i marketingowe. Nie polega to tylko na eksponowaniu loga, choć to oczywiście też. Przede wszystkim jesteśmy partnerem w planowaniu działań promocyjnych. Podrzucamy pomysły wspólnych akcji, proponujemy niestandardowe formy promocji, sami wielokrotnie wychodzimy z inicjatywą, gdzie i jak można pokazać markę. Bierzemy udział w imprezach firmowych, podczas których pracownicy mogą poczuć adrenalinę, siedząc w fotelu pasażera w moim aucie podczas przejazdu, tzw. drift-taxi. Często prowadzę wykłady i mowy motywacyjne, pokazując na swoim przykładzie, jak zrealizować marzenia i nie bać się ryzyka w dążeniu do celu — wybudowałam już dwa samochody driftingowe, które są jednymi z najbardziej rozpoznawalnych w Europie!

Co to znaczy, że wybudowałaś?

Nie ukrywam, że nie jestem specjalistką, jeżeli chodzi o mechanikę, dlatego ich budowę zlecam fachowcom. Samochody, z których korzystam, przygotowało kilka firm wyspecjalizowanych w budowaniu tego typu pojazdów. Jedni się specjalizują w silnikach, inni w elektryce, ktoś inny w systemach bezpieczeństwa. Całość spina i kontroluje mój menedżer Mariusz Dziurleja. To on odpowiada za moje sportowe auta i ich stan na zawodach.

Ile jest warte takie auto?

Samochód jest teraz warty między 300 a 400 tysięcy złotych, więc nie jest to mało.

Zakładam, że pracuje z tobą sztab ludzi.

Na stałe pracuje ze mną w zespole siedem osób, ale poza tym współpracujemy jeszcze z wieloma warsztatami.

Ilu jest w naszym kraju takich zawodników, którzy mogą o sobie powiedzieć: Jestem zawodowym drifterem, a ilu musi na to zarabiać w dni powszednie?

Większość musi pracować zawodowo, żeby w weekend móc startować w zawodach driftingowych. Pracują w korporacjach lub prowadzą własne firmy. Właściwie jestem chyba jedyną osobą, która robi to w pełni zawodowo, bo najczęściej zawodnicy korzystają z jakiegoś wsparcia, na przykład przez rodzinne biznesy i rodzinnych sponsorów. Nie muszą się więc o nich starać.

Przecież chyba lepiej samemu coś stworzyć niż bazować na rodzinie…

Szczerze? Ktoś mnie kiedyś zapytał: Patrząc teraz z perspektywy czasu, co byś wybrała — bogatego tatę, czy samodzielne budowanie zespołu? Bez zastanowienia odpowiedziałam, że bogatego tatę. To ciężka praca. Ludzie myślą, że mogę jeździć od rana do wieczora, ale sport zajmuje mi tylko około 20 proc. czasu. Resztę pochłaniają usługi na rzecz sponsorów. Określam swoją firmę jako agencję PR-marketingowo-eventową, bo wachlarz naszych usług jest dosyć szeroki.

Zerknąłem na portal LinkedIn. Masz tam wpisane, że jesteś konsultantem w branży IT.

Informatyka przez długi czas utrzymywała moje sportowe pasje, ale to się odwróciło. Kocham jednak informatykę, więc nie chcę się od tego odcinać. Założyłam z kolegą firmę, lecz nie ukrywam, że to bardziej moje hobby niż źródło utrzymania.

Zabierz nas, proszę, na zawody driftingowe. Jak wygląda taki weekend?

Drift gwarantuje kibicom fantastyczne widowisko. Ludzie kochają poślizgi, zapach palonych opon, ryk potężnych silników, rywalizację zderzak w zderzak, bok w bok. Wszystko się dzieje na trzech zakrętach toru, więc oglądanie tego jest wygodne i pasjonujące. Można powiedzieć, że to współczesne walki gladiatorów, a wiadomo, że ludzie kochają igrzyska. Zawody driftingowe mimo dużych prędkości są także bezpieczne dla kierowców i bardzo bezpieczne dla publiczności. Nie ma mowy o wypadkach z udziałem widzów, jak to się zdarzało podczas rajdów samochodowych. Na zawody driftingowe przychodzą kibicować całe rodziny. Musisz to zobaczyć, poczuć adrenalinę i posłuchać ryku silników. Ale uprzedzam — to wciąga, później będziesz chciał jeździć ze mną na każde zawody!

Zadam pytanie driftowego laika: Na czym polega rywalizacja, kto wygrywa?

Drifting to jazda w precyzyjnym poślizgu. Od startu do mety musimy utrzymać auto w poślizgu, ale nie dowolnym, żeby utrzymać się tylko w torze. Jedziemy wyznaczoną przez sędziów linią. Do tego dochodzą prędkość i kąt wychylenia. Na zawody w Polsce przyjeżdża około 100 zawodników, po przejazdach kwalifikacyjnych zostaje 32 i rozpoczyna się część pucharowa. Pierwszy kierowca rywalizuje z ostatnim, drugi z przedostatnim itd. Pierwszy z pary przejeżdża tor, trzymając się linii, drugi ma za zadanie być jego cieniem, czyli najdokładniej, jak to możliwe, kopiować jego przejazd. Nie ma znaczenia, kto pierwszy dojedzie do mety. Najważniejsza jest precyzja.

Już rozumiem, na czym polega trudność.

Sędziowie po przejeździe rozdzielają 10 punktów między dwóch zawodników, a wygrywa oczywiście ten, który ma więcej punktów. Następnie zamieniają się miejscami i ten, który uciekał, ma teraz naśladować rywala. Znowu dostają punkty, które są podliczane i decydują o awansie do kolejnej rundy.

Punkty dostaje się za styl. Trochę jak w łyżwiarstwie.

Drifting ma całą masę zalet — prędkość, piękne samochody, fanów i jedną wadę, czyli subiektywną ocenę sędziów. Bywa to kontrowersyjne. Liczymy zawsze na dobrą wolę i uczciwość.

Największymi rynkami dla driftu są chyba Stany Zjednoczone i Japonia. Na którym miejscu plasuje się Polska?

Sport narodził się w Japonii, ale szybko zyskał popularność w USA. Amerykanie lubią wielkie show. Polski drifting rozwija się w zawrotnym tempie. Na arenie europejskiej jesteśmy w ścisłej czołówce.

Jakie masz teraz plany i marzenia?

Jestem podwójną mistrzynią Europy w kategorii kobiet. Chciałabym wygrać ligę mieszaną, czyli pokonać mężczyzn. W tym roku zaczynam starty w Formula Drift w USA, co było jednym z moich celów. Mam już dwa samochody, co daje komfort psychiczny, ale muszę zbudować trzeci z myślą o startach w Ameryce. Mam przed sobą osiem startów w Europie, sześć w Polsce i cztery w USA. Do kin wszedł właśnie film sensacyjny z moim udziałem „Diablo. Wyścig o wszystko”. Tyle, jeśli chodzi o plany, a marzenia? Uważam, że lepiej mieć cele, do realizacji których się dąży, niż marzenia bez perspektywy ich spełnienia. Wyznaczyłam sobie kolejne cele, ale o nich na razie nie powiem.

Muszę o coś zapytać na koniec. Szczycisz się, że jesteś weganką i walczysz o prawa zwierząt, a uprawiasz tak nieekologiczny sport. Starasz się być ekodrifterką?

To prawda, że ratuję psy, walczę z zabijaniem zwierząt na futra, ubojem rytualnym, promuję weganizm i zdaję sobie sprawę, że palone opony nie są dobre dla środowiska, ale — prawdę mówiąc — jest wiele gorszych dla niego rzeczy, choćby przemysłowa hodowla zwierząt, wielkie fabryki, czyli piece węglowe. Drifterów nie jest tak dużo, żeby byli wielkim zagrożeniem. &