Czy po jutrzejszym referendum przytoczona w tytule deklaracja z piosenki „Kobranocki” będzie jeszcze aktualna? W sobotę Irlandczycy głosują nad rozszerzeniem Unii. A przynajmniej tak się wydaje Polakom.
— Widzicie jedną stronę medalu... Często słyszę, że Irlandia to kraj samolubów, którzy sami się rozwinęli i nie chcą pozwolić na to innym, bardziej potrzebującym. Nieprawda, no nieprawda! Zgoda na wejście do Unii państw oczekujących to tylko ułamek traktatu. Pozostałe punkty mówią o ograniczeniu suwerenności ustawodawczej i militarnej. Irlandczycy nie chcą się na to zgodzić. Ale zazwyczaj nie mają nic przeciwko wejściu Polski do Unii — zapewnia Eoin McCoi, dyrektor Sabre Polska.
Na ścianach zdjęcia reprezentacji Irlandii w krykiecie i szaliki kibiców w narodowych barwach, wszędzie koniczynki. W telewizorze biegają piłkarze. Gwar. Goście się schodzą. W warszawskim Morgan’s Irish Pub popijamy guinessa z właścicielem Thomasem Morganem. Zachęca, by popróbować łagodniejsze piwo — kilkenny.
Morgan — jak większość zamieszkałych w Polsce Irlandczyków — sądzi, że traktatowi nicejskiemu mówią „nie” ci, którzy nie znają krajów kandydujących. No pewnie, że chciałby, aby tym razem Irlandia powiedziała „tak”. Ale się specjalnie nie przejmuje, bo wie, że jeśli znów jego rodakom traktat się nie spodoba, tęgie unijne głowy wymyślą jakiś fortel. Dziwi się, kiedy mówimy, że Irlandczycy z Banku Zachodniego WBK nie chcą z nami rozmawiać o sobotnim referendum.
— Może się boją... Ale przecież po poprzednim głosowaniu tylko jeden facet miał do mnie w Polsce pretensję o wynik. Skoro biznesmeni nie chcą o tym mówić... Być może to sygnał, że znowu będzie sprzeciw — zastanawia się Thomas.
Nie zawsze jednak — po odrzuceniu przez Irlandczyków traktatu nicejskiego w 2001 roku — Polacy trzymali emocje na wodzy.
— Pracowałam wtedy nad dużym projektem rekrutacyjnym. Grupa polskich informatyków miała za kilka dni wyjechać do pracy w Irlandii. Kontrakty już na nich czekały, lecz paru ludzi odmówiło podpisu. Powiedzieli, że nie chcą jechać tam, gdzie głosowano przeciw rozszerzeniu Unii — wspomina Martina Ruddy-Załuska, zastępca kierownika polskiego oddziału firmy doradztwa personalnego Grafton Recruitment.
„Polscy Irlandczycy” mają przeświadczenie, że wciąż wielu Irlandczyków z Wyspy nie rozumie, o co naprawdę chodzi w referendum i jakie znaczenie dla państw kandydujących ma jego wynik.
— Zawinił rząd. Brakuje informacji, edukacji. Zwłaszcza ludzie na wsi, nie znający świata, czują się zagubieni. Proste: boją się, że kraj, który latami dostawał dotacje z unijnej kasy — straci. Bo pieniądze popłyną do nowych członków Wspólnoty — uważa Martina Ruddy-Załuska.
John Mulcahy, prezes Silicon & Software Systems, części Philips Elektronics, też nie ma pewności, że Irlandczycy Polaków nie zawiodą.
— Nie tylko Polska ma swego Leppera. I u nas są „oszołomy”, ukrywające się pod takimi hasłami, jak tradycja, ojczyzna. Jeżeli wynik głosowania będzie niepomyślny dla Polski, oni będą winni. Ale nie ma to nic wspólnego z negatywnym nastawieniem do Polaków! — twierdzi Mucalhy. Nisko szacuje poziom wiedzy Irlandczyków o krajach wstępujących do Unii Europejskiej. Wyspiarze, jak i Polacy, boją się tego, czego nie znają.
Bardzo religijna matka trójki braci Morganów często przyjeżdża do Polski. Jest pod wrażeniem wielości kościołów w Warszawie.
— Spędza w nich wiele czasu na modlitwie. Uważa, że jesteście szczęśliwym narodem — mówi Thomas.
Thomas pracował w Londynie. Ale po zamachach bombowych w latach 1993-94 nastał zły czas dla Irlandczyków w Wielkiej Brytanii. 9 lat temu trafił do Warszawy. Jedyne co wiedział o Polsce: za sąsiada ma Rosję.
— Namówił mnie ojciec. Prowadził wtedy w stolicy pub Emerald. Pobyt miałem potraktować jak wakacje: wyjechać, jeśli się będę źle czuł. Zostałem... — wspomina Thomas.
Teraz w Polsce działa imperium Morganów: dwóch braci i ojciec otworzyli trzy puby — w Katowicach (ojca) w Warszawie (najstarszego brata Thomasa) oraz Irish Arms w Krakowie, prowadzony przez średniego brata Morrisa. Tylko najmłodszy, Sean i jego żona wybrali życie w Irlandii. Inni bracia zapuścili korzenie, pożenili się z Polkami.
Kiedy ktoś w Polsce się dowie się, że Thomas jest Irlandczykiem mówi: „O, nie lubisz Anglików!”.
— Eee tam... Oceniam ludzi, gdy ich poznam. Skąd pochodzą, nie jest ważne. Podoba mi się w Polsce. Jesteście tolerancyjni i gościnni. Zapraszacie się do domów, urządzacie parapetówki, zostawiacie puste nakrycie przy wigilijnym stole — twierdzi Thomas.
Widzi masę polsko-irlandzkich podobieństw: religijność, mentalność, wspólne życie 2-3 pokoleń pod jednym dachem. Silny charakter oraz pasję, z jaką ludzie pracują. I historię. Irlandczycy też przez wieki byli, jak my, pod uciskiem obcego mocarstwa: za język, wiarę, umiłowanie niepodległości. Wybaczyli, ale nie zapomnieli.
— Zapamiętałem na całe życie, kiedy nauczyciel w szkole opowiadał mi historię katolickiego księdza, któremu zabroniono odprawiać mszę w świątyni. Zbierał wiernych pod gołym niebem. Przychodziły tłumy. Angielscy żołnierze chcieli z tym skończyć. Postanowili go zastrzelić. Jeden z wiernych zamienił się z księdzem na ubrania. I to jego zabito — wspomina Thomas.
— Polacy — jak my — potrafią ciężko pracować, ale wiedzą też, jak się bawić. Piwo, pub, muzyka. Zabawa do białego rana... Nie spotkałem się z tym nigdzie indziej poza Irlandią i Polską. Czesi z imprezy wychodzą o godzinie 23.00. Jak Niemcy czy Belgowie. Najlepiej bawimy się w towarzystwie Polaków — zapewnia John Mulcahy.
Irlandczykom Polska przywodzi na myśl ich kraj sprzed 30 lat: biurokracja, popieranie „swoich ludzi”.
Mulcahy wahał się, czy przyjąć posadę w Polsce. Rodzina mówiła: jedź, znajomi: zostań. Zwyciężyła ciekawość. Przyjechał do Wrocławia na rekonesans. Spodobało się.
— Tutaj żyje się wolniej. Moje miasto ma czystsze powietrze. Nie stoi się w korkach... A przynajmniej nie w takich jak w Dublinie — dodaje.
Thomas Morgan widzi, że główną troską ludzi w Polsce jest zarobek. Zaprząta to także niewielką wspólnotę warszawskich Irlandczyków. Jeszcze kilka lat temu 17 marca, w dniu narodowego święta Irlandii, ludzie szli od Starówki przez Krakowskie Przedmieście aż do pubu Morgana, gdzie bawili się, zbierając przy okazji pieniądze na cele charytatywne. 2 tys. USD wspomogło walkę z rakiem. Od dwóch lat nikt nie jest już urządzaniem parad zainteresowany.
Ciekawa świata Irlandka, absolwentka ekonomii, postanowiła pracować w Afryce. Ale organizacja, rekrutująca nauczycieli angielskiego, posłała Martinę Ruddy do... Międzyrzeca Podlaskiego. Na ścianę wschodnią, do społeczności rolników, którzy zadziwili córkę irlandzkiego farmera tym, że wciąż wykorzystują pracę koni.
Pracowała tam dwa lata, potem rok w dużym mieście. Zasmakowała w bigosie, pasztecie i barszczu z uszkami. Nie przekonała się tylko do — nieznanej w jej ojczyźnie — galarety.
Po trzech latach wróciła do Irlandii. Przepracowała rok. Polska ją przyzywała, bo zostawiła tu mężczyznę, który później został jej mężem. W końcu w dublińskiej gazecie przeczytała, że Grafton otwiera oddział w Warszawie. Decyzję podjęła w sekundę.
— Z mężem zdecydowaliśmy się żyć tutaj, bo mamy dobrą pracę. Mogliśmy sobie pozwolić na kupno mieszkania. W Irlandii raczej nie byłoby nas na to stać — wyjaśnia Martina.
Tęskni za rodziną, przyjaciółmi. Początkowo bardzo brakowało jej życia towarzyskiego — przesiadywania w pubach w piątkowe wieczory i słuchania muzyki.
— Irlandczycy zwykle akceptują każdego. I od razu. Mój mąż, po pierwszym pobycie w Irlandii, był zdziwiony, że na ulicach pozdrawiają się nieznajomi — twierdzi Martina.
Teraz Polacy traktują ją bardzo ciepło. Doceniają, że poznała ich język. A irlandzka rodzina zaakceptowała to, że Martina wybrała życie w Polsce.
— Rodzice byli zaskoczeni, że mieszkam w tak rozwiniętym kraju. Irlandczycy poznają w szkole polską historię, znają choćby Solidarność, nie mają jednak pojęcia, jak wygląda życie codzienne Polaków — opowiada Martina.
Czuje się — jak jej dziecko — pół-Polką. W domu państwa Załuskich zachowuje się irlandzkie tradycje. Choćby przyjęcie dla przyjaciół w dzień św. Patryka. Szykuje wtedy potrawę podobną do bigosu (smażona kapusta i bekon, podawane oddzielnie) oraz kawę po irlandzku. A rodzina przysyła jej w liście zieloną koniczynkę.
— Obchodzimy i polskie święta. Zwłaszcza Wigilię, która wygląda inaczej niż w Irlandii. Tam św. Mikołaj wlatuje przez kominek i przynosi dzieciom prezenty, lecz ten dzień nie ma wymiaru religijnego. Dorośli spędzają go w pubach. Święto dla Irlandczyków to samo Boże Narodzenie — przypomina Martina Ruddy-Załuska.
Co Irlandczyków w Polsce zaskakuje?
— Mało pada, prawie nie wieje. Narzekając na klimat, nie macie pojęcia, co znaczy „bad wheather” (zła pogoda). W Irlandii pada non stop! — uważa John Mulcahy.
Thomas Morgan tęskni za Irlandią tylko w deszczowe dni. Wychodzi na kilkugodzinny spacer. Dopiero wtedy czuje się jak w domu.
— Po ośmiu latach wciąż pamiętam pierwsze wrażenia. Warszawa zadziwiła mnie szarością i wielkimi biurowcami międzynarodowych firm. A ludzie.... żeby móc zbliżyć się do Polaków, trzeba ich najpierw dobrze poznać. Teraz mam męża Polaka i wielu polskich przyjaciół — mówi (piękną polszczyzną) Martina Ruddy-Załuska.
Irlandczycy wkrótce po przyjeździe przestają się dziwić. Zakupy robią w supermarketach, pracują w nowoczesnych biurowcach, a w piątkowe wieczory — chodzą do pubów. Znów jest jak na Wyspie.
Irlandia jest członkiem Unii od 1973 — roku urodzenia Eoina McCoi’a. Co zyskała jego rodzina? Po integracji polepszyły się perspektywy zawodowe rodziców — nauczycieli. McCoi wylicza w skrócie: pojawiło się mnóstwo nowych miejsc pracy, powstała rządowa strategia rozwoju, wykształcono fachowców. Irlandia rozkwitła — także dzięki pieniądzom z Unii.
— Gdyby nie integracja z Unią, bylibyśmy zapyziałym państewkiem gdzieś na obrzeżach Europy — przekonuje ożeniony z Polką Eoin. Przyjechał do nas 2,5 roku temu. Mieszka w Krakowie, gdzie prowadzi firmę.
Ojciec Martiny Ruddy-Załuskiej — dzięki unijnym subwencjom — zmodernizował gospodarstwo. Widziała, jak wskutek tej pomocy wzrasta wśród sąsiadów aktywność, optymizm.
— Wierzę, że po przystąpieniu do Unii Europejskiej, życie w Polsce będzie łatwiejsze. Usprawni się działanie firm takich jak Grafton, pracujących nie tylko na rynku polskim. Łatwiej będzie też inwestować w Polsce. Zmniejszy się biurokracja, nie będzie też problemów z uzyskaniem przez Polaków pozwoleń na pracę za granicą — tak widzi szczęśliwą przyszłość Martina Ruddy-Załuska.
Poznali nas. Chcą, abyśmy razem byli w Unii. Jak zachowają się w sobotę?
Według irlandzkiego prawa, obywatele zamieszkujący poza granicami ojczyzny nie mogą głosować w referendach — z wyjątkiem służby dyplomatycznej i wojskowych. Inni muszą na głosowanie stawić się na Wyspie. Sprawdziliśmy, czy wiedzą o tym nasi rozmówcy.
Martina: — Głosowałabym na tak. Nie zdążyłam z papierami... Nie wezmę udziału w referendum, ale prowadzę lobbying wśród mojej rodziny za jego przyjęciem.
Thomas: — Jasne, że chciałbym, żeby Polska znalazła się w Unii. Ale głosować nie pójdę. Z reguły nie biorę w referendach udziału.
Eoin: — To pewne, że nie zahamujemy wam drogi do Unii. Nie będę głosował, bo akurat wyjeżdżam do USA.
John: — Mieszkam we Wrocławiu i niestety nie mogę przyjechać na głosowanie do ambasady. Może byłoby inaczej, gdybym miał wątpliwości co do wyniku.
Karta do głosowania: W referendum przed Irlandczykami postawiono ogólne pytania: czy akceptują projekt 26. poprawki do konstytucji. Idzie jednak aż trzy kwestie: zgodę na ratyfikację traktatu nicejskiego, w którym również mowa o poszerzeniu Unii, zgodę na bliższą współpracę w poszczególnych dziedzinach grupy co najmniej ośmiu państw — członków UE i zgodę na przystąpienie irlandzkiego wojska do sił Wspólnoty. Pytania są — wbrew pozorom — zawiłe. Aby zapoznać się z treścią samych przepisów trzeba się pofatygować np. na pocztę, gdzie wyłożone są kopie projektów poprawek do konstytucji albo poczytać o tym w Internecie.
