Kochanie, kup papier

Weronika Kosmala
12-09-2018, 22:00

Wyrzuć śmieci i kup papier — czyta inwestor na lodówce, pojmując, że czas ulokować pospolite pieniądze obiegowe w najrzadszych banknotach

Walizka niedomykająca się od dolarów to najwyraźniej przeżytek rodem z filmów o rabusiach w czarnych okularach, bo prawdziwy znawca tematu zna nowe zasady: od stosika pieniędzy pachnących drukarnią lepszy może być tylko samotny, pożółkły papier. Tysiączłotowy banknot z 1794 r. wystawiony zostanie na aukcję 15 września i po samej cenie wywoławczej można wnioskować, że nie o taki papier chodziłoby oszczędnej pani domu — najstarszy drukowany pieniądz Polski licytowany będzie od 120 tys. zł, ale argumentami powinien rozbroić nawet niemiecko gospodarną żonę.

ŻÓŁTE PAPIERY:
Wyświetl galerię [1/2]

ŻÓŁTE PAPIERY:

Fachowo przeprowadzona konserwacja to taka, która nie rzuca się w oczy, a zabezpiecza obiekt przed potencjalnymi uszkodzeniami. Najwyższy nominał z pierwszej polskiej emisji banknotów licytowany będzie od 120 tys. zł jako cenny dokument epoki. Fot. Mateusz Wójcicki

Dobre papiery

Jak przewiduje Salon Numizmatyczny Mateusza Wójcickiego, cena rzadkiego waloru może paść w przedziale 180-240 tys. zł, przy czym trudno odnieść te szacunki do licznych notowań, bo od upadku minionego ustroju taki banknot pojawił się na krajowych aukcjach zaledwie dwukrotnie. Mimo że pierwsza emisja polskich pieniędzy papierowych przypadła na zawieruchę insurekcji kościuszkowskiej, na rynek sporadycznie trafia jakiś świadek tych narodzin — z potarganymi rogami, poprzecierany albo korzystniej ocalały, ale raczej nie o najwyższym nominale.

Nakład tysiączłotowych banknotów wyniósł tylko 1 tys. egzemplarzy — informuje katalog— dlatego tzw. trzeci stan zachowania równie dobrze mógłby być czwartym albo gorszym, co przy repertuarze możliwych uszkodzeń łatwo sobie zaprojektować w głowie. Na rynku najrzadszych pieniędzy papierowych kwestia poziomu nieskazitelności traktowana jest stosownie do upływu czasu, a od siatki zagnieceń i przetarć na wylot znacznie groźniejszy może się okazać konserwator o gorliwości godnej niespełnionego artysty. Stare banknoty, które za sprawą ubytków przypominać potrafią pluszaki z oderwanymi uszami, bywają zabytkami muzealnej klasy, dlatego każda ingerencja powinna sprowadzać się tylko do zabezpieczenia fragmentów wrażliwszych od oka, a nie do przywrócenia emisyjnego stanu najświeższą twórczością.

O tym, jak istotny jest fachowy proces konserwacji dla rynkowej wartości, świadczy więc nota katalogowa wystawionego obiektu, stwierdzająca stanowczo, że nad prawym dolnym narożnikiem pochylał się ekspert najbardziej wykwalifikowanej pracowni. Zestaw czynników przesądzających o inwestycyjnym potencjale wydaje się więc pozornie ułożony, dlatego czas na starcie w domowym gospodarstwie: oszczędna żona już gotowa jest się zgodzić, ale kręci nosem — w katalogu widziała w końcu banknoty jakby od Diora, a przynajmniej w odcieniach pudru i fioletu.

Trendy z wybiegów

O ile nota pierwszego banknotu zdecydowanie przemawia do wypatrującego rzadkości inwestora, opis XX-wiecznej pozycji sprostać powinien również wymaganiom z Wenus: emisja zawdzięczaswoją popularność pięknej szacie graficznej, co w dużej mierze wynika z faktu, że druk wykonano w zakładach graficznych Clermont- Ferrand w Paryżu, zaś projekty wyszły spod rąk francuskich projektantów. Czytając taki fragment, wypada zapytać, czy wyłącznie tym wdziękom dziesięciozłotówka na fantazyjnie fakturowanym papierze zawdzięcza cenę wywoławczą na poziomie 30 tys. zł — raczej nie, bo w przypadku egzemplarza z 1919 r. katalog śmiało posługuje się sformułowaniem „najrzadszy polski banknot XX wieku”.

Kolorystyka o pełnej drukarskiej świeżości trochę oszukuje nasze oczy, zacierając wrażenie, że dziesięciozłotowe banknoty zużywały się w obiegu najszybciej, wyciągane nie tylko przez dłonie w cielęcych rękawiczkach. Kiedy przedwojenne niskie nominały trafiają więc na współczesne aukcje w prawie nienadwerężonych stanach, a o żywą kolorystykę nie troszczył się po drodze żaden artysta, przepis na rekord wydaje się kompletny i sprawdzony. Przezorna gospodyni doceniłaby wiadomość, że jeszcze w tym roku 10 zł z tą samą datą uzyskało na aukcji stawkę 110 tys. zł — egzemplarz w emisyjnym stanie wystawiony przez Gabinet Numizmatyczny Damiana Marciniaka ustanowił rekord półrocza i szeroko otworzył niektóre zaspane oczy. Rynek delikatnych pieniędzy papierowych z odwagą wychylił się z cienia brzęczących królewskich monet, sygnalizując wyraźnie, jak silnie mógł być niedoceniany — w inwestorach budząc instynkt łowcy niedoszacowanych walorów, a w inwestorkach być może dodatkowy, opiekuńczy odruch matki. © Ⓟ

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Weronika Kosmala

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Waluty / Kochanie, kup papier