Kokaina od niedzieli na receptę

Fiołkowa żyła wypełzła na skroń doktora, filozof rozpromienił swój narkotycznie mokry wzrok, a lokomotywa ruszyła, wyrzucając chmurę śniegu zamiast pary. Puszcza umysłów Wyspiańskiego, Witkacego i Malczewskiego zaprasza na orgię — do Agry-Art

Wyspiańskiego portret cnót

Pediatra w fularze narkotyzuje wzrokiem — schludnie, chłodno, bez ryków do świtu i brudu niedopałków. Portret z pracowni Stanisława Wyspiańskiego (na zdj.) nie ma w sobie nic z lepkiego klimatu witkacowskiego rauszu, bo za ceną wywoławczą rzędu 420 tys. zł stoi poważna twarz Jana Rudolfa Raczyńskiego, zasłużonego lekarza.

Twórca oddzielnego wydziału na uczelni i oddziału w szpitalu został przez Wyspiańskiego wybrany do jego galerii pastelowych portretów krakowskich osobistości. Doktor, zupełnie jakby wiedział, jak kolekcjonerską będzie kiedyś rzadkością, przybrał na obrazie z 1904 r. dystyngowanie surowy wyraz twarzy — a pytanie brzmi, jak to się stało, że nie zastygł, jak zastygły setki różnych portretowanych notabli, tylko wciąż patrzy. Szybka kreska Wyspiańskiego pominąć mogłaby tło czy zgubić jakiś guzik w marynarce, ale właśnie dlatego na rynku jest tak cenna, że w swoich różowoniebieskich pociągnięciach szczelnie zamyka nastrój — trwający stan zamyślenia, który nie gaśnie w oczach pediatry. Gorliwie nadużywane sformułowanie o malowaniu wnętrza nie jest więc w tym przypadku wydumane, jednak jeśli inwestor wolałby czynniki bardziej mierzalne, o wartości obrazu decyduje również jego proweniencja. Pochodzenie obiektu ze zbiorów znanego kolekcjonera zawsze podnosi stawkę, a tym razem odpowiadają za to chemik i doktor praw Hilary Stykolt wraz z żoną Henriettą z domu Ring. Skupiony wzrok doktora Raczyńskiego lustrował pewnie jedno z wysmakowanych wnętrz ich domu, tak samo jak wcześniej, kiedy portretowany przyglądał się dzieciom. Zaglądał zresztą też do pociech Wyspiańskiego, kiedy chorowały, zaspane najpewniej jak na obrazach — w ciepłych pieleszach, miękko rysowanych secesyjną kreską.

Witkacego bunga-bunga

Zupełnie inne podejście do pacjenta niż pediatra z liliową żyłką na czole wykazywał pewien zakopiański radiolog, Teodor Białynicki-Birula, któremu Witkacy wywdzięczał się za narkotyki, darowując powstałe podczas libacji obrazy. O rozmachu obu panów dają wyobrażenie dopiero dane mówiące, że kiedy Białyniccy wyprowadzali się z Zakopanego, zgromadzili już ponad trzysta dzieł Witkacego. Wykrzywione odurzeniem portrety pozostawały w domu doktora, goszczącego towarzystwo na przyjęciach nazywanych „orgiami”, podczas których radiolog sprawował również fachową opiekę nad tymi, których częstował narkotykami. Jednego z październikowych wieczorów w 1931 r. w artystycznym eksperymentowaniu z używkami brał z pewnością udział profesor filozofii Jan Leszczyński, dzielący z Witkacym nie tylko pasję do dywagowania, ale też więcej niż jedną, tymczasową ukochaną. Uśmiecha się niepewnie na jednym z wystawionych w Agrze-Art obrazów (na zdj.), jakby się domyślał, że 15 października będzie można go licytować od 35 tys. zł, ale końcowa stawka może wynieść nawet trzy razy więcej. Według oznaczeń stosowanych przez Witkacego, jest w końcu typem „C”, czyli „bezcennym”, zwolnionym z opłat, zastrzeżonym dla osób z bliskiego kręgu. Inne dopiski pod spodem to „Co” — skrót świadczący o wykonaniu dzieła pod wpływem kokainy — i „NP 8 m”, rozwijane jako ósmy miesiąc bez papierosów. Jaskrawie różowym pastelem dodana jest też adnotacja „+ N.S.” — bo Nena Stachurska, związana i z portretowanym, i z Witkacym, była obecna przy tym dzikim twórczym akcie. Aktorka zakopiańskiego teatru o potarganych falach włosów była muzą tamtejszej bohemy, zanurzając się, razem z Witkacym, w różnych dziedzinach, od dramatu po jego malarstwo.

— Wielowymiarowość — to może najważniejsza cecha Witkacego, która bez wątpienia łączyła go ze wspomnianym wcześniej przedstawicielem Młodej Polski. Żaden z nich nie ograniczał się wyłącznie do malarstwa, tylko działał w innych obszarach sztuki, a Wyspiański — mimo wszystko — w kulturze masowej o wiele bardziej znany jest ze swoich dramatów. W obu przypadkach efekt tej synergii widoczny jest na rynku, bo większa rozpoznawalność zawsze przekłada się na zainteresowanie — komentuje Konrad Szukalski z Agry-Art, wspominając groteskowych „Szewców” Witkacego jeszcze ze szkolnej ławki.

Malczewskiego szalona lokomotywa

W nadzorowanych doktorskim okiem ucztach brał również udział Rafał Malczewski, syn Jacka, ale artysta już innej epoki — nie czuł się Polskim Hektorem jak ojciec, malował raczej zaśnieżone stoki, zamarłe w ciszy budynki, podmiejskie kolejowe stacyjki. O szynowym transporcie mówił jako o świecie, który go przyciąga i do którego równocześnie czuje coś pokrewnego ze wstrętem. Jeden z jego obrazów, które trafią na niedzielną aukcję, ma cenę wywoławczą 60 tys. zł, przedstawia stację kolejową (na zdj.) i został namalowany w 1927 r., chociaż nie wiadomo, o jakiej porze dnia czy roku, a możne nawet w ogóle poza czasem. Takie nieme zawieszenie tworzą bezlistne drzewa i ciepława fioletowa łuna, razem z pionową strugą bieli z dachu — będącą być może soplem — i gęstym obłym kłębem, snującym się za pociągiem jak dym, mimo że w ten sposób artysta malował zwykle hałdy śniegu. Pnie drzew nasiąknęły atramentem, fasady domów przybrały dwa różne turkusy, a budynek samej stacji ma liliowy dach i stonowaną, ale cytrynową elewację, przeglądającą się w lusterkach kałuż.

Witkacy pisał, że jego przedstawienia są „wynikiem stworzenia zupełnie innego świata, mającego zewnętrznie dalekie tylko podobieństwo do układu, w którym jak w więzieniu tkwić jesteśmy zmuszeni”. Może to jedna z tych kolejek zamkniętych w szklanych kulkach, którymi wystarczy potrząsnąć, żeby zawirowała zima.

 

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Weronika Kosmala

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Kokaina od niedzieli na receptę