Ignacy, Dofinansowanie
Czy jest Pan za dofinansowaniem z publicznych pieniędzy, prywatnych instytucji finansowych (takich jak banki)? Jeśli nie, to dlaczego? Jeżeli tak to na jakich zasadach?
Grzegorz W. Kołodko: Cóż, bywa tak, że trzeba je
dofinansowywać. Jest tak, gdy takie posunięcie jest tzw. mniejszym złem.
Uciekliśmy się to tego i my, w Polsce, kiedy to po okresie "szoku bez terapii"
na początku lat 90. wiele banków (wtedy jeszcze państwowych) zostało wpędzonych
w tarapaty wskutek głębokiej recesji (spadek PKB o ok. 20 proc. podczas 12
kolejnych kwartałów od połowy 1989 do połowy 1992 roku, a produkcji przemysłowej
o ok. 40 proc.). Kiedy takie dofinansowanie z kasy publicznej, bo z budżetu
Państwa (niekiedy z zasobów banku centralnego, a więc banku Państwa) może -
może, nie musi - mieć ekonomiczny sens? Tylko wtedy, gdy nieuczynienie tego
pogorszyłoby sytuację jeszcze bardziej. Ale także i tylko wtedy, gdy w ślad za
tym idą stosowne, niekiedy radykalne i trudne działania restrukturyzujące
gospodarkę i modyfikujące jej instytucje po to, aby tak konieczność więcej się
nie powtórzyła. To ciekawe, że akurat w Polsce nam się to udało.
I proszę
sobie przypomnieć, co wypisywano, gdy z wysiłkiem dokapitalizowaliśmy banki, nie
tylko PKO BP czy BGŻ, ale jeszcze kilka innych, dzisiaj znakomicie
funkcjonujących. W Polsce więc nie było to wtedy - podczas realizacji "Strategii
dla Polski" w latach 1994-97, choć zapoczątkowano te działania już w roku 1993 -
błędem. A jak jest dziś w USA, w wielu krajach UE? Podobnie, pod tym drugim
warunkiem. Otóż muszą za tym pójść dalsze działania usuwające systemowe
przyczyny, które teraz wymuszają takie działania.
hr-aabia
Czy nie lepiej byłoby dla Światowej gospodarki ,,dać,, upaść
bankrutom zza oceanu niż pompować w nie pieniądze?Banki inwestycyjne które są
teraz nad przepaścią, same na ślepo szły za głosem p. Greenspana i nich ponoszą
tego konsekwencje.
I to dobre pytanie! Akurat bardzo łączy się z poprzednim. Dano upaść
takim bankrutom jak wcześniej potężny Lehman Brothers i skutki tego teraz
odczuwa nie tylko on. Skądinąd warto też się zastanowić, dlaczego ten bank
"poszedł na dno", a innym rzucono "koło ratunkowe"... Otóż i tym razem mamy do
czynienia z sytuacją "mniejszego zła". Tak, można było pozostawić sytuację
"niewidzialnej ręce rynku". Skoro do kryzysu doprowadziła, to i z niego by
wyprowadziła. Tyle że dużo większym – większym, nie mniejszym – kosztem (także
dla finansów publicznych) i potrwałoby to znacznie dłużej.
Banki to
szczególnego typu podmioty gospodarcze, bo od ich funkcjonowania – kapitału,
płynności, elastyczności, pieczy nad efektywnością inwestycji – zależy
funkcjonowanie masy innych podmiotów. Dlatego też czymś zgoła odmiennym jest
ewentualne dopuszczenie do upadłości nawet takich gigantów, jak motoryzacyjne GM
czy Ford, a czym innym banków. W tym drugim przypadku nie tylko winni bankierzy
poszliby z torbami (na co zasługują), ale także wielu Boga winnych ludzi – tak
przedsiębiorców, jak i konsumentów. Dlatego też bankom należało pomóc, ale
firmom motoryzacyjnym niekoniecznie.
Jeśli jednak nie pójdzie się dalej i
winni doprowadzenia do kryzysu nie zostaną odsunięci, a zamian strukturalnych i
instytucjonalnych wyrzucających na śmietnik historii neoliberalizm nie będzie,
to okazałoby się, że takie nieortodoksyjne posunięcia są błędem. Czy są, czy nie
– okaże się zatem dopiero za jakiś czas.
Michał:
Czy neoliberalizm na pewno zakończył się klapą? Dlaczego uważa
Pan, że obecna polityka jest klapą neoliberalizmu, zakładam że też monetaryzmu?
Moim zdaniem od lat Amerykanie prowadzili politykę keynesizmu. Na dowód mojej
tezy przytoczę poniższe fakty :po 1- Amerykanie przez ostatnie udzielali
nadmierną ilość kredytów hipotecznych, czym sztucznie podtrzymywali wzrost
gospodarczy. Keynes: "pieniądz zainwestowany generuje w przyszłości wielokrotnie
więcej pieniędzy na spożycie, które z kolei pobudzają następne inwestycje i cała
gospodarka nabiera rozpędu". po 2- spekulacje kredytami hipotecznymi. Adam Smith
w swoim dziele "Badania nad natutrą..." krytykował system spekulacji wekslami
występujący w Szkocji, gdzie banki działały całkowice samodzielnie i zdarzało
się że bankrutowały, czym wywoływały kryzysy, a chwalił Bank Centralny Anglii,
który sprawował nadzór nad bankami prywatnymi.
Nie twierdzę tak bezkrytycznie, że "neoliberalizm na pewno zakończył
się klapą". Najważniejsze, byśmy odróżniali neoliberalizm od liberalizmu. Piszę
o tym w "Wędrującym świecie" www.wedrujacyswiat.pl. Tamże (s. 206-256) jest rozdział
zatytułowany "Upadający neoliberalizm i jego marna spuścizna, czyli dlaczego
szkodliwa koncepcja na czas jakiś zawojowała pół świata i jak sobie z tym
poradzić". A więc wciąż jeszcze "upadający", a nie upadły. Ten epizod jeszcze
się nie zakończył. Czym jednakże nastąpi to szybciej, tym lepiej. Wszystko to
jest opisane w książce, więc nie ma potrzeby powtarzania nieubłaganych i
klarownych argumentów. Neoliberalizm kompromituje się teraz nawet w Stanach
Zjednoczonych, a że jego beneficjenci i apologeci próbują wyłgać się
z intelektualnej, moralnej i politycznej odpowiedzialności na zasadzie "krzyczy
złodziej, łapaj złodzieja!"? A czego się spodziewaliście?
Powiadam, że
obecny amerykański kryzys finansowy i jego fale przelewające się z jednej strony
do sfery realnej, z drugiej zaś do światowej gospodarki, to przedostatni gwóźdź
to trumny neoliberalizmu. A co może być ostatnim? Otóż tylko lepsze od niego
propozycja. Z pewnością nie może być nią państwowy socjalizm ani jakiś,
obojętnie lewicowy czy prawicowy, populizm. Nie może to być także keynesizm w
swojej klasycznej formie, ale też nie może to być podręcznikowy monetaryzm.
Trzeba szukać. proponuję w "Wędrującym świecie" www.wedrujacyswiat.pl, by był to
oparty na koincydencji teorii rozwoju nowy pragmatyzm (s. 315-332, rodz. VIII
pt. "Koincydencji teoria rozwoju i nowy pragmatyzm, czyli od czego zależy wzrost
produkcji i rozwój gospodarczy i co robić, aby było lepiej").
Michał ma
rację podnosząc kwestie przydatności zarówno pewnych elementów monetaryzmu, jak
i keynesizmu. Też tak to postrzegam. Ale współcześnie, w warunkach globalnej
gospodarki i epoce Internetu, trzeba pójść dalej. Tylko w twórczej synergii
potęgi rynku – już światowego – oraz w reinstytucjonalizacji współzależnej
zglobalizowanej gospodarki po to, by stworzyć stosowne mechanizmy regulacji na
skalę transnarodową szansa na zrównoważony długofalowy rozwój. A przecież o to
chodzi.
Wiesław:
Czyż liberalizm nie jest wolnością ograniczoną nie szkodzeniem
innym? Jeśli tak, to czy jednak kluczowe przyczyny obecnego kryzysu nie tkwią
właśnie w odejściu od pryncypiów wolności gospodarczej? W mojej ocenie źródeł
kryzysu należy szukać w braku korelacji pomiędzy efektami globalizacji a
polityka gospodarczą, finansowa realizowaną na poziomie poszczególnych państw.
Sytuacja, w której aktywa instytucji finansowej są porównywalne z PKB, a
niekiedy nawet większe, państwa siedziby danej instytucji, stwarza nowe
zagrożenia do których szeroko rozumiane nadzory finansowe nie były przygotowane.
Drugim kluczowym elementem przyczyn kryzysu, w mojej ocenie, było nadmierne
oderwanie stosowanych i znajdujących się w obrocie instrumentów finansowych od
"fizyczności" przedmioty danego instrumentu. Słynne dziś "sub prime" gdyby swym
zasięgiem ograniczały się do wsparcia zdolności kredytowej to zapewne nie
wywołałyby takiego "zawirowania". Błędem było stosowanie tych instrumentów na
skalę pozwalającą na zwielokrotnienie zdolności…
Wiesław ma rację z jednym "ale". Jak już podkreśliłem w poprzedniej
odpowiedzi, trzeba odróżniać "liberalizm" od "neoliberalizmu". Liberalizm –
demokracja, wolność gospodarcza, przedsiębiorczość, konkurencja, prywatna
własność – tak, ale wykorzystywanie tych wspaniałych haseł w celu
wykorzystywania większości przez mniejszość, tzw. elity – nie. Neoliberalizm
myli środki (niska inflacja, zrównoważony budżet, prywatyzacja) z celami
(zrównoważony rozwój). Neoliberalizm uprzedmiotawia człowieka, ufinansowiając
bez mała wszystko, łącznie z handlem biedą i śmiercią…
Liberalizm traktuje
pieniądze instrumentalnie. Neoliberalizm odrywa sferę finansową od realnej i
podporządkowuje ją sobie aż do granic makroekonomicznej irracjonalności (kryzys
jest przejawem i dowodem jej przekroczenia). Liberalizm – w ramach demokracji i
wolności gospodarczej, a jakże! – posługuje się sferą finansową dla ekspansji
sfery realnej. Neoliberalizm to kapitalizm kasyna. Liberalizm to kapitalizm
przedsiębiorczości. TO ZA CZYM JESTEŚCIE? Za neoliberalizmem?!
A tak to
zgadzam się z bystrymi uwagami Wiesława. Może tylko tyle, by nie przesadzać ze
znaczeniem nierównowagi na substandardowych rynkach kredytów hipotecznych (tzw.
sub-prime w USA), bo i bez tego doszłoby do amerykańskiego kryzysu. Był one
nieunikniony od wielu już lat, co pokazuję w "Wędrującym świecie"
www.wedrujacyswiat.pl. Jak nie sub-prime, to zadziałałby inny zapłon. Teraz
eksponuje się ten wątek pod bałamutnym hasłem, że oto pod naciskiem socjalnych
czy keynesowskich argumentów rozmiękczono politykę udzielania kredytów. Ale
przecież to nie wspieranie budownictwa mieszkaniowego nadmuchało rynek
instrumentów pochodnych, tylko właściwa neoliberalizmu ekspansja chciwości i
iluzja monetarna.
Może jeszcze dodam, że przecież my w Polsce też
instrumentami fiskalnymi wspieraliśmy budownictwo mieszkaniowe. Pewnie
rozsądniej niż w USA, ale nade wszystko towarzyszący temu całokształt regulacji
(a więc PAŃSTWO!) i polityki makroekonomicznej (a więc PAŃSTWO!) skutecznie
okiełznały potencjalne ekscesy rynku.
Andrzej, euro po 4 zl:
Jakie argumenty przemawiają, żeby parytet wymiany euro za złotówkę był 4, a nie np. 3,5? Wiadomo, że jeśli wymieniać będziemy po 3,5 za euro, dostaniemy relatywnie większe płace. Czy obawia się pan inflacji, bo jakiegoś innego zagrożenia to ja nie widzę.
Inflacji się nie obawiam, co nie oznacza, że nie trzeba uważać; licho
nie śpi. Rzecz natomiast w tym, że zarówno przy przeliczeniu złotych na euro po
kursie 3,50, jak i 4,00 (trzymajmy się tych okrągłych liczb jako przykładowych)
siła nabywcza dochodu (płaca, emerytura, stypendium) będzie ex post, tj. po
konwergencji walutowej, taka sama.
Dajmy na to, zarabiasz teraz 3.500
złotych i przy kursie wymiennym 3,50 dostałbyś 1.000 euro. A telewizor plazmowy
kosztuje teraz 3.500 złotych i po wymianie też kosztowałby 1.000 euro. Gdyby zaś
wymienić dochód według przelicznika 4,00 za euro, to wynosiłby on 875 euro. I
tyleż kosztuje kosztowałby nasz telewizor, bo i w tym przypadku przeliczenie
jest takie samo. SIŁA NABYWCZA JEST TAKA SAMA.
Konkurencyjność polskiej
gospodarki za to jest większa! Producenci, dla których eksport (a więc i
zatrudnianie ludzi, a więc i możliwość płacenia podatków do gminy i Państwa, a
więc i zdolność zwracania bankom zaciągniętych kredytów wraz z naliczonymi
odsetkami) jest opłacalny dopiero wtedy, gdy, przyjmijmy, uzyskują za euro
minimum 3,75 (a takich jest mnóstwo – od firm przemysłu meblarskiego i
przetwórczego po huty i stocznie!). A więc przy kursie 4,00 złote szybciej
rośnie eksport. To ważne, bo zważywszy na skalę polska gospodarka, jeśli chce
odnieść historyczny sukces, to w tej fazie globalizacji musi oprzeć swą
ekspansję na wzroście ciągnionym przez eksport.
W 2008 roku sprzedajemy za
granicę towarów za jakieś 126 miliardów euro. Bank Citi Handlowy prognozuje, że
eksport wzrośnie w roku 2009 zaledwie do około 140 miliardów euro, czyli o 11,8
proc., podczas gdy import – już w tym roku większy od eksportu o 15,6, a w
przyszłym aż o 22,7 miliarda euro! – miałby się zwiększyć aż o 15,5 proc., do
ponad 163 miliardów euro. Założenie takie czyni się prognozując na koniec
przyszłego roku kurs euro wobec złotego na poziomie 3,38. To teraz wyszacujmy, o
ile większy byłby, ceteris paribus, eksport i relatywnie mniejszy import przy
kursie 4,00. Setki tysięcy nowych miejsc pracy, WYŻSZE DOCHODY (może już na
przykład 925 euro?, a w latach następnych 1.000 i więcej, a telewizory wciąż
poniżej 900?), większe zyski (a więc i inwestycje), ale także wpłaty (a więc i
wydatki) z budżetu...
A złe strony? Cóż, te zawsze są. Gdyby ich nie było,
to i ekonomiści byliby nie potrzebni. Minimalnie wyższa inflacja, wyższe koszty
turystyki wyjazdowej (ale więcej turystów w Polsce i wyższe transfery od
zarobkujących za granicą), wyższe koszty obsługi wcześniej zaciągniętych w
walutach obcych kredytów mieszkaniowych i innych, wyższe koszty w złotych
obsługi długu zagranicznego. Dlatego też trzeba wyważyć to wszystko w
kompleksowym rachunku. Otóż bilans całościowy jest zdecydowanie korzystny! I to
tym bardziej, im bardziej wydłużamy horyzont czasowy tego rachunku
ekonomicznego. A pamiętajmy, że do euro wchodzi się raz w życiu! I mielibyśmy
tam wejść po niewłaściwym, czyli erodującym konkurencyjność polskim firm
kursie?!
Leszek, polityka państwa:
Czy nie uważa Pan, że obecny kryzys jest rezultatem błędów w polityce gospodarczej polegających na nadmiernej podaży pieniądza? Czyli, czy przypadkiem kryzys nie jest efektem odejścia od polityki liberalnej poprzez sztuczne (rządowe, instytucjonalne) ułatwienie dostępu do kredytu? I drugie pytanie: - czy dobrym lekarstwem jest zwiększenie podaży pieniądza (dalsze zwiększanie deficytów, dotowanie upadających branż itp.)
Z pewnością nie jest dobrym sposobem przezwyciężania kryzysu
dotowanie upadających branż. Wyciąganie pomocnej dłoni ze środkami publicznymi
może – powtórzmy, może – być uzasadnione, gdy ma to doprawdy charakter wyjątkowy
czy wręcz jednorazowy i towarzyszy temu strukturalne usunięcie przyczyn, które
doprowadziły do trudnej sytuacji. Natomiast jeśli "upadanie branż itp." bierze
się z przeinwestowanie (amerykańskie koncerny samochodowe) czy ze złego
zarządzania (niektóre europejskie linie lotnicze), lepiej oczyścić z nich
gospodarkę, pozwalając na upadłość i wyeliminowanie przez konkurencję. Trzeba
tylko zapewnić instytucjonalnie, by była to uczciwa konkurencja. Odmiennie
wygląda sytuacja polskich stoczni, które do trudnej sytuacji doprowadził w
zasadniczej mierze niekorzystny kurs złotego erodujący konkurencyjność wielu
polskich firm. W takiej sytuacji pomoc może być uzasadniona, o ile jest szansa,
że przyczyna ja wymuszająca (a więc niekorzystny kurs) zostanie usunięta. Jeśli
nie, to sytuacja z czasem się powtórzy.
Co zaś do podaży pieniądza, to
generalnie w sytuacji ograniczonej zaburzeniami kryzysowymi płynności rynku
międzybankowego i skurczonej skokowo zdolności kredytowej banków trzeba ją
zwiększać. W innym przypadku kryzys natychmiast przenosi się na sferę realną, a
stamtąd do sfery finansów publicznych. Gangrena toczy się po całej gospodarce i
wówczas koszty wyjścia z kryzysu są jeszcze większe.
Oczywiście, trzeba być
świadomym tego, że różne są formy zwiększania podaży pieniądza. Można
oddziaływać kanałami fiskalnymi bądź stricte pieniężnymi. Co innego powoduje
zmniejszanie podatków dla gospodarstw domowych (wzrost popytu konsumpcyjnego),
co innego dokapitalizowanie banków (wzrost podaży pieniądza kredytowego i, w
ślad za tym wzrost popytu tak przedsiębiorstw (zaopatrzeniowego i
inwestycyjnego), jak i gospodarstw domowych (konsumpcyjnego i inwestycyjnego na
rynku mieszkaniowym).
chupacabra, etatyzm:
Witam. Czy "odkrycie" przez ekonomistów zjawiska, jakim jest moral hazard, nadal nie jest Pańskim zdaniem gwoździem do trumny dla państwowego interwencjonizmu? Czy nomen omen moralnym (i rozsądnym - patrz: efekt wypychania) jest by państwo arbitralnie rozdawało ciężko wypracowane przez podatnika pieniądze upadającym, nieefektywnym biznesom?
Państwo nie ma nikomu nic "rozdawać", a już na pewno nie "upadającym,
nieefektywnym biznesom" "ciężko wypracowane przez podatnika pieniądze". Państwo
ma z jednej strony tworzyć właściwe dla rozwoju uczciwej przedsiębiorczości
instytucje, czyli reguły rynkowej gry (określenia "instytucje" używam w
znaczeniu behawioralnym; szerzej o tym w rozdz. VIII zatytułowanym "Instytucje,
polityka i kultura a zastój i rozwój, czyli o regułach gospodarczej gry,
szkodliwe i postępowej polityce oraz znaczeniu kultury w rozwoju", s. 291-314
"Wędrującego świata" www.wedrujacyswiat.pl), z drugiej zaś troszczyć się o
prorozwojową redystrybucję dochodów. Ani pierwszego, ani drugiego nie jest w
stanie z natury rzeczy załatwić sam rynek. Dlatego też tzw. moral hazard
bynajmniej nie jest "gwoździem do trumny dla państwowego interwencjonizmu". Ten
w przyszłości będzie miał się znacznie lepiej i – w odróżnieniu od upadającego
neoliberalizmu – śmierć mu na razie nie grozi.
To nie oznacza, że nie
problemu. Co to, to nie. Interwencjonizmowi Państwa w gospodarkę zawsze
towarzyszy ryzyko przestrzelenia, choć ostatnio w wielu krajach, gdzie górę
przejściowo brał neoliberalizm, raczej go nie starczało. Z interwencjonizmem
jest podobnie jak z cholesterolem: jest dobry i zły. Podczas gdy jednego bywa za
dużo, drugiego nie starcza. Rzecz zatem w kunsztownej polityce posługiwanie się
instrumentami interwencjonizmu. Współcześnie jest to o tyle trudniejsze, że
wiele działań interwencyjnych trzeba stosować na skalę ponadnarodową czy wręcz
globalną. Ciekawe, że wreszcie zrozumieli to (a może tylko udają?) wszyscy
zebrani na szczycie G-20 w Waszyngtonie.
Najlepiej nie popadać w skrajności,
nie ciskać się od ściany do ściany – "tylko Państwo!", "tylko rynek!", "żadnego
Państwa!" – tylko szukać, tak jak proponuję to w nowym pragmatyzmie,
optimum potęgi "niewidzialnej ręki rynku" i "widzialnej głowy Państwa". To nie
jest jakiś punkt, to jest ścieżka, obszar. I obecny kryzys ewidentnie pokazuje,
że trzeba nań trafić, jeśli chce się w sposób zrównoważony wędrować do
przodu.
teresa, oszczędności na przyszłą emeryturę:
Mam oszczędności w dolarach z myślą o emeryturze za 5-6 lat, czy mam je przewalutować na pln, euro, czy nic nie robić.
Nic nie radzę, bo tym się nie zajmuję. Mogę tylko powiedzieć, co sam bym zrobił w podobnej sytuacji. Na razie trzymałbym w dolarach, przynajmniej aż do wyjaśnienia, z jakim kursem centralnym Polska będzie wchodziła do przedsionka euro, a więc do tzw. ERM-2. Jeśli z sensownym, czyli jak najbliższym 4 złote za euro, to wtedy, być może, przewalutowałbym, o ile kurs krzyżowy dolara do euro będzie zbliżony do dzisiejszego (około 1,25 USD za euro). Gdyby zaś dolar ponownie się do tego okresu osłabił (np. do około 1,50, co mało prawdopodobne, ale nie niemożliwe), to poczekałbym na jego ponowne wzmocnienie i dopiero wtedy przeszedł na złote.
Konrad Płachetko, Ostatnie miesiące złotówki....
Panie profesorze co według pana powinni zrobić inwestorzy giełdowi kilka miesięcy przed wejściem polski do strefy EURO ? Czy powinniśmy do końca trzymać złotówki czy zamienić je na EURO jeszcze przed wejściem polski do strefy euro? Czy przed wymianą ZŁOTÓWKI na EURO będziemy mieli aprecjację czy deprecjację złotego (ostatnie kilka miesięcy przed wymianą) ? Jak według pana może się zachować GPW przed, podczas i po wymianie waluty krajowej ?
Cóż, po części już na to pytanie, a w zasadzie na wiele zawartych tu
pytań odpowiedziałem. Znowu – nie zajmuję się dawaniem rad. Ale znowu mogę
powiedzieć, co sam bym zrobił. Inwestowałbym w złotych i trzymał się narodowego
pieniądza tak długo, jak jest. Miejmy nadzieję, że już od 2012 roku go nie
będzie i że zniknie przy kursie bliskim 4 złote...
W pytaniu tym –
jakże często ostatnio zadawanym – jest uwypuklony istotny problem. Otóż i z
niego bije niepewność nie tylko co do tego, jaki będzie kurs, ale nawet w tak
fundamentalnej kwestii, w którym kierunku będzie się on zmieniał. Aprecjacja?
Deprecjacja? Jak silna? Oto jest pytanie! Jak na nie odpowiedzieć? Otóż co
innego bierna prognoza, co innego propozycja aktywnej polityki.
Jeśli
miałbym przyjąć (mam?) założenia, że oto rząd i bank centralny będą czyniły w
tej materii to, co dotychczas, czyli nic, pozwalając by najważniejsza cena w
Polsce, cena narodowej waluty, była kształtowana podobnie jak cena śliwek –
przez rynkowy żywioł – to należy się spodziewać ponownej aprecjacji. Zauważmy,
że czyni to bank Citi Handlowy, zakładając na koniec 2009 roku tylko 3,38
złotego za euro, podczas gdy dzisiejszej nocy jest to wciąż jeszcze tylko 3,73,
czyli przewiduje aprecjację około 10 proc. Dodajmy może, że prognozy takiej
firmy jak wspomniany bank odzwierciedlać mogą także jej życzenia. To są sugestie
tzw. rynku dla władz monetarnych, a te – co łatwo sprawdzić – są na niej dość
podatne… Wiemy przecież już, że aprecjacja jest korzystna dla eksportujących DO
Polski i tworzy miejsca pracy ZA granicą.
Jeśli wszakże miałbym zaproponować
aktywną politykę – zwłaszcza odejście od obecnego szkodliwego, bo bardzo
kosztownego dla polskiej gospodarki mechanizmu całkowicie płynnego kursu złotego
i stosowanie w to miejsce chociażby sterowane kursu zmiennego (tzw. managed albo
dirty floating)– to oczekiwałbym jej pozytywnych skutków, czyli deprecjacji
złotego, a w ślad za tym wzmocnienie zdolności eksportowej firm i, w
konsekwencji, szybsze tempo wzrostu gospodarczego.
Tomasz P:
Witam, czy mógłby mi Pan wyjaśnić dlaczego Nasza RPP tak twardo trzyma się wysokich stawek stóp procentowych? Na całym świecie stopy są obniżane. Z miesiąca na miesiąc spada ilość otwieranych firm. Czy problemy z uzyskaniem kredytów w Polsce nie istnieją? Czy podnoszenie marż banków nie może być zrekompensowane niższym Wiborem?
To JA mam wyjaśnić, dlaczego ONI, ta "Nasza RPP tak twardo trzyma się
wysokich stawek stóp procentowych"?! To zaiste trudno zrozumieć i ja sam też o
to zapytuję. Czy po to, aby jeszcze bardziej pogorszyć konkurencyjność polskiej
gospodarki? To głównie dzięki temu w nadchodzącym roku – 2009 – tempo wzrostu
PKB spadnie, być może, nawet poniżej 3 proc., choć jeszcze w zeszłym – 2007 –
przekraczało 6 proc. Oczywiście, słuchać będziemy wyjaśnień członków RPP, a
także usłużnych wobec takiej linii polityki gospodarczej (pomimo jej ewidentnej
błędności) ekonomistów, zwłaszcza analityków bankowych, że to wszystko przez
kryzys. Tak jak słuchać musieliśmy niedorzecznych tłumaczeń na przełomie lat
90., kiedy to wskutek "schładzania bez sensu" drogą stosowania polityki
neoliberalnej (na dodatek pomieszanej z elementami prawicowego populizmu) tempo
wzrostu PKB na mieszkańca sprowadzono z 7,5 proc. w drugim kwartale 1997 roku, z
czym zostawiłem gospodarkę odchodząc z rządu po raz pierwszy, po zrealizowaniu
"Strategii dla Polski", do stagnacyjnego 0,2 proc. w czwartym kwartale 2001
roku, że to skutek ...kryzysu w Rosji!
Oczywiście, że NBP powinien
obniżyć referencyjne stopy procentowe. I to przynajmniej o 100 punktów bazowych.
Teraz – wkrótce – obniży, choć pewnie znowu w niedostatecznej skali. No i,
oczywiście, za późno. Gospodarka polska już na spadkowej trajektorii, jeśli
idzie o dynamikę gospodarczą. I to dlatego nie tylko "Z miesiąca na miesiąc
spada ilość otwieranych firm", ale także z miesiąca na miesiąc coraz więcej tych
istniejących zwija interesy.
A obawy o inflację? Przecież i tak NPB
nie potrafi ze swoją polityką trafić nawet w wyznaczany przez samego siebie
(sic!) cel inflacyjny. W obliczu zaś drastycznego spadku cen nośników energii i
ogólnej światowej presji wręcz deflacyjnej nie ma istotnego zagrożenie
inflacyjnego.
cox7777, życie:
Jaką, na dzień dzisiejszy, ma Pan hierarchię tego, co jest w życiu ważne (biorąc pod uwagę pieniądze, rozum, doświadczenie życiowe, zdrowie itp...)?
Rozum.
Andrzej:
Czy wprowadzenie euro w chwili obecnej w Polsce (lub do 2012 r. jak zakłada
rząd) nie wiąże się ze zbyt dużym ryzykiem dla gospodarki Polskiej, której
innowacyjność jest na zatrważająco niskim poziomie, a ponadto brak jest
zdecydowanych działań rządu nad polityką organizacji, kreowania i wdrażania
nowoczesnych rozwiązań technologicznych ? Pozdrawiam Pana serdecznie
-
Andrzej
Troska o działania na rzecz postępu w sferze "organizacji, kreowania
i wdrażania nowoczesnych rozwiązań technologicznych" jest w pełni zasadna. W
pełni ją podzielam. Sporo o roli nauki, wiedzy, postępu technicznego i nowych
technologii, a także gospodarce ery sieci internetowej piszę w ostatnim (i
najdłuższym) X rozdz. "Wędrującego świata" www.wedrujacyswiat.pl pt. "Niepewna
przyszłość, czyli co nas czeka w bliższej i dalszej przyszłości i jaki mamy na
to wpływ" (s. 333-409).
Co do postępu na tych polach najwięcej nadziei należy
pokładać w prywatnej przedsiębiorczości, ale to prawda, że rząd swoją polityką
powinien ją wspierać, zwłaszcza tworząc sprzyjające jej rozkwitowi ramy
instytucjonalne i inwestując środki publiczne w rozwój kapitału ludzkiego i
społecznego. Na pewno w jakiejś mierze to czyni, ale – też na pewno – można i
trzeba więcej i lepiej.
Jednakże ewentualne odkładanie wejścia do euro w
niczym nie poprawiłoby sytuacji. Oczywiście, przyjmując, że wejdziemy do euro z
właściwym kursem, bo jak wejdziemy ze złym, to wtedy tak – sytuacja ulegnie
pogorszeniu. Ale skoro nie jest to pewne – bo nie jest! – to stoi pytanie, czy
nie można by wykorzystać kursu walutowego do sterowania tworzeniem bardziej
konkurencyjnych firm. Przecież to oczywiste, że powinny one być nie "na
zatrważająco niskim poziomie", a wręcz odwrotnie. Ale przecież NBP nie chce
posługiwać się kursem walutowym dla przekształceń strukturalnych, i ograniczania
się jedynie do konserwatywnego manipulowania stopą procentową w celu zbijania
inflacji (co mu też nie za bardzo wychodzi).
Wobec tego to raczej wejście do
euro – raz jeszcze, przy właściwym kursie, co jest ważniejsze od daty
konwergencji – sprzyjać powinno unowocześnianiu polskiej gospodarki, a nie
pozostawanie poza jego strefą. Ale pamiętajmy, że "rzeczy dzieją się tak, jak
się dzieją, ponieważ wiele rzeczy dzieje się naraz", jak rzecze mantra
"Wędrującego świata" www.wedrujacyswiat.pl. Dlatego też szereg innych działań
musi być podjętym by podnieść poziom technologiczny i jakość zarządzania w
naszej gospodarce.
Robert Z., krawat, liberalizm:
Jakie jest Pana zdanie co do podatku od zysków kapitałowych? Ja bym, go
zmniejszył do 10%.
Gdzie kupuje się najlepsze krawaty;)
A dlaczego? Dlaczego w ogóle by Pan go zmniejszył? Jakie jest niby
uzasadnienie, że twórca płaci na przykład w tym, czwartym kwartale, 40 proc.
(fakt, że przy 50-procentowych kosztach uzysku) podatek od swoich dochodów, a
jako właściciel kapitału miałby płacić tylko 10 proc.? A może warto się
zastanowić, czy dochody kapitałowe nie powinny być zwyczajnie doliczane do
wszystkich innych I opodatkowane na ogólnych zasadach? Wtedy można byłoby stawki
podatkowe obniżyć jeszcze bardziej, nieudało mi się to uczynić, gdy byłem
dwukrotnie wicepremierem i ministrem finansów.
Najlepsze krawaty kupuje się
na Fifth Avenue w Nowym Jorku. Ale i najdroższe. Wcale nie gorsze, tyle że
trzeba pochodzić, kupić można w niektórych butikach w Bombaju, Deli, Madrasie,
bo wiele tych na Manhattanie, w Paryżu i nawet Mediolanie tam, w Indiach jest
krojonych i szytych...
Pewel, istota zawodu ekonomista:
Proszę powiedzieć, co odróżnia dobrego ekonomistę od złego?
Wiedza. I intelektualna uczciwość. Do tego jest niezbędna umiejętność stawiania właściwych pytań. Dopiero potem warsztat. Współcześnie zaś doprawdy dobrym ekonomistą może być tylko interdyscyplinarny ekonomista.
Łukasz Kielce, Co dalej??:
Jaka przyszłość czeka światową gospodarkę za lat 10-20? Czy coś się zmieni?? Czy praca będzie dobrem społecznym, a za ludzi będą pracować maszyny?? Czy najbliższe 7 lat to lata kryzysu czy prosperity???
No, ładnie! Łukasz ewidentnie nie czytał "Wędrującego świata" www.wedrujacyswiat.pl, choć wydawnictwo PRÓSZYŃSKI i S-ka wydrukowało już prawie 40 tysięcy egzemplarzy! Na pewno w trosce o to, aby i Łukasz mógł sięgnąć do książki, którą można znaleźć w każdej szanującej się księgarni oraz we wszystkich chyba księgarniach internetowych, i tam uzyskać rozwiniętą odpowiedź na swoje pytania o jakże fascynującą przyszłość. Radzę przeto przeczytać całość, po kolei od pierwszego wiersza do końca. Wtedy rozdział ostatni ("Niepewna przyszłość, czyli co nas czeka w bliższej i dalszej przyszłości i jaki mamy na to wpływ", s. 333-409) o tejże przyszłości, która "czeka światową gospodarkę za lat 10-20", ale także i później, pokazuje tę przyszłość w całej złożoności, wskazuje, co nas czeka na pewno, a co zdarzyć się może, ale nie musi. I – co najważniejsze – od czego to zależy.
JurekE, Skuteczność krajowej polityki pieniężnej:
Czy w dobie globalizacji krajowa polityka pieniężna zachowuje wpływ na krajowe zmienne makroekonomiczne ?
Tak długo, jak długo globalizacja jest niekompletna, co wyraża się
między innymi w braku jednego światowego pieniądza (w "Wędrującym świecie"
www.wedrujcyswiat.pl piszę o tym w rozdz. IV pt. "Globalizacja – i co dalej", s.
92-139), "krajowa polityka pieniężna zachowuje wpływ na krajowe zmienne
makroekonomiczne". Rzecz jasna, wpływ ten jest ograniczony ze względy na
ponadarowe przepływy kapitałowe w warunkach wymienialnego pieniądza. Jednakże to
przede wszystkim polityka pieniężna banku centralnego decyduje o ilości
pieniądza krajowego w cyrkulacji, gdyż to bank centralny przesądza stojącymi
wciąż do jego dyspozycji instrumentami bezpośrednimi (emisja) i pośrednimi
(stopy procentowe i rezerwy obowiązkowe odkładane przez banki komercyjne w banku
centralnym)o podaży pieniądza.
Sprawa wygląda już nieco inaczej w sytuacji,
gdy dany kraj – tak jak 15 już, Słowacja za kilka tygodni, a Polska, miejmy
nadzieję, wkrótce – przynależy do wspólnego obszaru walutowego, w tym przypadku
euro (jest ich więcej, choćby CFA w Afryce Zachodniej czy dolar
wschodniokaraibski, o czym też więcej piszę w "Wędrującym świecie"
www.wedrujacyswiat.pl, m. in. w rozdz. V pt. "Świat jaki jest, czyli jak się
mają ludzie i ich gospodarcze sprawy w różnych zakątkach zmieniającego się
świata", s. 139-205). Wówczas kraj taki traci część swej suwerenności w kwestii
podaży pieniądza, staje się bowiem częścią większej integrującej się organizacji
gospodarczej. Jednakże i w tym przypadku tak rząd, jak i bank centralny ma wciąż
na swoim ręku instrumenty kształtowania makroproporcji gospodarczych, zwłaszcza
poprzez pośrednie oddziaływanie na skłonność do konsumpcji czy też, odwrotnie,
skłonność do inwestycji (akumulacji). Emisja podporządkowana jest już innym
zasadom, znika całkowicie kwestia kursu walutowego (oczywiście, pozostaje
problem relacji kursu do innych walut, ale nie jest to już sprawa konkretnego
państwa, tylko całego ugrupowania integracyjnego), ale stopy procentowe, a
zwłaszcza rezerwy walutowe współdecydujące o stopniu płynności sektora
bankowego, nadal są rozstrzygane na szczeblu krajowym.
Andrzej, podatek belki:
Czy nie uważa pan, iż należałoby jak najszybciej znieść podatek Belki w dobie zastoju na GPW?
Opodatkowanie dochodu kapitałowego w postaci odsetek od lokat
(oszczędności) w bankach, czyli tzw. podatek Belki można by zlikwidować. Jego
znaczenie fiskalne jest relatywnie skromne. Nie należy jednak dopatrywać się w
tym jakiegoś remedium na niski poziom notowań i zastój na giełdzie papierów
wartościowych. Jeśli już, to wręcz odwrotnie. Zniesienie tego podatku
zwiększyłoby atrakcyjność lokat bankowych i uczyniło je bardziej konkurencyjnymi
w porównaniu z inwestowaniem na giełdzie.
Pytanie zatem stoi tak: czy zależy
nam w tej fazie koniunktury – a przecież jej pogarszanie się za granicą,
zwłaszcza na bogatym Zachodzie, gdzie lokujemy ponad 80 proc. naszego eksportu,
wpływa na słabnięcie dynamiki gospodarczej – na ożywianiu popytu wewnętrznego
sektora gospodarstw domowych, czy też na wzroście poziomu ich oszczędności, co
jest jednym ze źródłem finansowania inwestycji? Jeśli to pierwsze, to zniesienie
podatku temu niekoniecznie musi sprzyjać. Jeśli to drugie, skłonność do
oszczędzania i w konsekwencji zdolność banków do udzielania kredytów, także
inwestycyjnych, nieco by wzrosła. Pozostawałoby wtedy tylko do rozstrzygnięcia,
jak poradzić sobie ma budżet Państwa z ubytkiem dochodów z tego tytułu. Sytuacja
budżetu jest jednakże na tyle dobra, że dałby on sobie radę bez tego strumienia
zasilania, więc saldo całej operacji mogłoby być korzystne dla wszystkich
sektorów gospodarki.
Krzysztof, ZUS:
jak widzi Pan przyszłość ZUS, czy składki nadal będą solidarnie płacone przez
wszystkich czy tez powinno się stworzyć nowy lepszy system dla młodych którzy w
przyszłości podejmą pracę?
Uważam, że spójność społeczna,
integracja finansów publicznych i zapewnienie płynności systemu wymaga, by
składki nadal były "solidarnie płacone przez wszystkich". To lepszy sposób, choć
ma swoje rozliczne wady, czego jesteśmy świadomi, bo jest koniec końców mniej
ryzykowny. Oczywiście, dodać trzeba, że uwagi te czynimy przy milczącym
założeniu, że ZUS jest sprawnie zarządzany i system zarówno obiegu informacji,
jak i sposób zorganizowania transferów jest sprawny.
Bartek, Obiektywność ośrodków think thank
W swojej książce Wędrujący Świat kwestionuje pan obiektywność i
niestronniczość organizacji typu Think-thank? Dlaczego, i czy odnosi się to
także do zagranicznych organizacji?
Krytykuję nie
organizacje badawcze, a raczej analityczne typu tzw. think-thank w ogóle, ale
pewne ich zachowania. Oczywiście, że odnosi się to do zagranicznych organizacji,
bo akurat nie narodowość czy przynależność państwowa ma tutaj znaczenie. W
"Wędrującym świecie" www.wedrujacyswiat.pl przytaczam przykłady organizacji,
które są w swych analizach tendencyjne, usłużne wobec określonych nurtów
ideologicznych, służebne wobec stojących za nimi partii czy, częściej, grup
interesów (niekiedy także nieformalnych). I przykłady te podaję z tak różnych
krajów, jak USA, Włochy, Szwecja, Rosja. Niestety, w Polsce też takowych nie
brakuje.
Dlatego też, gdy się czyta rozmaite wyniki "badań", analizy, wyniki
reprezentacyjnych niby badań opinii publicznych, jakże ostatnio popularne
rozmaite rankingi, to naprawdę dobrze trzeba się przyjrzeć, skąd (czyli po co?)
wychodzą. Jak działają mechanizmy manipulowania opinią publiczną, jakie stosuje
się tutak techniki, a nade wszystko co temu przyświeca i jakie są motywacje – o
tym wszystkim piszę w I rozdz. "Wędrującego świata" www.wedrujacyswiat.pl
zatytułowanym "Świat, słowa i treści, czyli jak się rodzi prawda, błąd i
kłamstwo w ekonomii o polityce i co czynić, aby prawda brała górę" (s. 11-39).
Oczywiście, chyba nie muszę dodawać, że to nie jest trzon ośrodków
badawczych, tychże think-tanks. Wiele jest bardzo dobrych, niejeden znakomity i
warto sięgać do ich opracowań. Ale tak jak z każdym towarem: lepiej nie brać na
wiarę, tylko dobrze się przyjrzeć, co zacz. Zwłaszcza jak ładnie zapakowane czy
ponętnie podane...
maciek, giełda
Panie Grzegorzu - kiedy można się spodziewać końca bessy - czy światowym rynku finansowym w niedługim okresie zagości kolor zielony ..
Tak, już niedługo, ale jeszcze trochę cierpliwości. Rynki
kapitałowe mają swoje dno. Przyjdzie zatem i od niego się może nie od razu
odbić, ale przynajmniej do niego dotrzeć i ponownie ruszyć w górę. A dno jest
już blisko, a w niektórych przypadkach, być może, już zostało osiągnięte.
Przecież Dow Jones (DJIA) stracił na wartości tylko od początku roku 37,6 proc.,
Standard and Poors (S&P 500) 42,0, Nikkei 225 (licząc w jenach) 43,2 proc.,
brytyjski FTSE 100 nawet 51 proc. Dużo głębsze są załamania na giełdach tzw.
wschodzących gospodarek (emerging markets), bo w przypadku chińskiego indeksu
SSEB (licząc w USD) aż 73,0, rosyjskiego RTS podobnie, bo 72,3 czy polskiego WIG
59,5.
Warto podkreślić, że choć skala załamania rynków kapitałowych
jest głębsza w krajach "wschodzących rynków", to trwa tam nadal wzrost
gospodarczy, inaczej niż w krajach bogatych. Tempo wzrostu, co prawda, spada,
ale jego wyhamowanie jest na zasadniczo mniejszą skalą niż w gospodarkach o
najwyższym absolutnym poziomie produkcji. Stąd też należy spodziewać się odbicia
od dna wcześniej w takich krajach, jak Rosja i Chiny czy też Polska i Czechy niż
we Francji i Niemczech, nie mówiąc już o Stanach Zjednoczonych. W tej drugiej
grupie państw bowiem w 2009 roku odnotujemy obniżenie bezwzględnego poziomu
produkcji, co nam raczej nie grozi. I to jest najważniejsze, gdyż sfera realna –
w oczywisty sposób powiązana ze sferą finansową – jest jednak od niej
ważniejsza. Ale to już inna historia.
Grzegorz, czy liberalizm naprawdę jest taki zły?:
Zastanawiam się dlaczego Pan profesor tak bardzo nie lubi liberalizmu, przecież on najlepiej odzwierciedla to co w przyrodzie czyli silniejszy wygrywa. Dlaczego sztucznie mamy cos podtrzymywać, dlaczego nie wynagradzać tych, którzy chcą iść do przodu? Przecież Pan profesor jest przykładem człowieka, który nie stoi w miejscu, tylko stara się cały czas udoskonalać i to we wszystkich dziedzinach łącznie z tężyzną fizyczną. Więc dlaczego ludzi nie stymulować, żeby szli w tym kierunku, tylko aby liczyli na pomoc państwa?
Liberalizm nie jest zły. Nie należy go mylić z neoliberalizmem. Ja
nie lubię tego drugiego, a z tym pierwszym jest mi jak najbardziej po drodze. I
też jestem za tym, by jednak ludzie uczyli się liczyć przede wszystkim na
siebie, a nie na pomoc Państwa, ale zarazem i za tym, by Państwo stwarzało
swoimi politycznymi, prawnymi i społeczno-kulturowymi ramami choćby minimalne
poczucie bezpieczeństwa.
A co do tego "silniejszy wygrywa". Kiedyś
wygrywali silniejsi dosłownie: gladiatorzy, rycerze, bandyci, oddziały, armie.
Współcześnie siła przejawia się w sile ekonomicznej, często po prostu w
pieniądzach. Gdyby one tylko zawsze i wszędzie pochodziły z uczciwej pracy i
rzetelnej przedsiębiorczości! Ale tak często – zbyt często, do czego przyłożył
się tenże neoliberalizm i za co też go tak nie lubię – nie jest. Nadejdą kiedyś
czasy, że decydować będzie przede wszystkim siła intelektualne.
O ile
przejście od dominacji siły fizycznej do supremacji siły pieniądza zajęło
ludzkości prawie całego dotychczasowe dzieje (o ich barwności piszę w rozdz.
III, "Krótka historia świata i co niej wynika, czyli dlaczego jedne narody są
bogate, inne biedne i czy tak już zawsze być musi", s. 58-91), to przejście do
dominacji intelektu zajmie nam zaledwie kilka stuleci. To obecne może odegrać na
tej cywilizacyjnej magistrali niepoślednią rolę. I na tym zależy mi dużo
bardziej niż na dominacji kultu pieniądza. OK, niech silniejszy wygrywa, ale
niech będzie to siła rozumu, a nie pięści albo mamony.
Henryk:
Czy przyjęcie euro spowoduje wzrost gospodarczy w Polsce i jak to było w innych krajach?
Przyjęcie euro spowoduje wzrost gospodarczy w Polsce (tzn.
będzie dodatkowym, jednym z licznych czynników wzrostu) pod warunkiem, że
przyjmiemy je przy właściwym kursie. Według moich szacunków im będzie on bliższy
poziomowi 4 złotych za euro, tym lepiej. Wzrost w przypadku Polski – kraju z
około 38 milionami mieszkańców, leżącego w samym sercu Europy, pozbawionego
znaczących zasobów surowców cieszących się gwarantowanym zbytem – musi być
ciągniony przez eksport. Teoretycznie można to osiągać mając swoją własną
narodową walutę. Tak przecież było i jest dotychczas. Ale warunki się zmieniły!
W przyszłości trzeba budować silniejszą pozycję gospodarczą Polski i coraz
lepszy byt ludności na szybkim i zrównoważonym wzroście gospodarczym opierającym
się na coraz szerszym włączaniu się do światowego podziału pracy.
Wspólny
europejski pieniądz – obniżając koszty transakcyjne, eliminując ryzyko kursowe
na około półmiliardowym, jeśli chodzi o liczbę mieszkańców, współnym rynku UE,
zwiększając zaufanie zagranicznych partnerów – sprzyja efektywności
gospodarczej, a więc przyspiesza z czasem tempo wzrostu produkcji i podnosi
standard życia. Tak było w innych krajach, a na dłuższą metę tak będzie w całym
obszarze euro. Wspólna waluta zwiększa jego konkurencyjność wobec takich potęg,
jak USA, z jednej strony, czy Chiny, z drugiej.
Jeśli ktoś przywołuje
przykład któregoś z krajów euro i porównuje jego niższą dynamikę w porównaniu na
przykład z Wielką Brytanią czy Danią, to nie odróżnia przyczyn takiej sytuacji.
Gdyby nie było euro, to w krajach, które je wprowadziły, tempo wzrostu produkcji
byłoby niższe, gdyż jej koszty byłyby relatywnie wyższe.
Pozostanie teraz poza obszarem euro to byłby pomysł równie "znakomity", jak
zrezygnowanie w ogóle z wejścia do Unii Europejskiej kilka lat temu. Są jeszcze
rozsądni ludzie, którzy wątpią w sensowność, w społeczną i ekonomiczną
opłacalność tej integracji?
dertof, inwestycje:
Witam. W jakiej walucie należy gromadzić majątek mając na względzie wejście
do strefy euro? I dlaczego w tej, a nie innej?
Cóż,
odpowiedziałem już na to pytanie. Bil Gates gromadzi w USD. Czy nie wie, co
robi? Dlaczego nie przerzucił się na złote do czasu, gdy nasz pieniądz szedł z
ponad 4 złotych za dolara do niewiele ponad 2? Mógł przecież lekką ręką zarobić
ponad 100 procent na czysto, bez mordowania się z wciskaniem nam tych kolejnych
wersji .0 WINDOWS... Woli jednak "trzymać" w dolarach. I wie co robi.
A tak na serio, to zależy, kto ma ile tegoż "majątku" do zgromadzenia.
To zależy też od tego, czy ktoś ma duszę spekulanta-ryzykanta, czy też chce spać
spokojnie. Patrząc zaś do przodu, na wejście do euro, należy poczynić założenia,
przy jakim kursie tam wejdziemy. Jeśli po 4 złote – co na długą metę dużo
korzystniejsze dla polskiej gospodarki i społeczeństwa – to lepiej kupić euro
dzisiaj po 3,75, niż potem wymieniać je po 4. Jeśli natomiast górę wezmą złe
koncepcje teoretyczne i nie nasze interesy ekonomiczne (na co się, niestety,
zanosi) i wchodzić będziemy do obszaru euro przy kursie 3,20 za euro, to należy
oszczędzać w złotych.
Ja nie wiem, jak będzie, ja wiem, co od czego zależy.
I wiem – i radzę tym, co pytają – co czynić, by było lepiej.
Stratus, Start:
Gdyby miał Pan "wolną rękę" , co by Pan zmienił w polskiej gospodarce ?
Kolejne tzw. dobre pytanie. Otóż napisałbym – i
wdrożył pro publico bono – nową Strategię dla Polski. Nową, bo tamta z lat
1994-97 i 2002-03 zasadniczo, i to z nawiązką!, została zrealizowana, ale przede
wszystkim dlatego, że przychodzi nam działać w nowych warunkach. Jesteśmy w Unii
Europejskiej, wchodzimy do euro, toczy się globalizacja, rozlewają się fale
kryzysu finansowego i gospodarczego. Inna jest także – lepsza, bardziej dojrzała
– przedsiębiorczość i samorządność. Strategia dla Polski 2.0 nadal wszakże
ogniskowałaby się na czterech filarach:
- szybki wzrost;
-
sprawiedliwy podział;
- skuteczne Państwo;
- korzystna
integracja.
Dla stworzenie takiego kompleksowego i nowoczesnego, a zarazem
postępowego programu długofalowego zrównoważonego rozwoju
społeczno-gospodarczego oparłbym się na zaprezentowanej w "Wędrującym świecie"
koincydencji teorii rozwoju i nowym pragmatyzmie (s. 315-332, rodz. VIII pt.
"Koincydencji teoria rozwoju i nowy pragmatyzm, czyli od czego zależy wzrost
produkcji i rozwój gospodarczy i co robić, aby było lepiej"). Osadziłbym
ekspansję w większym stopniu na gospodarce opartej na wiedzy, ale na wiedzy
także oparłbym politykę. Nade wszystko zaś działałbym kompleksowo, bo tego
najbardziej w uprawianej polityce
brakuje.
Marcin, giełda:
Kiedy przewiduje Pan polepszenie na GPW?
Od nowego semestru.
Tomasz, czemu akurat 4 zł/ euro:
zdaje sobie Pan sprawę ,że nasz "przemysł" to w zasadzie montownie, obecne
ceny krajowe np. produktów spożywczych są niejednokrotnie wyższe niż za miedzą,
nie wspominam już o cenach artykułów przemysłowych. Przy proponowanej przez Pana
relacji zł/euro, będziemy normalnie biedakami przeciętna płaca oscyluje w
okolicach 3000 zł, a więc 750 euro. Lepiej w
najbliższym czasie tzn. 10 lat
nie przystępować to tego towarzystwa C.
Już wyjaśniłem.
Od biedy (abstrahując od polityki i od
przyzwoitości, no bo przecież podpisaliśmy Traktat w Atenach, w czym
uczestniczyłem, a społeczeństwo zaakceptowało go, łącznie z zapisem o przyjęciu
euro, w narodowym referendum w czerwcu 2003 roku) moglibyśmy "nie przystępować
to tego towarzystwa", ale miałoby to tylko sens, gdybyśmy w tym czasie
posługiwali się aktywnie polityką kursową jako instrumentem kształtowania
proeksportowej struktury produkcji. Wymagałoby to, z jednej strony, odejścia od
niezależności NBP od rządu, z drugiej zaś uzgodnień z Komisją Europejską. W
normalnych warunkach ani jedno, ani drugie nie wchodzi praktycznie w
rachubę.
W takiej sytuacji lepiej, by nasz bank centralny – nasz, to znaczy
emitujący także nasze, bo już wspólne europejskie pieniądze – był we Frankfurcie
niż w Warszawie, a to dlatego, że w Europejski Bank Centralny popełnia
zdecydowania mniej błędów w polityce pieniężnej niż Narodowy Bank Polski.
Dlatego radzę raz jeszcze: przystępujmy do tego towarzystwa, ale przy kursie
wymiany korzystnym dla Polski.
Jozek: oderwanie GPW od DJ czy Nasdaq
Czy nie uważa Pan, że w niedalekiej przyszłości powiązania pomiędzy rynkami USA i EU oraz emerging markets będą o wiele mniej skorelowane? Czy wojny i inflacja nie pogrzebią gospodarki USA do końca ?
Nie sądzę. Raczej nadal będzie występowała korelacja, którą
pokazałem już wcześniej, pisząc o skali załamania na poszczególnych rynkach.
Niedługo, w jednych przypadkach po kilku już miesiącach, gdzie indziej dopiero
po kilku kwartałach, notowania ruszą w górę. Ale to racja, że pomimo
postępującej na dłuższą metę globalizacji synchronizacja wahań pomiędzy krajami
bogatymi i tymi emancypującymi się (jak wolę je nazywać, miast dać się zwodzić
terminowi "wyłaniające się rynki") nie musi mieć miejsca. W skali świata
działają różne siły, tendencje i kontrtendencje, co może powodować wzrost
notowań na jednych rynkach, podczas gdy spadać mogą one na innych. Tak już
bywało i będzie. Ale współzależności występujące w skali gospodarki światowej
będą z czasem coraz silniejsze.
Co zaś do Stanów Zjednoczonych, to –
choć pokazuję w "Wędrującym świecie" www.wedrujacyswiat.pl, dlaczego teraz już
nieodzownie muszą stracić swoją hegemonistyczną w świecie pozycję – "wojny i
inflacja nie pogrzebią gospodarki USA do końca". To potężny kraj, który na
dodatek wybrał na swego prezydenta właściwego człowieka. W tym też można
pokładać racjonalną nadzieję, że neoliberalizm zacznie też szybciej znikać z
amerykańskiej polityki, że unowocześnione zostaną amerykańskie i światowe
instytucje wolnej gospodarki rynkowej, że zmianom podlegać będą także
amerykańskie wartości, ewoluując nieco bardziej w kierunku "być" niż "mieć".
USA sobie poradzą, świat może być lepszy, a my róbmy swoje.
Najważniejsze, by wiedzieć co i jak, a więc by z sensem wędrować do przodu.
Pierwsze trzy osoby, które prześlą maila z adresem na adres [email protected], otrzymają podpisane przez autora
egzemplarze tak często przewijającego się w wywiadzie "Wędrującego świata"!
KONKURS ZAKOŃCZONY