Kolos u bram

Agnieszka Ostojska-Badziak
28-11-2003, 00:00

W Polsce często słychać: „Panie, pół miasta u nich pracuje”. Czasem więcej... Od zakładów zależy zasobność samorządów. I rozkwit bądź upadek gminy. I bieda lub dostatek mieszkańców.

Duża firma dominuje miasto. To oczywiście nie tylko polski patent. Widać go na świecie w różnej skali i odmianie. Volkswagen w Wolfsburgu, Bayer w Leverkusen czy Chrysler w Detroit — to jedna strona medalu. Fabryka konserw na Alasce w pobliżu osiedla Inuitów czy wielki tartak w Amazonii otoczony prymitywną osadą — strona druga.

Wielkie przedsiębiorstwo przyciąga ludzi, często wykształconych, bywa ekonomicznym kołem napędowym regionu. Ale jeśli upadnie, w proch rozpada się subtelna siatka naczyń połączonych — także społecznych. Zanim powstanie nowa — miną długie lata.

Taka gmina...

Lubin. Rok 1957. Nuda. Senne, czteroipółtysięczne miasteczko, stare, zniszczone wojną budynki. Kilku miejscowych gapi się na dziwaków wiercących dziury w ziemi.

— Miedzi szukają... — pukają się w czoło.

W marcu 1957 r. po raz pierwszy nawiercono (w okolicach wsi Sieroszowice) okruszcowaną partię łupków miedzionośnych. W sierpniu 1957 r. okazało się, że i w drugim otworze (koło Lubina) tkwią te same siarczki miedzi. Na świecie miedziowe złoża mają zazwyczaj 200-300 m, rzadziej kilka kilometrów. A wtedy dwa nawierty dzieliło 20 km... Rany boskie, to jedno ogromne złoże! W 1959 r. gotowa była pierwsza górnicza dokumentacja, a już w roku 1960 działalność rozpoczęły Zakłady Górnicze Lubin — podwaliny KGHM Polska Miedź SA.

W 1960 r. powstało w Lubinie pierwsze tzw. osiedle awaryjne. Potem kolejnych otworów było bez liku; w rejonie Lubina i Polkowic otwierano nowe kopalnie, zamykano te w starym zagłębiu, w których eksploatacja przestała być opłacalna... I tak przez lata. Uruchomienie kopalni Rudna w 1974 roku szło na przykład w parze z zamknięciem kopalni Lena niedaleko Złotoryi.

Na początku górników dowożono. Zdezelowane autobusy, mnóstwo przystanków. Żółwie tempo. Rekordziści, by zacząć pracę o 6 rano, wyjeżdżali o 2 w nocy. Robotę kończyli o godzinie 14, 4 godzinki podróży — i już na godzinę 18-19 byli w domu. Śniadanie jedli na kolację.

Buty pod drzwiami

Rodzice prezydenta Lubina do miasta przyjechali w tzw. pierwszej grupie awaryjnej — 43 lata temu. Ojciec — z Wileńszczyzny, matka — z Mazowsza. Zamieszkali w jednym z trzech bloków na pierwszym osiedlu, wybudowanym dla kadry. Prezydent Robert Raczyński jest z pokolenia, które już w Lubinie się urodziło.

— Byłem świadkiem, jak miasto powstawało. Dzieciństwo upłynęło mi na placu budowy. Koszmar dla rodziców, raj dla dzieci: piaskownice, wykopy, dołki, wszędzie kijanki i żaby — wspomina Robert Raczyński.

KGHM nazywa potocznie kombinatem — jak wszyscy mieszkańcy regionu.

— W blokach przed drzwiami do każdego mieszkania stały buty. Jak na wsi, do chałupy nie wchodziło się w butach z pola — mówi Dariusz Wyborski, rzecznik prasowy KGHM Polska Miedź SA, który jako dziecko przyjechał z rodzicami za miedzią do Lubina.

Ściągali górnicy, budowlańcy, chłoporobotnicy. Z Mazowsza, Małopolski, Wielkopolski i z Mazur. Górale i Kaszubi. Wabiła dobrze płatna praca i szybki przydział na mieszkanie.

W 1970 r. w Lubinie mieszkało już 28,9 tys. osób, w 1980 r. — 67,1 tys. Dziś, kiedy zliczyć lubinian — wyjdzie 80,8 tys. Podobnie było z okolicznymi miasteczkami. W Legnicy, Głogowie, Polkowicach przez 40 lat liczba ludności zwiększyła się kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt razy.

— Przyjeżdżali. I traktowali Lubin czy pracę w kombinacie jako etap w życiu. „Zarobię i wrócę”. Nikt nie chciał zostawać — mówi prezydent.

A zostali prawie wszyscy.

Coś za coś

W Lubinie widać skutki gwałtownego rozwoju. Osiedla wznoszone w pośpiechu, bez składu i ładu. Ale dobra infrastruktura: szkoły, przedszkola, ośrodki zdrowia.

— Wyburzono starą zabudowę. Wybudowano blokowiska. No i miasto nie ma rynku — centralnego punktu, gdzie można by się spotkać. Brak klimatu i ciepła, bo nie zostało nic ze starego Lubina — mówi Robert Raczyński.

W mieście mówi się o jeszcze jednym skutku ubocznym: 40-letnich emerytach. Górnik wcześnie przechodzi na emeryturę. Dostaje niezłe pieniądze, ale na zajęcie się wnukami jeszcze nie czas. Panowie właściwie w kwiecie wieku siedzą w domu. A dokładnie: przed budkami z piwem.

Na rozdrożu

Złoża miedzi w Lubinie kiedyś się skończą. Co dalej?

KGHM Polska Miedź SA zatrudnia 18 tys. osób. W grupie kapitałowej KGHM SA pracuje 40 tys. osób. Szacuje się, że firma pozostaje źródłem dochodów ponad 100 tys. osób z regionu — w tym zatrudnionych w firmach świadczących usługi dla Polskiej Miedzi.

— Około roku 2020 — jeśliby utrzymać produkcję ponad 500 tys. ton miedzi katodowej rocznie — będziemy musieli się posiłkować złożem Głogów Głęboki. Do całkowitego wyczerpania zasobów dojdzie koło roku 2040. Czy zapewnić sobie wsad koncentratu do instalacji hutniczych z innych złóż spoza naszego kraju, eksploatując je? Dochodem firmy może być również premia za przerób — surowiec kupowalibyśmy gdzie indziej, a u nas by się go przetwarzało. Ale zysk nie jest wówczas za wysoki, a sam przerób nie wymaga naturalnie zatrudnienia tylu osób, co dziś — rozważa Cezary Bachowski, dyrektor generalny ds. rozwoju KGHM Polska Miedź SA.

A inne możliwości?

— Myślimy o zasobach węgla brunatnego w okolicach Ścinawy. Plany mocno oprotestowują gminy — ze względu na spodziewaną degradację środowiska. Ale zawsze jest coś za coś... — dodaje Cezary Bachowski.

Kombinat się restrukturyzuje: wydziela spółki. Pol-Miedź Trans to regionalny potentat transportowo-spedycyjny. Ma swoje samochody i samoloty. Wśród zamówień Centrum Badań Jakości (świetnie wyposażone laboratoria) — wydzielonego działu kontroli jakości KGHM — coraz większy procent stanowią te spoza firmy matki. I KGHM Metale SA czy DSI SA radzą sobie nieźle. Część z wydzielonych spółek prawdopodobnie wejdzie na giełdę.

Plany... Jeżeli nie wypalą, społeczność Lubina i okolic podzieli los wałbrzyskiego zagłębia: wysokie bezrobocie i brak perspektyw...

— Skończy się KGHM, może skończyć się dobrobyt gmin i mieszkańców. Myślimy o tym, ale to już nie tylko nasza sprawa. Również gminy powinny się tym zająć, stwarzając przyjazne warunki dla inwestorów — przypomina Andrzej Banaszak, dyrektor departamentu gospodarki zasobami w KGHM Polska Miedź SA.

Wśród swoich

W Lublińcu nikt nie opowiada o wędrówce ludów. Kadry były na miejscu. Powstała jedynie firma, która wessała okolicznych mieszkańców.

Lentex ruszył w 1911 r. jako polsko-francuska przędzalnia czesankowa. Dziś produkuje wykładziny i włókniny. Od 6 lat jest notowany na giełdzie. Zatrudnia około 800 osób, choć jeszcze niedawno pracowało w nim prawie 2,5 tys.

— Dzięki automatyzacji produkcji można więcej i lepiej produkować w okrojonym składzie — mówi Alfred Jarzombek, członek zarządu, dyrektor ds. handlu i marketingu w Lentex SA.

Nie narzeka na kondycję firmy. Zdaje sobie sprawę, że dla 25-tysięcznego Lublińca Lentex jest głównym pracodawcą. Ludzie utożsamiają się z zakładem. Pracują tam od pokoleń.

Sama korzyść?

Co roku do budżetów gmin: Polkowice, Rudna, Lubin — miejska i wiejska, Głogów — miejska i wiejska, Jerzmanowa, Grębocice, Żukowice, Kotla, Radwanice wpływa w sumie 200 mln zł. Płatnikiem jest KGHM.

Najwięcej dochodów przysparzają opłaty za wydobycie kopalin, wieczyste użytkowanie, składowanie odpadów, od środków transportu, pieniądze z tytułu ochrony środowiska, opłat skarbowych, podatki od nieruchomości, podatek rolny. Prócz tego trochę z CIT-ów i PIT-ów okolicznej ludności, zatrudnionej w kombinacie.

— Gmina Lubin bogata jest jedynie dzięki zarobkom górników. Średnia płaca w Lubinie to 5,7 tys. zł. Na terenie miasta nie ma kopalń ani wyrobisk — wzdycha, jakby z żalem, prezydent.

Dzięki opłatom z KGHM-u sąsiednie Polkowice od lat zajmują wysokie miejsca w rankingach najbogatszych gmin i powiatów. Zbudowano tam od nowa „starówkę”, remontuje się osiedla, grywa I-ligowa drużyna piłkarska, po tartanie biega młodzież szkół średnich, straż miejska jeszcze niedawno jeździła Peugeotami 406.

Na razie gminy opływają w dostatek, ale wizja martwego regionu po gorączce miedziowej sięgnęła już władz. Zaczęto ściągać inwestorów. Pierwszy spektakularny sukces to Volkswagen w Polkowicach: 800 pracowników, ma przychody dorównujące przychodom KGHM. Także firma CCC — producent obuwia — uruchomiła tu zakład produkcyjny.

W Lubinie KGHM jest właścicielem drużyny piłkarskiej Zagłębie (do II ligi spadło w 2002 r., ale są widoki na powrót do ekstraklasy). Do firmy należy Miedziowe Centrum Zdrowia, potentat sponsoruje szkoły, organizuje również hucznie obchodzone dni KGHM-u.

Burmistrz gminy Lubliniec także próbuje ściągać przedsiębiorców.

— To nie takie proste, choć proponujemy dobre tereny i niezłe połączenia komunikacyjne — mówi Józef Kazik.

Formalności w gminie załatwi się od ręki... Byle tylko ktoś przyszedł. Niechby Lentex miał towarzyszy. Dużo.

Strachy

Jak gminy dbają o żywicieli? Trochę jak o dojne krowy — mówią wprost wielcy pracodawcy.

— Do nas ciągle wyciąga się rękę, a do Volkswagena, który ma wyższe przychody na jednego zatrudnionego, to już nie — żali się Dariusz Wyborski, rzecznik KGHM-u.

Prezydent Lubina mówi:

— W razie jakiegokolwiek problemu jestem na telefon... Dopóki trwa dobra passa kombinatu, trwa dobra passa Lubina i okolic. To oczywiste.

Denerwuje się, gdy słychać plotki o przeniesieniu biura zarządu do Warszawy.

— Bo wtedy region będzie tylko wyrobiskiem. Dlatego też miasto chętnie współpracowało z KGHM-em przy budowie portu lotniczego. By biznesmeni mogli szybko się do nas dostać — argumentuje samorządowiec.

O Lentex boi się burmistrz Lublińca, Józef Kazik.

— To spółka giełdowa. Nigdy nie ma pewności, kto skupuje akcje. Zawsze może to zrobić konkurencja — po to tylko, by zamknąć zakłady. A to koniec dla Lublińca... Może się to komuś podobać czy nie, ale Lubliniec to Lentex. Są jeszcze Energoserwis i Zakłady Mięsne Drążek, ale tak naprawdę oprócz Lentexu znana jest jedynie jednostka komandosów Hoger— i to wszystko... No może jeszcze Ania Świątczakowa z „Ich Troje” — nie owija w bawełnę Józef Kazik.

Dzięki Lentexowi — najlepszemu płatnikowi w okolicy — burmistrz spokojnie może planować budżet.

Prezenty

Lentex nigdy nie zamykał drzwi przed miastem. Wspierał inicjatywy, święta państwowe, pomagał szpitalom i szkołom. Podarował gminie basen, korty tenisowe i halę sportową.

— Tyle że miasto przez 6 lat nie chciało tego przyjąć. Dla nas to dodatkowy koszt, podrażający końcowy produkt. A to zmniejsza konkurencyjność — mówi Alfred Jarzombek.

Dopiero nowy burmistrz zauważył zależność: jeżeli Lentex nie będzie konkurencyjny, musi zwalniać. A wtedy wielu wyląduje na bezrobociu, a to dodatkowe koszty dla gminy.

— Mniejsze koszty dla firmy, to większy zysk. I więcej wpłynie podatku do budżetu gminy. Wydatki na basen — jakieś 350 tys. zł rocznie — i tak częściowo odbijemy na podatku od firmy — śmieje się Józef Kazik.

Dba, by delikatnej symbiozy miasta i zakładów pochopnie nie nadwątlić. Dlatego nie ma sprawy, której nie da się załatwić po myśli Lentexu.

— O ile pozwalają na to przepisy, rzecz jasna... Zresztą to my czegoś od Lentexu chcemy, a nie odwrotnie — dodaje sprawiedliwie burmistrz.

Po upadku I

Firma gigant — dobroczyńca okolicy, to marzenie niejednego burmistrza. Ludzie mają pracę, gmina przychody, można inwestować, snuć dalekosiężne plany. Byle firmie szło dobrze. A co jak się powinie noga i będzie trzeba zwalniać?

Przykładów na to setki. Choćby Ostrowiec Świętokrzyski ze swoją hutą. Dopóki gigant pracował, region rósł w siłę. W 1999 r. huta zaczęła zwalniać. Z rozwijającego się miasta, zrobiła się smutna, martwa osada. W 2001 r. Ostrowiec Świętokrzyski wpisano jako region zagrożony strukturalną recesją i degradacją społeczną.

— Ostrowiec pustoszeje. Młodzi i wykształceni uciekają za pracą. Miasto w ogóle straszy pustką — zwłaszcza w sezonie robót budowlanych: fachowcy tłumnie wyjeżdżają do Warszawy, by trochę dorobić — mówi Kamila Dondalska, inspektor powiatowy w Powiatowym Urzędzie Pracy w Ostrowcu Świętokrzyskim.

Nic nowego, co dawałoby bezrobotnym nadzieję, nie powstaje. Próbowała Wólczanka, ale...

Z dawnego kombinatu powydzielano liczne spółki. Niektóre się trzymają, część zbankrutowała i zwolniła przejętą załogę. Nadzieję daje nowy inwestor z Hiszpanii: Celsa (Compana Espaniola de Laminación SL), który ostatnio hutę nabył. Nadzieję — ale nieco irracjonalną — przynoszą ludziom również powstające (na przekór pogłębiającej się biedzie) supermarkety.

— Skoro je budują, to inwestorzy liczą na dobrą koniunkturę... Muszą opierać się na jakichś badaniach, w ciemno tyle pieniędzy by nie zainwestowali — mówi Kamila Dondalska.

Po upadku II

Etap „załamania rynku pracy” Zelów (miasto w woj. łódzkim) ma już za sobą.

Po dekadzie od bankructwa regionalnego giganta — Zakładów Przemysłu Bawełnianego Fanar — odrodziło się życie gospodarcze. Działa wiele małych, często rodzinnych firemek, ale bezrobocie nadal nęka region.

W miejsce zakładu, zatrudniającego 3 tys. osób w 15-tysięcznej gminie, pojawiły się trzy firmy: filia Toruńskich Zakładów Materiałów Opatrunkowych, Magrys i Zakład Bawełniany Elko. Dają robotę ponad 800 osobom.

— Teraz bezrobocie sięga 15 proc. Gdy Fanar upadł, bez pracy zostało ponad 30 proc. mieszkańców gminy! — wspomina Marta Zych, kierownik filii Powiatowego Urzędu Pracy w Zelowie.

— Staraliśmy się wspierać inicjatywę gospodarczą. Dzięki programowi Inkubator Przedsiębiorczości wyłoniło się tysiąc nowych miejsc pracy. Wykorzystaliśmy również fundusze PHARE — opowiada Sławomir Malinowski, burmistrz gminy Zelów.

I dodaje, że gmina przez dekadę usiłowała wyjść z wieloletniego uzależnienia:

— Nauczka na przyszłość: z daleka od monokultury! Gdy moloch idzie pełną parą, wszystko jest proste. Ale to uzależnia. Sprawia, że ludzie przestają sobie radzić.

- Dobre strony firmy „żywiciela miasta” są oczywiste: miejsca pracy dla mieszkańców, kasa gminy nie świeci pustkami. W małej społeczności silny dominujący element ma olbrzymie znaczenie. Większość dorosłych mieszkańców regionu zatrudniona jest w jego strukturach albo pracuje dla firm obsługujących giganta. Wszyscy są zadowoleni. Ale gdy coś się wydarzy... Wtedy wkracza strach. Ludzie boją się odcięcia od źródła dochodów, lecz nie robią nic, by to źródło zdywersyfikować.

Praca dla molocha zniewala, pracownicy tracą elastyczność przystosowywania się do zmian. Pracodawca gigant zamyka społeczność i jej członków, sprawia, że ci są mniej otwarci na ryzyko. Zadowoleni z ciepełka posad, nie szukają innych dróg rozwoju. To coś w rodzaju współczesnego niewolnictwa.

Praca społeczności na rzecz jednej firmy daje grupie poczucie spójności. Ale nie w pozytywnym tego słowa znaczeniu — bardziej chodzi o towarzyszy niedoli, którzy nie mają innego wyboru. Nie jest to dojrzała grupa, która świadomie znalazła się w danej sytuacji. Jej bezradność najbardziej widać w sytuacji, gdy moloch upada, a znikąd — mimo deklaracji — nie ma pomocy. Jak w wielu miastach Polski.

Hanna Bogacka,

dr psychologii, niezależny konsultant

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Agnieszka Ostojska-Badziak

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Gospodarka / Kolos u bram