Lekarze z radomskiego szpitala najwyraźniej nieco przeholowali w
żądaniach. Z drugiej strony trudno też nie dostrzec, że decyzja wojewody o
zamknięciu oddziałów chociaż uzasadniona, ma też inne intencje — pokazania, że
protesty lekarzy o podwyżki nie są skazane na sukces. I jest to jedna z bardziej
racjonalnych decyzji, jaka zapadła w ostatnich latach w sektorze ochrony
zdrowia. Cóż się stało w Radomiu? Lekarze odrzucili warunki zaoferowane przez
pracodawcę i nie chcą pracować więcej niż 48 godzin tygodniowo. Mają do tego nie
tylko unijne, lecz także święte prawo. Dyrekcja szpitala nie miała pieniędzy, by
skusić lekarzy do pracy większą gotówką, a nie chciała szpitala zadłużać.
Funkcjonowanie dwóch oddziałów w tym szpitalu stało się niemożliwe. Decyzja o
ich zamknięciu była więc jedynym logicznym wyjściem. Wszelkie lamenty o
brutalnym ataku na lekarzy z jednej strony i chwytające za serca apele o
opamiętanie z drugiej, nie są warte funta kłaków. Odbyły się po prostu
negocjacje na temat warunków pracy i ich fiasko ma właśnie takie, a nie inne
konsekwencje.
To ważna lekcja, bo strajk stał się w ostatnich miesiącach najprostszym
i, zdawałoby się, niezawodnym sposobem na podwyżki. Nie tylko w przypadku
lekarzy negocjacje płacowe zamieniały się często w licytację między
konkurującymi związkami zawodowymi: kto zażąda więcej. Czas był przerwać to
błędne koło i, słusznie czy nie, przegranymi okazali się radomscy lekarze.
Jednak i rząd nie może świętować zwycięstwa, bo nie jest nim zamykanie szpitali,
lecz problemy wywołane ustawą o czasie pracy lekarzy nie znikną. O tym, że
lekarze nie mają prawa do szantażu mówił już (fakt, że ostro) Ludwik Dorn,
któremu wypada oddać za to sprawiedliwość. Jednak nieuleganie wygórowanym
żądaniom lekarzy może być jedynie pierwszym krokiem do uczynienia systemu
ochrony zdrowia wydolnym. Na pewno niejedynym krokiem.